Co do owej Niedźwiedziówki miał mieszane uczucia. Sama kotka wydawała mu się nieźle podejrzana, ale z drugiej strony... Czy gdyby był ciężarną kotką, którą mogą rozszarpać wściekłe lisy, czy nie poszedłby o pomoc do klanu, jeśli wiedziałby, gdzie on się znajduje?
"Na szczęście nie jestem ani kotką, ani nie spodziewam się kociąt..." — pomyślał, kierując się z ładnym okoniem do kociarni. Ostatecznie jednak nieważne czy był do niej nastawiony pozytywnie, czy negatywnie, bo karmicielka była aktualnie pod ich pieczą, a kodeks zabraniał pozostawiania matek z kociętami na pastwę okrutnego świata. Do samych maluchów nie mógł nic mieć. Sam przecież nie miał w żyłach ani kropelki krwi Nocniaka, a żyje mu się tutaj całkiem nieźle; jego współklanowicze również nie mieli prawa narzekać na jego pracę i jej efektywność. Polował dużo, na patrolach się nie ociągał, miał też już za sobą pierwszego ucznia, który jakiś czas temu doczekał się swojego własnego podopiecznego. Był przykładem tego, że przyjęcie ciężarnej samotniczki może skończyć się szczęśliwym zakończeniem.
Elegancko wślizgnął się do kociarni, gdzie prócz właśnie burej kocicy przesiadywał jeszcze Złocisty Widlik. Wojownik posłał piastunowi przyjacielski, delikatny uśmiech i skinął głową na powitanie. Upuścił rybę, która z głuchym plaskiem upadła na mech. Zwrócił się do kocura, sprawnie ignorując na ten moment królowo-więźniarkę.
— Ładny dzień, szkoda, że tkwisz w przesiąkniętej mlekiem kociarni — skomentował zielonooki, a Widlik parsknął nieco pod nosem.
— Ziąb i wiatr... Podziękuje. Gdybym miał rozpaczać nad straconymi dniami, nie zostawałbym uczniem Kotewkowego Powiewu — mruknął, krzątając się z niewiadomego powodu po legowisku. Żmijowiec jakiś czas myślał o owej posadzie, ale o ile lubił kocięta, chyba umarłby z nudów. Nawet jako osobnik lubiący się nieco polenić.
— Mam dla was rybkę, ale nie wiem, czy kociaki już jedzą... to. — Wskazał na okonia pazurem.
— Mam łapy, mogę sam przynieść sobie zdobycz; nie mam ochoty na rybę — powiedział kremowy i skierował się w kierunku wyjścia, zapewne zadowolony, że może się nieco przejść.
— Zobaczymy czy będziesz taki wybredny za księżyc lub dwa — rzucił jeszcze wojownik, kiedy piastun znikał za zakrętem.
Żmijowiec pozostał sam z nowymi nabytkami Klanu Nocy. Zrozumiał, że nie powinien ich zostawiać, dopóki nie wróci młodszy kocur, więc na moment zapanowała niezręczna cisza. Nienawidził niezręcznej ciszy...
— A więc... — zaczął nonszalancko. — Jak twoje kocięta, Niedźwiedziówko? Zdrowe, tłuste? Mam nadzieje, bo to trochę kiepski czas, żeby się rodzić... Zimno, mokro... Tobie to tam nic, masz kłaki jak niedźwiedzica, ale...
— Mają się bardzo dobrze, dziękuje — przerwała mu kotka, nie odrywając wzroku od jakiegoś niekonkretnego miejsca nad głową kocura. — I dziękuje za rybę, zjem za moment.
— Nie ma za co... — mruknął. W oddali widział, jak Złocisty Widlik zostaje zagarnięty przez jednego z braci do rozmowy. Westchnął pod nosem. Rozejrzał się po żłobku, szukając czegokolwiek, o co mógłby zapytać i podtrzymać rozmowę. Prędko jednak zaniechał, bo znalazł dokładnie to, czego potrzebował. Obok łap Niedźwiedziówki leżało jedno z jej kociąt. Puchaty, idealnie czarno-biały maluch, którego poza przypominała martwą padlinkę niż rozbrykane, pełne werwy kocię. Zwrócił się więc, nieco do matki, nieco do dzieciaka: — H-hej... On tak powinien wyglądać?
<Narcyzik?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz