⇸◦☽✴︎☾◦⇷
Dawno temu...
Kamienne ściany żłobka chroniły jego lokatorów przed chłodnym wiatrem. Strzepnęła uchem, ze znudzeniem przenosząc spojrzenie na wyjście z legowiska i centrum obozu poza nim. Koty przesuwały się między wnękami w skale, podchodziły do stosu ze zwierzyną, znikały za falą wodospadu…
Nie usłyszała tupotu drobnych łapek. Strzępek wcisnął nos w jej futro; następne na jej brzuchu spoczęły łapki i miękki policzek. Napięła mięśnie. Nie mogła przyzwyczaić się do wszystkich niespodziewanych, nieświadomych swojego wpływu na nią dotyków.
Strzępek uniósł na nią pytający wzrok, cofając się o długość wąsa.
— No już, już… — wymamrotała. — Po co ci było wystawiać nosa na zewnątrz?
Westchnęła i poruszyła ogonem. Przyciągnęła nim kociaka bliżej, okrywając jego ciałko kosmykami ciemniejszego futra.
Znaczenia na pyskach, łapkach i ogonach jej kociąt były niemal takie same, jak te Szałwiowego Serca. Odcień szarości był jednak jaśniejszy, delikatniejszy, i barwy praktycznie nie kontrastowały ze sobą. Czy z wiekiem ściemnieją? Czy jeszcze bardziej będą przypominać swojego ojca? Strzępek i Szron, dwoje potomków księcia, o futrach w tych samych barwach, tych samych turkusowych ślipiach, w które niegdyś spoglądała wieczorami, imionach rozpoczynających się na ten sam ostry, charakterystyczny dźwięk... Czy świadomie im je nadała? Czy Klan Gwiazdy karał ją za jej grzechy, zsyłając z gwiazd koty, które przypominać będą jej o partnerze do końca jej życia?
⇸◦☽✴︎☾◦⇷
Parę księżycy później…
Klan Klifu zebrał się w grocie. Strzepnęła uchem, ignorując mniej-przychylne spojrzenia niektórych pobratymców, unosząc wysoko łeb i wpatrując się w wejście do legowiska lidera.
Judaszowcowa Gwiazda wychylił oprószony siwizną pysk z jaskini. Skłoniła lekko podbródek w geście powitania, po czym przeniosła wzrok na dwójkę kotów, czekającą wewnątrz okręgu utworzonego przez resztę Klifiaków. Strzępek i Szron, o wylizanych pyszczkach i ułożonym futerku, spoglądający w górę na lidera. Widziała cień niezdecydowania w oczach syna, jak i zniesmaczenie malujące się na pysku pointki; jednak dwójka przyszłych uczniów siedziała cicho, oczekując ceremonii.
Bukowa Korona i Trójoki Zając. Mentorzy kolejno Zszarzałej i Oszronionej Łapy – jeden wzbudzał u niej obawę i niezadowolenie, a drugiego przyjęła z aprobatą oraz skinieniem głową. Wierzyła, że Szron dogada się z wujem, jednak do przybłędy, którego przyprowadził ze sobą Królicza Prawda przy powrocie do Klanu Klifu… Miała mieszane uczucia. Przynajmniej tyle, że pod nieobecność Buka trening Strzępka również rozpocznie Trójoki Zając; może kremowy zdąży przemówić mu do rozsądku, zanim rozpocznie się plecenie bajeczek przez drugiego mentora.
Była wolna. Wolna od żłobka, wolna od pilnowania kociąt od wschodu słońca do jego zachodu, a czasem i dłużej. Mogła powrócić do roli wojowniczki, udawania się z patrolami łowieckimi i granicznymi poza obóz i, co najważniejsze, znikania wszystkim z widoku na dłużej niż parę chwil.
Koty zaczęły się rozchodzić, a w centrum pozostali tylko Pikująca Jaskółka i Trójoki Zając z dwójką nowo nabytych uczniów po jego bokach. Odwróciła od nich wzrok, przeciągnęła się, po czym podniosła na łapy i skierowała w stronę wodospadu. Przesunęła się po kamiennej ścieżce, czując na sobie czyiś wzrok, który zniknął, gdy zawinęła za zakrętem i schowała się za strumieniem wody. Czas wrócić do spacerów starą trasą; nie tą blisko obozu, a tą bliżej… Granic.
⇸◦☽✴︎☾◦⇷
Teraźniejszość; jakiś czas temu…
Oprószony puchem piasek ciągnął się przed nią, znikając pod falami, poruszającymi jednocześnie chmurami białego śniegu, który zbierały z brzegu. Strzepnęła ogonem, obracając pysk w stronę morza.
Nadal przychodziła na plażę. Przesiadywała na tym samym kamieniu, patrzyła na te same gwiazdy. Nie przytulała się jednak do tego samego, ciepłego boku, który zawsze jej tam kiedyś towarzyszył. Nie patrzyła w te same błyskające w ciemności ślepia, nie słuchała tego samego barwnego śmiechu. Sama nie wiedziała, czy sprawiała sobie tym jedynie więcej bólu, czy jednak koiła coś w swojej duszy, uciszając naglący głos w swojej głowie. Może spotkasz go na granicy, mówił jej. Może podejdzie do Ciebie, przeprosi za księżyce nieobecności i wszystko będzie jak dawniej. Nic nie będzie jak dawniej. Może on zdoła okazać miłość Oszronionemu Kłowi i Wzburzonemu Kormoranowi. Może okazałby się lepszym rodzicem niż Ty, i może w końcu chociaż przypominalibyście normalną rodzinę…
Potrząsnęła łbem. Jej pazury nieświadomie zagłębiły się w zmarznięty piasek, a sierść na karku nastroszyła się. Z zimna, czy ze strachu? Bała się tego, że już nigdy z kocurem nie porozmawia, czy wręcz przeciwnie – tego, że spotka go przypadkiem i nie będzie wiedziała, co zrobić? Strach przed spotkaniem, czy przed jego brakiem? Jaka była różnica? I tak nic by się nie zmieniło na lepsze; nie była pewna, czy rzuciłaby się kocurowi w ramiona, czy żądała wyjaśnień. Jak bardzo zmienili się przez te wszystkie księżyce? Co teraz o niej myślał? Czy w ogóle to robił? Czy umiałaby mu zaufać, tak jak kiedyś, gdy prowadził ją na skryte zakątki plaży czy pobliskiej polany, leżał po jej prawym boku, gdzie nie mogła widzieć jego następnego ruchu, i wprowadzał ją za młodu w dzikie, morskie fale? Czy weszłaby w nie ponownie, gdyby tylko chciał ją przez nie przeprowadzić?
Łapy zaprowadziły ją na granicę, w miejsce, gdzie piasek powoli mieszał się z połaciami trawy; tej pory Nagich Drzew ledwo widocznymi. Zatrzymała się. Charakterystyczny zapach Klanu Nocy unosił się wraz z wiatrem, ostry, jednak przynoszący jej już od dawna więcej otuchy niż zniesmaczenia. Przycupnęła na ziemi, ciasno owijając łapy ogonem i wbijając wzrok w korony drzew w oddali, ledwo malujące się na horyzoncie. Z jednej strony łąka, z drugiej morskie odmęty, z tyłu pnące się w górę klify. Wiatr szumiał w jej uszach, muskając kosmyki jej futra. Nerwowo przekręciła głowę, lustrując wzrokiem granicę.
Czuła się strasznie na widoku. Jak gdyby coś, lub… Ktoś, miał wyskoczyć z niewidocznego dla niej punktu i… I co?
Spotykając się na tej samej polanie z Szałwiowym Sercem nigdy tego tak nie odczuwała. Drzewa i klify nie odsunęły się, a plaża nie poszerzyła. Wszystko uparcie zatrzymało się w czasie. Czy to ona była tak zaślepiona uczuciem, aby ignorować oczywiste niebezpieczeństwo? Nie wiele trzeba było, aby ktoś ich zobaczył; tu, czy na zgromadzeniach. Czy tak właśnie się stało? Nadal się nad tym zastanawiała. Czyja była to wina?
⇸◦☽✴︎☾◦⇷
Paręnaście wschodów słońca temu…
Wiatr zawzięcie szumiał między drzewami. Uniosła głowę i uchyliła pysk, oddalając się na parę kroków od patrolu. Kątem oka zerknęła na koty, które wyznaczyła sobie do polowania, i skinęła im łbem na znak, aby się rozeszli.
— Zbierzemy się niedługo w tym samym miejscu — oznajmiła jeszcze ochrypłym głosem, po czym zerknęła na niebo i płynące w kierunku horyzontu światło. — Zanim słońce zniży się do linii drzew.
Rolę zastępcy na czas niedyspozycji Truskawkowego Pola przyjęła z powagą i wysoko uniesionym podbródkiem. Wyznaczała patrole, zdawała raporty bratu, wykonywała polecone przez niego zadania… Mimo wszystkich wątpliwości, które tymczasowa rola ze sobą przyniosła, uważała, że szło jej całkiem dobrze. Gdyby tylko pełniła tę rolę oficjalnie, gdyby tylko rzeczywiście jej łapy stały bliżej władzy, która wisiała jej tuż przed nosem i śmiała się z niej.
Zapuściła się pomiędzy drzewa obok studni. Wyminęła kamienną budowlę, podchodząc bliżej pni i ich łysych gałęzi, by zawęszyć pomiędzy korzeniami. Niemal zawsze udawało jej się wrócić do obozu co najmniej z jedną przyzwoitą sztuką zdobyczy w pysku; liczyła na to, że i tak będzie tym razem. Zastrzygła uszyma i uchyliła wargi, zwracając pysk w głąb lasku, skąd sporadycznie dobiegał do niej melodyjny świergot ptaków i trzepot skrzydeł. Właśnie tego szukała.
Zazwyczaj ptaki były jedną z tej trudniejszej zwierzyny – tej, którą sobie najczęściej odpuszczała. Zazwyczaj wybierała ofiarę, która nie mogła wzbić się w powietrze i spocząć na wysokiej gałęzi, poza jej zasięgiem, gdzie swoim ptasim śpiewem śmiałaby się z tego, że jej łapy na stałe już będą dotykać ziemi. Korony drzew stały się dla niej nieosiągalne; trzy łapy nie zawsze wystarczały, by zaczepić się o śliską korę i wciągnąć całe ciało do góry, a fantomowy ból, który towarzyszył jej do teraz, nawet tyle księżycy po straceniu kończyny, nadal nasilał się przy zmianach pogody czy intensywnym wysiłku fizycznym. Nie chciała zaciskać zębów w drodze do góry, lub, co gorsza, stracić kontroli nad pozostałymi łapami i runąć z powrotem na ziemię. Więc omijała ptaki szerokim łukiem… Mimo to, tego dnia postanowiła być uparta.
Podążyła za ptasimi trelami, wyostrzając słuch i wzrok. Jej kroki, mimo wysokiej, sięgającej aż po łokcie warstwy śniegu, były uważne i wymierzone. Nigdy nie osiągnęła już tej samej zwinności i precyzji, która towarzyszyła jej za młodu, jednak nauczyła się modyfikować pozycję łowiecką i wszystkie znane jej ruchy na własną korzyść; wyuczonymi ruchami utrzymując równowagę podczas bycia pochylonym nad ziemią, rekompensując przy tym ogonem za utraconą kończynę, stawiając łapy pod specyficznym kątem, czy wykorzystując siłę pozostałej jej lewej nogi, odpychając się od kamieni i pni drzew, aby zdobyć większą prędkość w wyskoku na ofiarę. Zatoczyła koło, przemykając między korzeniami, a jej spojrzenie prędko zatrzymało się na właścicielu barwnego głosu.
Niepozorna sikorka, unosząca drobny dziób do góry i grzebiąca siwą łapką w śniegu. Odwrócona do niej tyłem, nieświadoma niebezpieczeństwa.
Wstrzymała oddech i, jak najciszej, przypadła do ziemi. Przesunęła się parę kroków w bok, aby znaleźć się w ślepym punkcie ptaka, po czym cofnęła tylną łapę na tyle, aby oprzeć ją o wystający korzeń; odepchnięcie się od niej da jej więcej precyzji w wyskoku naprzód, aniżeli gdyby miała odbić się prosto od ziemi. Naprężyła grzbiet, uniosła ogon i…
Wyskoczyła. Sikorka nie odwróciła się do niej do ostatniego momentu; pazury drasnęły jej pióra, szczęki zawisły nad jej głową… Była jednak za wolna. Ptak zaskrzeczał, śmiejąc się z niej, po czym machnął skrzydłami i wzbił się w powietrze. Z jej gardła wyrwało się warknięcie.
— Zapchlone ptasie zady!
Nim jednak zwierzę zdołało się oddalić, z krzewów obok wypadł niewyraźny, pręgowany kształt. Niebieska smuga wyskoczyła w górę, łapiąc sikorkę między zęby, po czym wylądowała na ziemi.
Wzburzony Kormoran spoglądał na nią z przekrzywioną głową, nastroszonym futrem i jej zbiegłą zdobyczą w pysku.
Oczywiście, że takie było jej szczęście. Oczywiście, że musiała płaszczyć się przed synem. Przez chwilę zapomniała nawet o tym, że zabrała go ze sobą na patrol; po odejściu Króliczej Prawdy starała się spędzać w jego otoczeniu nieco więcej czasu, nawet, jeżeli wtedy nie rozmawiali. Czy nawet na siebie nie patrzyli. Nie była pewna, jak dobrze jej dzieci znoszą nieobecność kocura – nie wiedziała nawet, czy pomimo tego, że kremowy poświęcał im więcej uwagi niż ona, był w ich oczach lepszym opiekunem. Mogłaby z nimi o tym porozmawiać… Jednak to nigdy nie było takie łatwe, jak wszyscy jej wmawiali.
Zamrugała, po czym z westchnieniem podniosła się z ziemi. Zdała sobie sprawę z niezręcznej ciszy, która zapadła pomiędzy nią a pointem; strzepnęła ogonem i uchyliła pysk.
— Szybki jesteś.
Słońce chyliło się ku zachodowi nad morskimi falami. Podbiegła do stada ptaków od tyłu, naskakując na nie, aby poderwały się do lotu w kierunku właściwego łowcy. Szałwiowa Łapa, zaledwie parę uderzeń serca po jej ruchu, wyrwał się w powietrze. Ze swojego miejsca obserwowała mięśnie napinające się na jego ciele i futro połyskujące w wieczornym blasku. Uczeń zwinnym ruchem zacisnął krzywe szczęki na szyi rybitwy, tym samym zabierając ją wraz z nim na ziemię.
Uśmiech kocura, gdy tylko upuściła zwierzynę i podniósł na nią wzrok, był nadzwyczaj piękny.
— Dzięki wielkie! To było niezłe!
Potrząsnęła głową. We wszystkim umiała znaleźć podobieństwo; wyglądzie, zachowaniu, a teraz nawet technice polowania… Ta sama oprószona szarością mordka, ciasnym chwytem trzymająca zdobycz, te same silne łapy.
Końcowo nie wytrzymała presji – nie sprzeciwiła się głosom obijającym się o ściany jej czaszki, a popłynęła z nurtem ich sugestii.
— Dobry z ciebie łowca. Zupełnie tak, jak z twojego ojca — kontynuowała, odbiegając wzrokiem gdzieś do góry, na łyse korony drzew. Kątem oka dostrzegła zdziwienie malujące się, mało dyskretnie, na pysku syna. — No, tego prawdziwego.
Parsknęła i zwróciła głowę prosto na Wzburzonego Kormorana.
— Nie patrz tak na mnie. Myślę, że wszyscy przejrzeli już moją pośpiesznie składaną bajeczkę na temat jego tożsamości… Może jedynie mój ojciec nadal w nią wierzy, jeśli Klan Gwiazdy po śmierci nie pokazał mu prawdy i tego, ile razy kłamałam mu prosto w pysk.
<Synu?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz