Porą Zielonych Liści
Nastała Pora Zielonych Liści i piękna, acz naprawdę gorąca pogoda. Taka wręcz nie do życia zwłaszcza dla pewnego wychudzonego jegomościa, który sierści miał jak na lekarstwo, a wszak wiadomo, iż gęsta okrywa włosowa chroniła przed upałami. Cóż... nie u Chudego. Bury asystent medyka cierpiał prawdziwe katusze, smażąc się na słońcu jak jajka na patelni. Mało brakowało, by mu coś zaczęło skwierczeć. Mimo tego dzielnie wykonywał swoje obowiązki i w dalszym ciągu robił eksperymenty z maścią na porost włosów. Właśnie coś mu brakło jakichś ziół do kolejnej już mieszanki, wiec pomyślał, że po nie pójdzie. Wszedł do legowiska medyków po kilka dużych liści, kiedy to dostrzegł byłego mentora. Kot, który nie miał z nim łatwego treningu, a jednak poniekąd wziął na siebie ułożenie niesfornego żyjącego szkieletu. Chudy do dziś pamiętał wielki ochrzan po akcji z kocimiętką i to niezadowolone spojrzenie, gdy przebił sobie ucho z bratem. Zupełnie jakby... jak ojciec? Bury nigdy nie miał tego luksusu posiadania figury ojcowskiej w życiu, to też nie miał pojęcia czy mógł w ogóle myśleć o Koprze w ten sposób. Poza tym, czy kot w ogóle by chciał takiego zabiedzonego kota na coś à la "syna"? Miało już dwie córki, więc nie wiedział, czy było tam miejsce, ale Chudy był drobny, to może by go wcisnął gdzieś... Przełknął gulę w gardle. Od dłuższego czasu nad tym myślał. O tym, jak określić ich aktualną relację i czy mógłby zyskać w Koprze coś na wzór ojca... O ile ono by chciało. Bardzo sztywnym i niezręcznym krokiem postanowił podejść do liliowego. Wyglądał, jakby miał zaraz zejść.
— Hej — miauknął z chrypą. — P-Pójdziemy po zioła?
Liliowy zbierał właśnie rozsypane ziarenka maku, więc dokończyło swoje zajęcie, nim odwróciło się w stronę stojącego za nim chudzielca.
— Wyglądasz strasznie. Wszystko dobrze? — zapytało troskliwie, strzygąc uszami. — Witaj Chudy Grzbiecie. Możemy iść po zioła, oczywiście — uśmiechnęło się lekko.
Chudy pokiwał głową, ale się nie odezwał. Machnął nerwowo ogonem, a gdy liliowy zgodził się pójść, wyszedł przodem. Szli w dziwnej ciszy, a trawa chrupała pod ich łapami. Chudy Grzbiet drapał się co chwila po boku lub łapie, co chyba już było jego tikiem nerwowym. Niebieskie oczy skakały z rośliny na roślinę, bo nie potrafił skupić uwagi na niczym konkretnym. Dlaczego tak się stresował? Przecież Koper go nie zje… chyba.
Dotarli do miejsca z potrzebnymi ziołami. Chudy Grzbiet bez słowa zaczął zrywać pędy, szukając w tym samym czasie innych roślin, które mogłyby się przydać. Zerkał co chwila na Asystenta Medyka, a łapy mu drżały.
Po dłuższym czasie w końcu przełknął gulę w gardle.
— Hej... — zaczął, nieco się wahając. Czy powinien poruszać ten temat? — No bo ten... tak się mną zajmujesz, odkąd byłem Twoim uczniem i nawet wcześniej... I tak się zastanawiam…
Roztargniony Koperek nadstawiło uszu, słysząc nieco zachrypnięty najwyraźniej z nerwów, głos kocura.
— Nooo...? — zachęcił go do kontynuowania.
Mówił całkiem szybko, a jego oczy uciekały wciąż na boki, unikając kontaktu wzrokowego. Przysiadł z tego wszystkiego i zwiesił łeb. Czemu się wahał? Przecież znali się tyle księżyców, a najgorsze (chyba) co mógł dostać w odpowiedzi, to "nie". Więc dlaczego nie mogło mu przejść przez gardło to pytanie? Bo zawsze byli tylko sierotami, odkupionymi od jakiejś samotniczki? Nigdy nie zostali w pełni członkami klanu? Czy to mogła być przyczyna?
Liliowy spojrzało na młodszego asystenta medyka i zmrużyło oczy.
— Na pewno nie jesteś chory? — podpytało, chyba dla świętego spokoju. Zauważyło jednak zakłopotanie swojego byłego ucznia i odrobinę położyło uszy po sobie, a następnie kiwnęło głową na znak, że zrozumiało, dając mu więcej czasu, by to z siebie wydusić.
Bury westchnął ciężko. Słabo mu szły takie poważne rozmowy, które nie były kłótniami. On… on czasami powątpiewał czy w ogóle nadawał się do życia w społeczeństwie. Wszystko było takie... skomplikowane.
W końcu podjął ponowną próbę, przełykając głośno ślinę.
— Mam takie eeee pytanko — mruknął, drapiąc się po szyi. — M-Mogę Ci mówić tato?
Słysząc pytanie, zacisnęło usta i odwróciło wzrok w bok, żeby nie parsknąć śmiechem.
— Na Mroczną Puszczę... — wymsknęło się jeno. Przejechało łapą po twarzy, usiłując utrzymać ten sam wyraz twarzy, ale widać było po jeno, że najchętniej położyłoby się na ziemi, rechocząc wniebogłosy. — Ale ty tak poważnie? — zapytało, marszcząc brwi.
Chudy momentalnie poczuł, jak pieką go uszy oraz kościste policzki. Najeżył rzadką sierść na grzbiecie, odwracając zażenowany głowę. Reakcja Kopra była bardzo wymowna. Jakby załamało nad nim łapy...
— N-N-No, ale o co Ci chodzi! — miauknął zażenowany i zawstydzony Chudy. — Zawsze mi pomagałoś i w ogóle! Plasterki z liści mi robiłoś, a potem wzięłoś na ucznia i nawet dostawałem od Ciebie ochrzany i szlabany! Jakbyś był moim ojcem! — wykrzyczał skrępowany. Patrzył, jak Koper zakrywa łapą pysk. Chudy położył po sobie uszy. — No i czego się chichrasz?! — burknął.
— Bo się jeszcze popłaczesz. Spokojnie — spoważniało, wzdychając cicho. — Mentor może mieć podobne zadania co ojciec, wiesz? Rozumiem, że Ci go brakuje... I że możesz w nim odnajdywać mnie — przerwało na chwilę, wpatrując się we własne łapy, jakby szukało odpowiednich słów. — Jednak słyszałeś sytuację, gdy to mentor dawał reprymendy swojemu uczniowi i... — znowu przerwało i przybiło sobie piątkę z czołem. — Nie jestem pewne, czy byłbym do tego odpowiednie, wiesz? — burknęło.
— Tak, na poważnie! Żebyś wiedział! Chcę takiego gbura i wredotę jak Ty na ojca, powinieneś się cieszyć, do diaska! Nawet rodziców ciężko mi znaleźć no...
Machnął nerwowo ogonem, szorując nim po trawie. Zaczął powoli żałować tego pytania. Ośmieszył się tylko bardziej, ale co mógł poradzić? Dla takiej sieroty jak on, którą każdy kopie z kąta w kąt kot jak Koper naprawdę był na wagę złota. Nawet jeśli go nie lubił, to się nim zajmował. Poza tym nie prosił, by Koper adoptowało też jego braci... więc by miał tylko jedno dziecko ekstra, a nie trójpak!
Zastrzygło uszami, słysząc zakłopotanie młodszego asystenta. Pokręciło z politowaniem głową.
Liliowy skopało kamyk leżący nieopodal, mrużąc niebieskie oczy. Słysząc dalszą wypowiedź burasa, prychnęło cicho i rzuciło mu wyraźnie niezadowolone spojrzenie. — Gbura i wredotę? — zapytało osłupiałe, a następnie zaczęło się śmiać. — Bardzo mi miło wiedzieć jak mnie postrzegasz, głupi badylu — uśmiechnęło się, a następnie położyło mu łapę na głowie lekko, roztrzepując mu futro.
Chudy uszy miał nisko, a pyszczek zrezygnowany, kiedy słuchał tego, co mówiło asystent medyka. Widział, jak Koper przybiło piątkę z czołem i Chudy przewrócił oczami. Co za kot!
— To nie tak, że brakuje mi ojca... — szepnął, ale tak by Koper słyszało. — Ty po prostu... uh.
Przerwał na chwilę, by przełknąć ślinę i powstrzymać cisnące się do oczu łzy. Czy to był wstyd, a może skrępowanie? Przygnębienie, bo nie dostał pozytywnej odpowiedzi? Jeśli Koper nie czuł się dobrze w roli ojca, to dlaczego miał córki? — Ty po prostu jesteś blisko mnie... — wydusił z siebie. — I mojego... ugh, serca. Bo wiesz, też mam taki narząd w sobie.
— Oh no oczywiście, że masz, bez niego byś nie żył — miauknęło, uśmiechając się odrobinę głupio. — Rozumiem — dodało po chwili.
Chudy został poczochrany po głowie, a jego trzy włoski zmierzwione i teraz każdy stał w innym kierunku.
— Nie musisz być odpowiednie… — mruknął cicho, patrząc w innym kierunku. Końcówki uszu bardzo go piekły, a serducho biło szybko. Kto by przypuszczał, że będzie odbywać kiedykolwiek taką rozmowę?! — Po prostu... no... bądź tam gdzieś obok... — wydusił resztę swoich myśli.
— Hmm... No dobrze — miauknęło, uśmiechając się lekko, co było zdecydowanie czymś nowym. — Jestem obok prawie cały czas, Chudy — dodało. Słysząc oburzenie kocura, parsknął śmiechem. Spojrzało na swoje dzieło na głowie Chudzielca, zabierając łapę.
Chudy zmarszczył brwi, kiedy Koper zostawiło na jego głowie roztrzepane dzieło. Z jednej strony uroczo, a z drugiej... on i tak miał tam trzy włoski!
Bury na chwilę zamilkł i rozejrzał się po trawie, jakby myślał jeszcze. Po chwili podniósł głowę i spojrzał na Kopra, gdy dotarło do niego, jak został nazwany.
— Jesteś gburem, nazywam rzeczy po imieniu — orzekł swoim zwyczajowym tonem. — Poza tym… Ja?! Głupi Badyl!? Wypraszam sobie!
— Tak, ty! Głupi Badyl. Chyba nie powiesz mi, że nie? Też nazywam rzeczy po imieniu — rzuciło z uśmiechem, a następnie po chwili ciszy przytuliło go. — To mówisz, że mam być twoim ojcem? Jasne, ale dostajesz podwójne reprymendy — uśmiechnęło się odrobinę złośliwie.
Słuchał liliowego, a gdy ten się uśmiechnął, poczuł ciepło na sercu. Chyba nigdy dotąd... Nie widział, jak asystent medyka się uśmiechał? Czy to była jego zasługa? Koper cieszyło się, że Chudy jednak odważył się zapytać? Otworzył zszokowany pyszczek i mógłby przysiąc, że zapiekły go policzki. To było takie dziwne...? Radość? Bo wywołał u Kopra delikatny uśmiech? Wiec był do tego zdolny... woah! Aż Chudy sam krzywo się uśmiechnął. Serce mu rosło, widząc to wszystko, a nowa nadzieja na normalne życie wstąpiła w jego duszę. Kiedy jednak Koper zaczęło go wyzywać od badyli, na nowo się obruszył.
— Akurat mózg mam duży! Wzniosę medycynę Klanu Wilka tak wysoko, że wszystkie klany będą nam zazdrościć! Wtedy nie będziesz mógł mnie wyzywać od Głupich Badyli! — odparł dziarsko, a na jego pysk wstąpił zaczepny wyraz, jakby rzucał kotu medyczne wyzwanie. Po sekundzie... Koper go objął łapami. Pierwszy raz, odkąd się znali, odkąd Chudy w ogóle przyszedł na ten świat, ktoś go przytulił i nie był jego bratem. Serce zaczęło szybko mu bić z tych wszystkich emocji. Wtulił krótki pyszczek w bujną sierść starszego medyka. Wciągnął nosem jego zapach, kojący i taki... taki swój. Bezpieczny, kojarzący się właśnie z zaufaniem. Kiedy jednak kot odezwał się ponownie, sielanka została zburzona jak domek z kart.
— Reprymendy?! Niby za co! Czemu! Powinieneś mnie chwalić i eeeee kochać, o! Ojcowie są od kochania i rozpieszczania! Od przytulania, kiedy dziecko ma koszmary! I... i eeee od grania z nimi kulką mchu!
— Oh no oczywiście, że masz, bez niego byś nie żył — miauknęło, uśmiechając się odrobinę głupio. — Rozumiem — dodało po chwili.
Chudy został poczochrany po głowie, a jego trzy włoski zmierzwione i teraz każdy stał w innym kierunku.
— Nie musisz być odpowiednie… — mruknął cicho, patrząc w innym kierunku. Końcówki uszu bardzo go piekły, a serducho biło szybko. Kto by przypuszczał, że będzie odbywać kiedykolwiek taką rozmowę?! — Po prostu... no... bądź tam gdzieś obok... — wydusił resztę swoich myśli.
— Hmm... No dobrze — miauknęło, uśmiechając się lekko, co było zdecydowanie czymś nowym. — Jestem obok prawie cały czas, Chudy — dodało. Słysząc oburzenie kocura, parsknął śmiechem. Spojrzało na swoje dzieło na głowie Chudzielca, zabierając łapę.
Chudy zmarszczył brwi, kiedy Koper zostawiło na jego głowie roztrzepane dzieło. Z jednej strony uroczo, a z drugiej... on i tak miał tam trzy włoski!
Bury na chwilę zamilkł i rozejrzał się po trawie, jakby myślał jeszcze. Po chwili podniósł głowę i spojrzał na Kopra, gdy dotarło do niego, jak został nazwany.
— Jesteś gburem, nazywam rzeczy po imieniu — orzekł swoim zwyczajowym tonem. — Poza tym… Ja?! Głupi Badyl!? Wypraszam sobie!
— Tak, ty! Głupi Badyl. Chyba nie powiesz mi, że nie? Też nazywam rzeczy po imieniu — rzuciło z uśmiechem, a następnie po chwili ciszy przytuliło go. — To mówisz, że mam być twoim ojcem? Jasne, ale dostajesz podwójne reprymendy — uśmiechnęło się odrobinę złośliwie.
Słuchał liliowego, a gdy ten się uśmiechnął, poczuł ciepło na sercu. Chyba nigdy dotąd... Nie widział, jak asystent medyka się uśmiechał? Czy to była jego zasługa? Koper cieszyło się, że Chudy jednak odważył się zapytać? Otworzył zszokowany pyszczek i mógłby przysiąc, że zapiekły go policzki. To było takie dziwne...? Radość? Bo wywołał u Kopra delikatny uśmiech? Wiec był do tego zdolny... woah! Aż Chudy sam krzywo się uśmiechnął. Serce mu rosło, widząc to wszystko, a nowa nadzieja na normalne życie wstąpiła w jego duszę. Kiedy jednak Koper zaczęło go wyzywać od badyli, na nowo się obruszył.
— Akurat mózg mam duży! Wzniosę medycynę Klanu Wilka tak wysoko, że wszystkie klany będą nam zazdrościć! Wtedy nie będziesz mógł mnie wyzywać od Głupich Badyli! — odparł dziarsko, a na jego pysk wstąpił zaczepny wyraz, jakby rzucał kotu medyczne wyzwanie. Po sekundzie... Koper go objął łapami. Pierwszy raz, odkąd się znali, odkąd Chudy w ogóle przyszedł na ten świat, ktoś go przytulił i nie był jego bratem. Serce zaczęło szybko mu bić z tych wszystkich emocji. Wtulił krótki pyszczek w bujną sierść starszego medyka. Wciągnął nosem jego zapach, kojący i taki... taki swój. Bezpieczny, kojarzący się właśnie z zaufaniem. Kiedy jednak kot odezwał się ponownie, sielanka została zburzona jak domek z kart.
— Reprymendy?! Niby za co! Czemu! Powinieneś mnie chwalić i eeeee kochać, o! Ojcowie są od kochania i rozpieszczania! Od przytulania, kiedy dziecko ma koszmary! I... i eeee od grania z nimi kulką mchu!
<Koper? :3 >

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz