Dzień zgromadzenia - 10.01.2026
Przygotowania do wymarszu, chociaż wydawały mu się bardzo chaotyczne i ciężkie do opanowania, w dość sprawny sposób zostały uporządkowane przez Błękitną Lagunę, a sama droga mimo długości była ciekawa i różnorodna. Czuł niezbyt przyjemny dreszczyk podekscytowania i stresu. To było jego pierwsze zgromadzenie. Księżyc temu został wybrany, aby towarzyszyć reprezentacji Klanu Nocy, ale standardowo powbijał sobie drzazgi między pazury, a babka, dla jego dobra, pozwoliła pozostać mu w obozie pod okiem Różanej Woni i Gąbczastej Perły. Mimo malujących się przed nim wizji wspaniałych przyjaźni, wspaniałych przemów i wielkich opowieści, jedynym, o czym marzył, było to, żeby samo spotkanie klanów szybko się skończyło i wszyscy bezpiecznie po docierali do swoich domów, do swoich legowisk.
Zanim jednak mógł wcisnąć biały policzek w zieloną poduchę, musiał wytrzymać i dać z siebie wszystko, aby nie zawieść ani matki, ani babki, które obie osobiście brały udział w zgromadzeniu. Nawet kiedy ich nie widział, wiedział, że ślepia którejś, jednej znacznie bardziej krytyczne, będą na nim zatrzymane. Dlatego też, kiedy tylko dotarli na Bursztynową Wyspę (która wyglądała zdecydowanie inaczej i mniej... zjawiskowo niż Klekocząca Łapa wyobrażał sobie przez tą całą, długą drogę), usiadł gdzieś na uboczu, nie chcąc zwracać na siebie większej ilości niepotrzebnej i tak uwagi. Wystarczyło, że jego znak lotosu, mieniący się w blasku pełni na jego czole, został specjalnie odświeżony na tę okazję. Miał niewielką nadzieję, że uda mu się ten wieczór spędzić w ciszy i spokoju, czujnie słuchając słów liderów i kotów wokół siebie, ale los miał dla niego inne plany.
— Hej! Jestem Drobna Łapa — przedstawiła się, pojawiając się niemal znikąd, niebieskobiała koteczka, łapiąc spojrzenie Klekotka. — A ty? Jak masz na imię? — Na moment zauważył, jak jej wzrok ucieka w bok, tylko po to, aby prędko powrócić do niego.
Kotka, która go zaczepiła, była na pewno starsza; jej pyszczek miał bardziej dorosłe rysy, ale, co bardzo zaciekawiło kocurka, była malutka... niczym bardzo młody uczeń. Nie wyglądała na niemiłą czy groźną, a w głowie nieprzerwanie dudniły mu słowa matki, które usłyszał tak wiele księżyców temu:
"Musisz mieć przyjaciół w swoim wieku, Klekotku. Będzie ci ciężko bez nich..." — Mama na pewno ucieszyłaby się, gdyby zobaczyła, że otworzył się na kota z innego klanu.
Przełknął ślinę i nieco się uspokoił. W końcu zapytała go wyłącznie o imie; to nie było nic niesamowitego.
— Jestem Klekocząca Łapa. — Przestąpił z łapy na łapę, a kiedy po kilku uderzeniach serca koteczka wciąż się w niego wpatrywała, dodał: — Miło cię poznać... Twoje imie... Pasuje do ciebie — Spróbował się uśmiechnąć, ale wyszło mu to dość nieporadnie. Niebieskooka uczennica usiadła obok niego, owijając swój ogon dookoła łapek.
— A tak, dostałam imię po moim wyglądzie, więc nic dziwnego, że pasuje — pokiwała główką na zdanie Księcia. — Klekocząca Łapa? Bardzo oryginalne imię, jeszcze takiego nigdy nie słyszałam, bardzo ładne — przyznała, zwracając komplement. — Do jakiego klanu należysz? Jestem z Klanu Klifu! Szkolę się też na protektora i szczerze mówiąc, mam nadzieję, że niedługo zostanę mianowana, już nie mogę się doczekać mojego nowego imienia i nowych obowiązków.
Nie wiedział, czy był zadowolony, czy zawiedziony z tego, że kotka była zdecydowanie bardziej rozgadana od niego. Od razu poznał, że w razie czego to ona będzie w stanie ciągnąć ich rozmowę, ale... czy Klekotek tego faktycznie chciał?
"Kiedy coś się dzieje, czas płynie szybciej, pamiętaj. Jak będziesz z nią siedział, zgromadzenie skończy się znacznie prędzej" — mówił mu głosik w głowie. Ledwo widocznie skinął łebkiem. Mógł znaleźć się w gorszej sytuacji. Mogła zagadać do niego cała wielka grupka uczniów, a tego by nie wytrzymał.
— Pachniesz tak, jak wyobrażałem sobie, że pachnie Klan Klifu — powiedział. Była to prawda. Zapach uczennicy był świeży, wodny, ale w sposób zdecydowanie różny od tego, który charakteryzował jego współklanowiczów. Brakowało w nim aromatu roślin i ryb, który zastąpiony był przez nieco gryzącą, mineralną wstawkę. — Moja mama powiedziała, że nazwała mnie, bo wyglądam jak pewien ptak, który podobno wydaję taki klekoczący dźwięk, a nie śpiewa jak inne. Nigdy go nie widziałem, ale jest podobno duży i piękny. Ja też bym chciał kiedyś być duży i piękny... Aha! Ja jestem z Klanu Nocy... Szkole się na wojownika. A-a... Czym jest protektor? Nie mamy czegoś takiego w Klanie Nocy... Mamy ogrodników, ale nie brzmi, jakby to była wasza wersja tego stanowiska.
Krótkołapa zastrzygła uszami, a pędzelki na ich końcach drgnęły w powietrzu w odpowiedzi na ten ruch.
— Naprawdę? A twoja mama mówiła może, jak nazywał się ten ptak? Brzmi bardzo interesująco... na pewno wyrośniesz na silnego i pięknego wojownika — zapewniła go, śmiejąc się cicho, zdecydowanie bez złych intencji. — Och? U was nie ma protektorów? Te koty zajmują się kotami, które źle się czują, ale bardziej emocjonalnie, niż fizycznie, chociaż też czasami pomagamy medykom w drobniejszych sprawach. Doradzamy w problemach, pocieszamy, staramy się zapewnić komfort cierpiącym kotom — wyjaśniła cierpliwie. — Jesteś z Klanu Nocy... wspomniałeś o ogrodnikach? U nas za to mamy takiej rangi? Za co są odpowiedzialni?
Zarumienił się nieco. Nigdy raczej nikt go nie chwalił w taki sposób, no z wyjątkiem mamy Mureny lub Mewiego Puchu, ale oni nie do końca się liczyli. Usiadł sobie na czubeczek ogona, aby powstrzymać go przed drżeniem. Kotka była miła i rozgadana, ale nie nachalna czy denerwująca, jak niektóre młode kotki w Klanie Nocy. W dodatku była całkiem ładna...
— W Klanie Nocy koty nie mają problemów, dlatego nie potrzebujemy protektorów — uznał w pełni przekonany. Nigdy nie spotkał się, aby jakiś kot był ciągle smutny albo płakał po nocach. Był oczywiście jego brzydki, okrzyknięty zdrajcą wuj, ale on sam na siebie to sprowadził, więc nie mógł liczyć na pomoc tak czy siak. — Nie wiem, jak nazywa się ten ptak, ale mogę się dowiedzieć i kiedyś ci powiem — powiedział, nie zdając sobie nawet sprawy z tego, że w ten sposób obiecał młodej kotce kolejne spotkanie. — Moja ciocia jest ogrodniczką i zajmuję się kopaniem w ziemi i wsadzaniem do nich ziarenek. Czasami całymi dniami wyrywa niechciane chwasty albo wyciąga glizdy, które podobno zjadają jej sadzonki. Medycy używają tych roślin, więc mają więcej czasu na leczenie. Może dlatego nie potrzebujemy protektorów. Nasi medycy mogą pomagać kotom, kiedy wasi szukają ziół, które my mamy pod nosem. — Był całkiem zadowolony z tego wniosku. Poczuł się bardzo mądrze.
Pokiwała głową z lekkim rozbawieniem na pewność w głosie Klekoczącej Łapy, uśmiechając się widocznie rozczulona.
— Ach, no to widzisz, po prostu u was trochę inaczej to działa, ale to, że nie widzisz, że jakiś kot jest smutny, nie znaczy, że on w środku tego nie czuje, wiesz? — odpowiedziała na jego stwierdzenie. Kiedy powiedział o tym, że może się dowiedzieć, jak się ten ptak nazywa, aż zabłysły jej oczy. — Jasne, będę czekać!... Ogrodnicy brzmią bardzo sensownie, posiadanie ziół tuż koło obozu brzmi bardzo przydatne i na pewno oszczędza dużo czasu, dzięki czemu medycy mogą zająć się innymi sprawami. — Pokiwała głową ze zrozumieniem. — Powiedz mi, Klekocząca Łapo? To twoje pierwsze zgromadzenie? I jak ci idzie trening na wojownika? Masz jakiegoś fajnego mentora?
Kocur pokiwał głową. Czy aż tak było widać, że jest tutaj po raz pierwszy? Czy robił coś nie tak i dostanie potem naganę od matki, która gdzieś się kryła między kotami? Przeszedł go dreszczyk. Nie chciał przynieść jej wstydu lub sprawiać problemów. Robił przecież to, co mówiła mu, że jest dla niego najlepsze.
— T-tak... Miałem iść poprzednim razem, ale musiałem zostać u naszej medyczki — przyznał, mając jednak nadzieje, że Klifiaczka nie pomyśli, że jest jakiś chory i zaraz ją zarazi, albo, co gorsza, będzie wypytywać go, czy dobrze się czuję i czy nie potrzebuje pomocy. — Lubie moją mentorkę, jest bardzo miła. Treningi są fajne, ale czasami wolałbym wciąż być kociakiem i polować na śpiące żaby... A twój trening? Musi się czymś różnić, skoro macie pomagać innym kotom z ich emocjami i smutkami w głowie. — Nagle coś przemknęło mu przez myśl i nieco się wystraszył — H-hej... Nie umiesz czytać w myślach, prawda?
— Powiem ci, zdecydowanie idzie ci lepiej niż mi. Ja na moim pierwszym zgromadzeniu nadepnęłam innemu kotu na ogon, ale na szczęście obyło się bez większych problemów — postarała się go trochę uspokoić, przywołując swoje własne doświadczenia. — I wiesz, wszystko wyszło dobrze i nawet się z nim zaprzyjaźniłam. Popełniłam też inne głupoty, serio, nawet na poprzednim spotkaniu klanów, trochę się wygłupiłam... — skrzywiła się lekko. — Co do moich treningów, to mam i trening medyczny i wojowniczy, choć mogę wybrać główną ścieżkę, na której skupiam się bardziej. Mój mentor uczy mnie jak rozmawiać z kotami, to bardzo ważne, bo jednak na tym przecież polega moje główne zadanie. — Na wzmiankę o żabach, uśmiechnęła się szerzej. — O? Złapałeś jakieś fajne żaby? — dodała, a kolejne pytanie niemal nie sprawiło, że zakrztusiła się własnym śmiechem — Nie, nie czytam w myślach, spokojnie, twoja głowa jest bezpieczna.
Ogon mu drgnął, kiedy kotka zapytała o żaby. O ile cały czas starał się unikać kontaktu wzrokowego, tak teraz gwałtownie obrócił łebek w jej kierunku, przybliżając się znacznie.
— Nie! Ale wiesz dlaczego? — zapytał, tylko po to, aby sobie od razu odpowiedzieć. — Żaby są strasznie śliskie i szybkie! W Klanie Nocy jest ich pełno! Kiedy wracam wieczorami z treningów, z każdej strony można usłyszeć ich śliczny, rechoczący śpiew. Widać też, jak sobie przesiadują w wysokich trawach i na brzegach, i czasami jak się położę w bezruchu na płyciznach, to przysiadują sobie blisko i mogę patrzeć, jak im się brzuszki ruszają! Najbardziej lubię te zielone, ale są dość rzadkie. W Klanie Nocy żaby są bardzo ważne; nie jemy ich, ale używamy do różnych ceremonii, na przykład, kiedy dwa koty bardzo się kochają! Mam nadzieje, że kiedy ja sobie znajdę kotkę, to na naszej ceremonii będzie dużo żab i że będą rechotać całymi chórami. — Kocurek opowiadał, przysuwając się z każdym zdaniem coraz bliżej terminatorki z Klanu Klifu. Czuł, jak przebiera zniecierpliwiony łapami, a koniuszek ogona, który tak bardzo chciał uspokoić, wyrwał się i drga teraz dziko. Kiedy zamilkł na moment, dyszał aż z tej ekscytacji. — A-a... Ty lubisz żaby?
Ich przyjemna rozmowa została jednak przerwana przez przemówienia liderów, a co najważniejsze i co wywołało najwięcej zawieruchy wśród zebranych kotów... przemówienie Nikłej Gwiazdy. Stary wilczak informował o grupie zdrajców, morderców, uciekinierów z Klanu Wilka, którzy mają teraz najpewniej przemierzać tereny, i którzy mogą być zagrożeniem dla każdego ucznia czy wojownika, który nie będzie wystarczająco bezpieczny. Stres ścisnął jego serce.
"Czy któryś z tych kotów mógłby skrzywdzić go lub jego najbliższych? Czy ta grupa może przedostać się na tereny Klanu Nocy i panoszyć się tam?" — myślał, widocznie zmartwiony. Drobna Łapa też nie wyglądała zbyt dobrze. Jej niebieskie ślepka rozszerzyły się znacząco, a bok podnosił się szybciej i szybciej, futerko się najeżyło.
Wiedział, że najlepszym wyjściem będzie wsłuchanie się w przemowy reszty liderów, aby w razie czego być przygotowanym na rozmowę z babką, która zdecydowanie wymagać będzie od niego owej wiedzy. Dodatkowo chciał dać koleżance trochę czasu na uspokojenie się.
Do rozmowy powrócili dopiero po przemowie lidera Klanu Klifu, który nie miał nic całkowicie ciekawego do powiedzenia, a na pewno nie tak ciekawego, jak to, co przekazał im bury przywódca siedzący obok. Drobna Łapa, nieco wybita z tropu, odezwała się nagle:
— A.... no... wiesz, ja chyba nigdy nie widziałam żaby? Wiem, jak wygląda, ale jakoś nie było okazji, ale brzmią bardzo fajnie. I... ciekawa tradycja z tymi żabami, kiedy koty zostają partnerami. Jestem pewna, że jak znajdziesz sobie odpowiednią partnerkę, to będziecie mieć dużo żab na waszej ceremonii. My za to... mamy kraby, takie szczypiące, ale tylko do jedzenia, nie mamy z nimi jakiejś specjalnej tradycji... — odmruknęła, choć dalej trochę niemrawo. Kojarzył kraby, zwłaszcza jeśli miały być tym, o czym myślał, a więc czymś, co szczypie.
— Czy one nie są pokryte jakimś bardzo twardym futrem? Umiecie się przez nie przegryźć czy połykacie je w całości? — zapytał zaciekawiony. — Brzmi niesmacznie, jeśli mam być szczery. To jakbyście jedli kamienie! Jecie też kamienie? — zapytał. Zabrzmiał nieco niegrzecznie, ale cała ta wizja wydawała się taka dziwna... Czy kotom w Klanie Klifu brakowało jedzenia? Niby ich lider powiedział, że wszystko jest u nich dobrze, ale też kto normalny przyznawałby się do słabości na zgromadzeniu. A może oni po prostu lubią jeść kamienie... no i kraby w skorupach... Czy powinien oceniać? Uczennica za to zdusiła, po raz kolejny tej nocy, śmiech i pokręciła głową.
— Nie, nie, ona mają skorupkę, ale da się ja otworzyć, a ich mięso jest w środku jakby, więc nie jemy ich twardej skorupy — wyjaśniła, choć jej wąsy dalej drgały z rozbawieniem. — Nie jemy też kamieni, na prawdę. Zęby jeszcze można by było sobie na nich połamać, a same kamienie przecież, są też z pewnością niedobre... — nie wytrzymała, jej klatka piersiowa zatrzęsła się ze śmiechu i pochyliła głowę w dół. Kompletnie nie przypominała już tej wystraszonej, wstrząśniętej kotki, która siedziała obok niego kilka uderzeń serca temu. Ulżyło mu, że koty w Klanie Klifu nie muszą zajadać się skałami, a kraby okazały się mieć miękkie wnętrze. Szkoda byłoby mu wojowników, którzy muszą regularnie łamać sobie zęby tylko po to, aby napełnić brzuch.
— A jecie ryby? Wiem, że macie morze, ale ono... chyba nie jest takie przystępne do polowań, prawda? Jest wielki i niebezpieczne. Ja umiem pływać, a nigdy nie wskoczyłbym do niego. Moja mama pewnie byłaby na mnie zła i strasznie by się martwiła... Może ryby wychodzą też na plaże...
— A wiesz... na ryby nie polujemy, czasami się zdarza okazyjnie, że jakieś znajdują się przypadkiem na płyciźnie, to się zje, ale tak... to my nie potrafimy pływać, więc nie mamy też jak na nie polować jakoś specjalnie. Masz rację, może jest niebezpieczne, fale mogą wciągnąć nieuważnego kota i ogólnie trzeba uważać, nawet jak się bawisz na mieliźnie, nie wskakuj do morza pod żadnym pozorem... to może być groźne nawet dla wojowników — miauknęła do niego, po czym słysząc zdanie o rybach na brzegu, znowu się zaśmiała. — Nie, nie, nie wychodzą, czasami fale je wy-wyrzucają, ale... ale same nie wychodzą — wydusiła, a kocur zamyślił się na moment.
— A może po prostu my o tym nie wiemy? Może są i chodzące i latające ryby... Skoro koty potrafią pływać, znaczy przynajmniej te z Klanu Nocy, to może są jakieś ryby, co umieją chodzić? Nie mówie, że na pewno, ale byłoby to całkiem ciekawe. Może smakowałyby nawet bardziej jak ryjówki — mruczał coraz ciszej i ciesze pod nosem, jakby bardziej do siebie niż do Drobnej Łapy — A może w ogóle wszystko wypełzło z morza, co myślisz? To też byłoby fajne... Może morze nas nie chciało i dlatego wypluło nas na brzeg i teraz jest takie groźne... Zwyczajnie próbuje nas od siebie odpędzić.
— A wiesz co... dość ciekawe założenie, ale koty wyglądają raczej, jakby należały na lądzie, no bo wiesz... ryby mają te wszystkie swoje płetwy i oddychają jakoś w wodzie, a koty nie, i płetw też nie mamy. Więc raczej nie widzę nas w wodzie, nawet jeśli niektóre koty potrafią pływać, to też pewnie jest to trudne, chyba? — powiedziała, przekrzywiając trochę głowę w zamyśleniu.
Pokręcił głową.
— Nie jest trudne. Znaczy... Na początku troszkę, ale kiedy przestaniesz się bać nurtu, to jest całkiem przyjemne. Wiem, że niektórzy wojownicy wolą spędzać czas w wodzie zamiast na lądzie. To super uczucie; łapy są lekkie, a wszystko wydaję się być takie płynne i czas zwalnia... Ciężko to opisać, jeśli nikt nigdy wcześniej nie próbował... Ale lepiej nie próbuj! To może być niebezpieczne. — Pokiwał głową, aby pokazać, że jego słowa są bardzo ważne. Nagle coś, a raczej ktoś mignął mu kątem oka. Od razu poznał biało-czarne futerko Mureny i podniósł uszy. O ile podobała mu się rozmowa z koleżanką z Klanu Klifu, tak dawno nie miał okazji na spokojnie spędzić czasu z rodzicielką. Musiał się zmyć, nie będąc przy tym niegrzecznym.
— H-hej... Czy będziesz zła, jeśli zostawię cię? Możemy się spotkać na następnym zgromadzeniu i wtedy ci powiem, jak nazywał się ten wielki ptak. No i może będziesz już wtedy po mianowaniu i będziesz mogła mi powiedzieć coś ciekawego o swoim imieniu. Co ty na to, Drobna Łapo? — zapytał, rzucając na ukos prędkie spojrzenia w kierunku Mureny, aby nie stracić jej z oczu.
— Jak tak to opisujesz, to nawet chciałabym kiedyś spróbować... choć tak jak mówisz, bez kogoś, kto mógłby mnie nauczyć to dość niebezpieczne, ale może kiedyś, jak będzie okazja. Fajnie by było. — Kiedy młodszy terminator powiedział, że chciałby pójść, uśmiechnęła się łagodnie. — Jasne, nie będę absolutnie zła. Będę czekać na następnym zgromadzeniu, żebyś mi powiedział, jak się nazywa ten ptak. A jeżeli będę po mianowaniu, to na pewno ci opowiem o moim nowym imieniu. Bardzo miło było cię spotkać, Klekocząca Łapo. Mam nadzieję, że w końcu uda ci się złapać jakąś żabę. Powodzenia na treningu. Do zobaczenia i miłej nocy. Wracaj bezpiecznie, a teraz zmykaj — zachęciła go ciepło i uśmiechnęła się do niego po raz ostatni tej nocy.
Książę jeszcze prędko skinął jej łebkiem, a następnie pognał w kierunku, gdzie po raz ostatni widział charakterystyczne, królewskie futerko. Kiedy już je odnalazł, matka była zajęta rozmową z Borówkową Słodyczą. Nie chciał im przeszkadzać, więc jedynie usiadł w pobliżu, słuchając jednym uchem ich pogaduszek, a drugim próbując wyłapać inne, ciekawe informacje. Tak przeminęła mu reszta pierwszego zgromadzenia.
[2900 słów]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz