"Mroczni przodkowie, czy czuwacie nade mną?" — pomyślał sobie, z neutralnym wyrazem pyska nadal trwając tak w milczeniu u boku mentora. Nie wydawało mu się, by potrzebował udzielać mu kolejnej, tym razem słownej odpowiedzi, skoro wykonał gest głową. Szylkret mrugnął, wycofując się i zaczynając od miejsca, które on miał odśnieżyć. Wiatr wył wniebogłosy, roznosząc pierze z nieba po terenach Wilczackich, przykrywając nawet najwyższe drzewa iglaste, sięgające swoimi ramionami ku niebu, zsyłającym na nich cierpienie. Lodowate szpony targały koty po kryzach, przejeżdżając im po kręgosłupie, zmuszając ciała do mimowolnego wzdrygnięcia się, a w niektórych przypadkach do dygotania. Stanowiło to kłopot, każda próba przeciśnięcia się przez zaspę kończyła się wniesieniem chłodu do nory, a absolutnie nie było to wskazane czy chciane w danej chwili. W końcu trafiła im się niezwykle mroźna Pora Nagich Drzew. Gdyby tego było mało… dołączył do nich kocur pochodzący z Klanu Burzy, przebywający obecnie w legowisku więźniów. Blednąca Łapa nie zdążył wyrobić sobie o nim żadnej opinii, nie wiedział o nim nic i tak naprawdę nie widział go ani razu, chociaż nos po natknięciu się na nowy zapach nie mógł go okłamać. Uciekinier nie był jednym z nich. Lodowe pazury nieprzychylnej pory korzystały z każdej najmniejszej okazji ku temu, żeby uprzykrzyć kotom, chociaż odrobinę życie. Przez ostatnie parę dni wychodziło mu to zaskakująco wspaniale, na niekorzyść istotom. Blednąca Łapa początkowo odczuwał narastającą w nim frustrację, jednak z każdym kolejnym uderzeniem serca uczucie to zanikało, zakopane gdzieś głęboko w nim, posłane za tył głowy. Wiedział, że taka była kolej rzeczy, pogody kontrolować nikt – przynajmniej z żywych – nie mógł, a z martwych… nie miał pojęcia. Najprawdopodobniej wszystko kręciło się wokół tego, w jaką wersję wierzyło się najsilniej. On nie wierzył na razie w żadną, miał mieszane uczucia co do tego. Nie poddawał jednak wątpliwości tego, że koty z Miejsca, Gdzie Brak Gwiazd czuwały nad nimi. Jeśli wykona powierzone mu zadanie teraz, później mentor będzie może bardziej skłonny ku temu, by znów wyruszyli w odrobinę dalsze tereny Klanu Wilka, pod Cierniste Drzewo, jeśli uspokoi się wichura poza obozem. Gdyby wyruszyli teraz albo za moment, mogliby narazić się na ogromne niebezpieczeństwo. Poruszył spokojnie ogonem. Nawet jeśli mieli możliwość odebrania kotu życia, jeśli postąpił wbrew ich kazaniom, napotykał się każdego dnia na sytuacje, które same w sobie mogły odebrać ciepło z jego ciała, a przodkowie nie musieli nawet się temu przyglądać w celu ukarania kogoś, kto żadnej winy nie popełnił. Byli, owszem, wspaniali, wszechwiedzący, ale raczej nie mogli wszystkiego, a przynajmniej z pewnością istniały jakieś ograniczenia, nawet dla nich. Jeśli istniała w kotach chęć życia jak najdłużej, najłatwiejszym sposobem na to było nienarażanie się na niebezpieczne, głupie sytuacje oraz wykonywanie rozkazów zesłanych z Mrocznej Puszczy bez narzekania.
Przybliżył się więc do drobinek zebranych na sobie i zaczął łapami odsuwać to, co mógł. Wyglądał teraz prawie niczym kocię bawiące się kulką mchu w kociarni. On jednak z tego już wyrósł, teraz nie bawił się kulkami mchu, a zdobyczą, która mu wpadała w łapy co jakiś czas. Nadmiar na razie nie powinien zbierać się na nowo; z nieba nie prószyły kolejne płatki, dlatego mieli chociaż trochę czasu na wykonanie roboty… nawet jeśli wydawało się to bezcelowe, skoro gołębie chmury wisiały na niebie, rozciągając się po nim niczym kocie łapy, zasłaniając błękitne sklepienie dość sprawnie, zwiastując następne opady. Wysunął pazury, łapy zanurzyły mu się, aż natrafiły na twardą bryłę. Poczuł pieczenie na ciepłych poduszkach, chłód połaskotał go po kręgach dreszczem. Zamachnął się łapą konkretnie, posyłając odrobinę lodu w powietrze. Wydrapany niedobór uleciał na bok, tworząc początek jego zbiorów Pory Nagich Drzew. Ognikowa Słota obserwowała dwójkę z kociarni, nie komentując tego. Blednąca Łapa czuł wzrok kocicy na sobie, miał także świadomość, iż tam przebywała. Jego przeczucie było poprawne – jej pobyt nie był zwyczajnym humorkiem. Spodziewała się kociąt, a teraz trzy małe kulki leżały u jej boku, nieświadome, że dotknęła ich sroga pora. Dopóki głód nie zajrzy im do pysków, nie będą musiały nawet o tym wiedzieć. Futro podniosło mu się na karku lekko ku górze, aczkolwiek próbował zignorować uczucie bycia obserwowanym. Nie robiło to żadnej różnicy, wykonywał powierzone mu zadanie, a mistrzyni też nie wyglądała w tej chwili tak, jakby miała ochotę wychodzić z ciepłej jamy, dlatego ewentualną konwersację mógł wykreślić z listy.
Uniósł łeb znad swojej części. Pszczeli Rój robił sobie właśnie przerwę, cały zdyszany. Rudy srebrny poczuł lekkie ukłucie. On nie był taki zmęczony, każdy jego ruch był przemyślany w ten sposób, żeby nie zmarnować zbyt wiele energii na jedno pociągnięcie, skoro w cenie swojego wypoczynku był w stanie takich chwytów użyć co najmniej trzy razy, zanim zaczęłyby go boleć barki czy całe kończyny. Koty nadzwyczaj często wykonywały ruchy, które nie były rozsądne, aczkolwiek on sam lepszy nie był. Nie był kotem idealnym i miał o tym świadomość, mimo wszystko potrzeba obserwacji i analizy wszystkiego dookoła była najzwyczajniej w świecie silniejsza od niego. Nie potrafił ot tak rozkazać własnym myślom, przynajmniej na tak długo, dopóki spoglądał na coś innego, żeby zmieniły tor ku nowemu, równie wciągającemu i żywemu tematowi. Wszelkie plotki przechodziły mu koło uszu, ponieważ najzwyczajniej w świecie nigdy go nie interesowały. Mogło to powodować również kłopoty, bo jeśli zależałoby mu bardziej na integrowaniu się z resztą klanu, byłby niezwykle do tyłu, a znalezienie nowego pomysłu na poprowadzenie konwersacji mogłoby mu iść stokrotnie gorzej, a wręcz wolniej, niż przeciętnemu kotu. Łatwiej było siedzieć na uboczu i podsłuchiwać, a także wgapiać się w każdego, niżeli żywo angażować się w rozmowy. Gdyby tego było mało, rozmowy nierzadko marnowały potrzebną energię, którą można było poświęcić na coś bardziej ambitnego. Koty odczuwały samotność, z czym ciężko było się nie zgodzić, jednak u każdego z nich działała ona zupełnie inaczej, a sam srebrny nie był już pewien, jaki był on. Naturalna potrzeba spoglądania na innych przedstawicieli własnego gatunku, a także słuchania ich rozmów występowała, aczkolwiek angażowanie się w nie… nieszczególnie, a przynajmniej nie za każdym razem, kiedy jego uszy wyłapywały czyjś głos. Klan przepełniony był istnieniami, dlatego nie musiał obawiać się osamotnieniem. Istniało zjawisko, w którym kot, mimo przebywania w ogromnym tłumie, czuł się niezwykle samotnie, jednak bursztynooki nie doznał czegoś podobnego wcześniej albo nie zwrócił na to nigdy uwagi.
— Już prawie połowa za nami — powiedział Pszczeli Rój nagle, wyrywając swojego ucznia z widocznego zamyślenia. Srebrny przez ten czas dość odruchowo rozkopywał dalsze części lodowego filaru, a na jego mordce malowało się skupienie. Wytworzyło to w sercu kocura swego rodzaju płonną nadzieję, że może jednak uda im się pójść do Ciernistego Drzewa. Od nocy testu minęło już trochę, a jednak uczucie, jakie towarzyszyło mu wtedy, nie chciało go absolutnie opuścić. Czuł się tak, jakby powinien złożyć wizytę przodkom, nawet jeśli nikt do niego wtedy nie przemówił. Była to powinność, która wytworzyła się w jego sercu. Chciał czuć się komuś potrzebny, zaopiekowany, a mroczni przodkowie obdarzyli go uczuciem, za którym tak ślepo podążał, nawet nieświadomie, nawet jeśli nie kiwnęli w jego kierunku palcem. Nie miało to zbyt wielkiego znaczenia, był dość naiwny, a jego umysł szybko wytwarzał przeróżne połączenia w celu nienagannie szybkiego uspokojenia go. To wszystko wystarczyło, żeby identyczne skojarzenia go nawiedziły. Spojrzał na niebieskookiego, który teraz siedział i wpatrywał się w niego jeszcze przez jakiś czas. Jego serce przyspieszyło bicia, gdy do uszu docierał skowyt wichury, a z nieba zaczęły sypać intensywnie płatki, ignorując całą pracę, jaką dwójka włożyła w poskromienie przynajmniej części z nich. Z każdym kolejnym na gruncie, miał wrażenie, jakby serce zapadało mu się lekko. W oddali wytworzyła się siwa mgła, a w połączeniu z intensywnymi podmuchami… nie zapowiadało się na polepszenie pogody. Z dzisiejszych spacerków, sparingów, czegokolwiek nici. Pozostało mu odśnieżać legowiska wraz z resztą współklanowiczów. Mentor odchrząknął.
— Dzisiaj zostaniemy w obozie. Innym razem potrenujemy poza nim. Pogoda nam niestety nie pozwala. Normalnie kazałbym ci wyjść i może wyćwiczylibyśmy nowe chwyty, aczkolwiek czuję po sobie, że obecne warunki się ku temu nie nadają — wyjaśnił, mrużąc na chwilę oczy. — Nie myśl sobie jednak, że to koniec naszej pracy. Ty tutaj będziesz siedział, dopóki przed żłobkiem nie pojawi się szeroka, czysta przestrzeń. Teren ma lśnić i to nie od śniegu — nakreślił jeszcze specjalnie, a Blednąca Łapa zamruczał cicho w odpowiedzi. Nie pozostawało mu nic innego, jak wykonać rozkaz uczącego go kota. Był lekko surowy, jednak rudy nie postrzegał tego jako wadę. Skoro dzięki temu mógł nawet bardziej zbliżyć się do przodków, niech tak będzie. Wszystkie te lekcje okażą się kiedyś przydatne. Wszystko, czego się uczył pod skrzydłami wojownika, może kiedyś i on sam przekaże własnemu uczniowi, jeśli kiedykolwiek takowy zostanie mu powierzony. Było to niezwykłe wyróżnienie, możliwość nauki i przekazania młodemu kotu coś, w co się wierzyło tak szczerze, udoskonalenie jego nabytych do tej pory umiejętności, przedstawienie nowego, zupełnie odmiennego postrzegania świata, które w rzeczywistości nie odbiegało szczególnie od tego, jakie panowało u pobratymców dookoła.
Blednąca Łapa przewalił kawałek, czując ulatujące czucie w łapach. Mimo mrowienia nie dawał kończynom czasu na to, żeby w pełni się ogrzały, co za tym idzie, jego ruchy stawały się dość powolne i niewymierzone, jako iż nie odczuwał dyskomfortu, jeśli cokolwiek stało mu się w poduszki. Jego wąsy pokryły się drobinkami, topiącymi się od coraz to chłodniejszego oddechu z pyska wytwarzającego ciepłą chmurkę, oczy mrużył, żeby odlatujące kawałki nie utrudniały mu pracy. Z biegiem czasu, jego poduszki zaczęły twardnieć, stały się bardziej przystosowane do panujących tutaj warunków, do igieł świerków, do nieregularnego podłoża wysypanym aż po brzegi leśną ściółką. Mimo wszelkich starań nie był w stanie pracować bez przerwy, ponieważ jego ruchy spadały na jakości, przynosząc coraz to mniej owocne rezultaty. Należała im się przerwa.
[1621 słów]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz