Przeszłość
Kurczątko siedział w tamtym momencie w drugim kącie żłobka, grzejąc się w promieniach słońca przed wejściem z pnia. Wyglądał na melancholijnego, choć żył zaledwie dwa lub trzy księżyce. Stara dusza zaklęta w młodym ciele. Zamknął oczy i zaczął odpływać w objęcia gwiezdnych, lecz na śmierć to nie była ta pora.
Po pewnym upływie czasu obudził się, usiadł i zamrugał. Wtedy zobaczył w kącie jakąś sylwetkę. Przechylił pytająco główkę na bok. Kobaltowe oczy malca przeszywały drugą istotę w żłobku. Jak się później okazało, był to jakiś… Bursztyn. Ciekawe.
W wejściu następnego dnia znalazła się wielka, potężna bestia.
— Przyniosłem prezenty — ogłosił, gdy pojawił się już w środku. — Mam tu kilka szyszek, kości i morderczych wrogich piór, które czekają na wymiar sprawiedliwości — zamruczał z werwą, kładąc swoje "podarki" na ziemi.
Ciekawski Kurczątko wyślizgnął się z objęć zmęczonej matki niczym wąż, gotowy ocenić zwierzynę swym bystrym okiem. Zaskoczyła go obecność ciemnej, rudej osoby – któż to był? Gapił się na Ognik wielkimi gałami i lekko otwartym pyszczkiem. Z wrażenia aż usiadł na swym chudym dupsku, widząc, że nie miał do czynienia ze zwykłym kociskiem, ale z drugą kamienną wieżą w Klanie Burzy!
— Woooow... — wyrwał mu się dźwięk z pyszczka, zanim go szturchnęła łokciem Perłówka. Posłał jej zaskoczone spojrzenie. Kotka wskazała mu łapą na "podarki", które im raczył przywieźć wasal. Król nie powinien odmawiać, ale...
Rozejrzał się niepewnie po żłobku. Czyżby zapomniał, o czym ten cały teatrzyk był? Może stchórzył przed światłem wielkiej sceny, choć był niczym więcej niż tylko kukłą?
Natomiast Perłówka nie zwlekała i wykorzystała nieuwagę kocura, aby zabrać wszystkie świecące się drobiazgi dla siebie. Co za sroka z niej!
— Perłówko, jeśli zabierzesz wszystko dla siebie, to bratu będzie przykro — zauważył Ognik, przenosząc wzrok z widocznie niezdecydowanego Kurczątka na kremową kotkę. — Chyba że zabawki niezbyt ci się podobają? — zapytał, wracając swoją uwagą na kocurka.
Kurczątko nieśmiało na niego spojrzał. Nie odpowiedział na pytanie, wręcz je zignorował, wracając tępym spojrzeniem do zabawek. Chwila minęła, zanim malec zaczął zabierać siostrze przedmioty. Perłówka w odpowiedzi zaczęła się z nim szamotać o podarki wujka.
Zaskoczyła go kolejnego poranka kotka zwana Śpiewającym Raniuszkiem.
— Dzień dobry~! — zaświergotała i weszła do świata królowych, witając się cicho z lekkim uśmiechem na pysku.
Kurczątko na nowy dźwięk odwrócił się błyskawicznie w stronę wyjścia ze żłobka. Wychylił nieśmiało łebek znad posłania śpiącej Rudzik. Kobaltowe – i wręcz tak głębokie, że aż czarne – ślepia uważnie śledziły każdy ruch nieznajomej. Kotka mogła zobaczyć tylko ciekawskie oczy malca i tą jego charakterystyczną, czerwoną czuprynę, po której został nazwany.
— O, widzę. Kogo my tu mamy? — rzekła, zanim zauważyła malucha.
Rozejrzała się w koło, nim trafiła na rudzielca.
— Cześć! Przyszłam w odwiedziny i by się dowiedzieć, czy czegoś nie potrzebujecie — wyjaśniła lekko.
Przynajmniej nie musiał się nudzić i wymykać ponownie z objęć matczynych w poszukiwaniu sensu życia. Sami chcieli przychodzić na występ rudej kukły dyrygowanej przez nieznane siły natury.
***
Rudzielec postanowił wczesnym rankiem wyjść z Groty Pamięci w celu myszkowania w starym obozie. Po triumfalnym powrocie z poprzedniej ekspedycji Kurza Łapa postanowił, że tym razem zwiedzi świat Wdzięcznej Firletki i Łzawej Łapy. Może tam znajdzie więcej niż przypuszczał.
Nagle jego uwagę przykuło legowisko wojowników. W dzieciństwie zostanie wojownikiem, średnio go interesowało, a nawet gorzej; nie zdawał sobie sprawy, że niedługo zostanie mianowany i że przydzielą mu mentora. Kurza Łapa zawrócił się i wszedł w serce klanu. Rudzielec, głęboko wtykając nos pomiędzy spalone gałęzie legowiska wojowników, nie znalazł niczego. Niestety, ponownie wrócił z pustymi łapami. Ale będzie przypał, pomyślał po chwili. No nic… lepsze to niż natrafienie na jakąś pułapkę czy coś ostrego. Nie chciał się skaleczyć.
Wracając do nowego obozu, z nieba zaczęły spadać dziwne, białe krople. Kurza Łapa przyglądał im się z wejścia do Groty Pamięci, dopóki nie zasnął.
Obudził się po południu, gdy poczuł, jak jego futro styka się z czymś zimnym. Wstał, ziewnął przeciągle i rozciągnął. Spojrzał na nowy świat z zaskoczeniem.
Kurza Łapa znienawidził Porę Nagich Drzew, odkąd wszedł w biały puch i poczuł to paraliżujące zimno. Zatkało go. Odskoczył od sterty śniegu i pokręcił głową. Wytrzeszczył kobaltowe oczy, wpatrując się w puch jak na gwiezdnego kota zesłanego w postaci zapalonego źdźbła trawy.
— Wiecie, co? Wolę marznąć w grocie… — wymamrotał drżącym z zimna głosem do siebie, odwracając sztywno do wejścia średniowiecznej piwnicy.
Wolał nie wchodzić głębiej z obawy na swoje wcześniejsze doświadczenia z pewnym korytarzem. Wiele razy tam wchodził, a mimo to bał się własnej wyobraźni. Może to tylko jakieś jego kolejne widzimisię?
Dlatego skupił się na innym aspekcie, a mianowicie pracy. Byli bardziej produktywni, niż Kurza Łapa przepuszczał. Sądził, że po morderstwach morały kotom opadły całkowicie. W sumie to wcale się nie mylił, co do swych przypuszczeń; najczęściej widział zastępczynię, swoją ciotkę dyrygującą resztą pobratymców i chodzącą cały czas po mech czy sprzątając różne zakamarki. Lub… “partnerkę” Dzikiego Berberysu. Kurza Łapa mimowolnie się skrzywił, podchodząc do odłamków skalnych. Zamiótł je niekompetentnie długim ogonem i spojrzał na legowisko wojowników. Krokusowa Kruchość powinna była odejść wraz z nim. Oboje razem zostaliby szczęśliwą parą. Mimo to kotka nawet nie ruszyła na granicę z innymi klanami. Nikt nie widział, aby dopytywała sojuszników czy znaleźli jakiegoś rudzielca w białe łaty. Czyżby odpuściła? Ta miłość to wyznanie, że mogłaby zostać zabita dla swojego jedynego kocura… tylko po to, aby uczucia ulotniły się od razu po jego wygnaniu?
— Żałosne — wycedził przez zaciśnięte szczęki. Starał się uważać na małe igiełki, które zamiatał swoim puchatym biczem. Mimo to brud i kurz czepiały się jego futra jak rzepy. Fuknął na zdewastowany ogon. Zamiótł odłamki skalne do kąta, po czym zaczął pielęgnację swojego cennego zamiatacza kurzu i małych kamyków.
W tej chwili dostrzegł kątem oka zbliżającego się pewnego kocura. Pogłos Klanu Burzy. Zmroziło go. Zesztywniał, zatrzymując się w miejscu. Mimowolnie zrobiło mu się gorąco, choć nie popełnił żadnego przestępstwa. Co on od niego chciał?
[Event Klan Burzy: Przeszukiwanie starego obozu.]
[Event Klan Burzy: Pozbycie się ostrych odłamków skalnych.]
<Wujku? Nie chcę tu stać wieczność!>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz