— Nie możemy czekać, musimy działać — z pyska liliowego kocura wydobyło się ciche warknięcie, które rozbrzmiało echem po korytarzach jaskiń. Mniszkowy Nektar pokręcił głową, spoglądając w pustkę. Miał nadzieję coś zobaczyć, ale co mu po tym zostało? Stracił rodzinę, nikt w Klanie Klifu nie wydawał mu się tak bliski, jak Jastrzębi Zew. Jednak szylkretka pogrążyła się w rozpaczy, po utracie wszystkiego i starciu z Pikującą Jaskółką. Siostra splamiła honor rodziny, wiążąc się z kocurem, który pochodził z Klanu Burzy. Czy to była kara? Klan Gwiazdy mścił się na nim, za postępki Jastrzębiego Zewu. To nie był czas na obwinianie jej, jednak coś w jego płucach. Coś, co dawało mu znak, lekko go podduszało… Mógł być pewien, że omen się spełni, a żeby mógł się wypełnić, zginie przy tym nie jeden kot. Liliowy wojownik wstał z miejsca, wychylając swój łeb na światło dzienne. Promienie słońca raziły go w siatkówki, co wywołało w kocurze niemały światłowstręt. Przymrużył oczy i ruszył dalej, ostrożnie stąpając po miękkiej ziemi. Wiatr smagał jego grzywę niczym bicz na wietrze, a widoczny był tam, gdzie kocie oko nie sięgało. Mniszek niezgrabnie zatrzymał się przy wrzosach, wyczekując na coś ciekawszego niż słuchanie ględzenia zastępczyni. Nagle zza drzewa wyłonił się brązowy, puchaty ogonek, a zaraz potem głowa i uszy zająca. Jego drobne ciało pomknęło przez polane, co dało wojownikowi sygnał do działania. W okamgnieniu naprężył swoje mięśnie i ruszył za zwierzyną, machając ogonem na prawo i lewo. Nim jednak liliowy kocur zdążył złapać ssaka, ten zniknął za wrzosami, należącymi do Klanu Burzy. Cichy pisk rozległ się w trawie, a po chwili Mniszkowy Nektar zobaczył kremowy łeb, wychylający się zza trawy.
Mniszek pokręcił głową, przekręcając łeb w zabawny sposób. Machając ogonem, poznał kremowego Burzaka. „To on! Zajęcza Cisza?... Nie, zająca goniłem przed chwilą. Nie mam dobrej pamięci do imion, może Modliszkowa Cisza? Tak, to chyba on” — pomyślał Mniszek, próbując przypomnieć sobie imię wojownika.
— Och to ty, Modliszkowa Ciszo — puknął się w głowę. — Miło mi Cię znowu zobaczyć, tym razem bez dziesiątek kotów wokół.
— Co tu robisz, do tego tak wcześnie rano? — zapytał. Mniszkowy Nektar nieco się wycofał, widząc, jak Modliszkowa Cisza patrzy raz na niego, raz na granicę. Musi pilnować swojego terytorium, tak jak liliowy, ale temu na tym zbytnio nie zależało. Burzak przez chwilę wciąż podejrzliwym wzrokiem wpatrywał się w wojownika, w końcu należał do innego klanu, nie powinien z nim rozmawiać. Lecz z drugiej strony co mu szkodziła mała wymiana zdań? W końcu nie powie mu o niczym ważnym.
— Przyszedłem poszukać owadów — zaczął, przekręcając łeb ku górze. — Nie wydaje mi się, że jest wcześnie, lecz skoro ty tak uważasz to, co tutaj robisz?
Kocur z zakłopotaniem spojrzał się w ziemię i podziobał w niej pazurem. Rozejrzał się po polanie, próbując sobie przypomnieć, jak się tam znalazł. Machał ogonem, przez co piasek się wzburzał i powstawała mała dymna chmura. Usiadł i westchnął, lizać się po piersi.
— Ja… Goniłem zająca — wymruczał, próbując wypaść poważnie. — A przynajmniej próbowałem — Dokończył i wskazał na zwierzynę, którą trzymał przy sobie kremowy wojownik. Kremowy uniósł brew zainteresowany zachowaniem Mniszka. Gdy ten wspomniał o zającu, Modliszka jedynie szybko obrzucił go spojrzeniem, nawet nie ruszając łebkiem.
— Dziękuję za spłoszenie zająca — rzucił chłodno.
Modliszkowa Cisza ze skwaszoną miną przyglądał się kocurowi, jakby samo spłoszenie zająca przeszkadzało mu w oddychaniu. Liliowy położył nieco uszy, myśląc, że to żart. Wyprostował się i wciągał powietrze, aż do jego nozdrzy nie dostał się zapach Modliszkowej Ciszy. Mniszkowy Nektar poczuł delikatny wstręt, czując zapach królików i czegoś, czego nie umiał do końca wyjaśnić. Może to ta niewidzialna nić, która przyciąga go do Klanu Klifu, z którym był na długo związany. Jednak wciąż dalej tęskno mu było za Betonowym Miastem i życiem samotnika.
— Nie ma za co... Haha — odpowiedział. Tak przez chwilę kocur próbował sobie przypomnieć, co Modliszka lubi, by oswobodzić sytuację.
— Ach na naszym terenie jest dużo robali...! Znaczy owadów. Dziś udało mi się zobaczyć... Hmm, modliszkę? — wydukał. Zaciekawiony podniósł uszy, wyciągając kremową głowę lekko przed siebie, w kierunku liliowego.
— Naprawdę? Możesz powiedzieć coś więcej? — zapytał, swoimi zielonymi ślepiami wbijając wzrok w kocura. Wojownikowi powiększyły się źrenice, dla Mniszka wyglądało to, jakby przesadził z zapasem kocimiętki od medyka.
W tej chwili Mniszek zamknął oczy, mając przed nimi mroczki. Nie interesował się owadami, więc co miał mu powiedzieć... Są zielone? Musiał strzelać, bo fart nigdy go nie zawiódł.
— Więc... Yhym... Rankiem zauważyłem modliszkę. Nie była zielona czy żółta, ale brunatna! Byłem świadkiem, jak ta polowała — przełknął gorączkowo ślinę, wierząc w to, że kremowy uwierzy w to, co mówi. — Była, prawie że niewidoczna! Zamaskowała się w ściółce, później rzuciła się na chrząszcza. I... ten, była znacznie większa niż przeciętne modliszki — rzucił. Królikojad, gdy usłyszał historię, zamrugał oczami, po czym cofnął głowę, by się zastanowić. Gdy tylko coś mu wpadło do głowy, znów wbił wzrok w rozmówcę.
— Możesz sprecyzować jakiego chrząszcza? Sam opis wyglądu wystarczy.
Liliowy przekręcił nieco łeb i poczuł, jak ciepło nagromadza mu się w środku.
— Mały, ciemny i lśniący — powiedział. Usiadł i owinął ogon wokół łap. "Przodkowie pomóżcie mi" — pomyślał zestresowany Mniszek.
— Ciemny? Czyli jaki kolor? — dopytał, w końcu przeszukiwanie pamięci będzie łatwiejsze z dokładnymi wytycznymi. Przekręcił nieco łeb, praktycznie nie mrugał, jedynie teraz zaczął delikatnie machać końcówką kremowego ogona.
— Czarny z poświatą zielonego i nieco żółtego — mruknął kocur. Wojownik zamrugał oczami, bo te strasznie go szczypały. To się nazywa kłamstwo? Robi to pierwszy raz, ale chyba się udaje. Teraz ważne, by tego nie zepsuć. Poruszył wibrysami i przymrużył oczy. Kocur zaczął ugniatać ziemię pod łapami, żeby się odstresować, w czasie kiedy Modliszkowa Cisza myślał.
— Rozumiem — mruknął, zamykając oczy, po kilku sekundach ponownie je otworzył, by spojrzeć się na niebo. — Jakiego kształtu i rozmiaru był? — zapytał, dopiero po przefiltrowaniu obecnych informacji odwrócił wzrok na liliowego.
— Kształt jak każdy chrząszcz, a rozmiar... Był mały, wielkości gładkiego kamienia — rzucił. Tego był pewien, bo kto nie umie rozpoznać wielkości chrząszcza. Mały kocurek odezwał się w duchu wojownika. Modliszka zmrużył oczy, dopiero teraz coś w zeznaniu Mniszka mu nie pasowało.
— Chrząszcze mogą mieć różne rozmiary — zaczął. — Mogą być okrągłe jak biedronki, podłużne, prostokątne i nawet o nieregularnych kształtach. Mogą też mieć widoczny podział głowy i tułowia lub nie. Na pewno też są inne chrząszcze, których nie widziałem i pewnie nigdy nie zobaczę — powiedział, jak zwykle rozgadując się o owadach. Mniszek zdezorientowany pokiwał głową, przyglądając się „ozdobie” kremowego. Sam nie wiedział, czemu ciągnie go tak do owadów, bo przecież one są takie… obleśne! Mają więcej odnóży niż koty, a ich wzrok może być zabójczy.
— Tia… Masz jakieś plany, poza szukaniem tego robactwa? — spytał Mniszkowy Nektar. Liliowy, chociaż liczył na dłuższą rozmowę, ale po co? Sam nie wiedział, co interesuje Burzaka, ten najwyraźniej woli gapić się na małe biedronki, niż polować.
— Nie. Czemu pytasz? — odpowiedział, przekrzywiając i unosząc lekko łeb w prawo.
Wojownik zaczerwienił się, a jego policzki nadymały się jak rozdymce. „Dobra Mniszek to twoja szansa” — pomyślał skrępowany.
— T-to czy chciałbyś coś razem albo gdzieś coś porobić?… — wymamrotał cicho. W tej niezręcznej ciszy kocur złapał łapami ogon. Zasłonił ogonem pysk, co wyglądało komicznie. Położył po sobie uszy i poruszył wibrysami, wyglądając jak zraniona łania.
<Modliszko?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz