Dni były coraz chłodniejsze, dlatego też Smuga z coraz większą niechęcią opuszczał w miarę ciepłe posłanie na kasztanowcu, gdzie mieściło się legowisko uczniów. Żagnica jednak nie posiadał w swoim słowniku słowa takiego jak litość lub taryfa ulgowa. Wojownik nie dawał po sobie poznać, by coraz mroźniejsze wschody słońca robili na nim jakiekolwiek wrażenie, lecz on miał wiele takich sezonów za sobą, a Smuga? Przez pierwsze księżyce to z przyjemnością grzał swoje cztery litery w żłobku u boku matki, od której biło przyjemne ciepło.
W mroźne poranki uwielbiał się oddawać tym wspomnieniom, mając najszczerszą ochotę wrócić na jeden sezon do kociarni. Niestety mógł tylko o tym pomarzyć i mieć nadzieje, że to rozgrzeje jakoś jego biedne ciało. Nie dość, że budową przypominał zwiadowcę, to jeszcze jego krótka sierść nie stanowiła najlepszej ochrony przy niższych temperaturach. Z trudem powstrzymywał szczękanie zębami, kiedy tylko schodził z drzewa, by wyruszyć na trening zaraz po powrocie porannego patrolu. Nigdy nie wychodzili wcześniej, co zastanawiało ucznia. W drodze do miejsca docelowego Smuga postanowił poruszyć ten temat:
— Czemu nigdy nie wychodzimy wcześniej, przed pierwszym patrolem? — Właśnie szli wzdłuż szerokiego koryta rzeki, która sprawiała wrażenie, jakby sięgała brzegu wyżej niż w innych dniach.
— Ojciec Ci nie mówił? — spytał z nutą zaskoczenia. — Do czego to doszło, bym musiał wychowywać nie swoje bachory… — mruknął pod nosem, co nie uszło uwadze mniejszemu.
— Kogo nazywasz bachorem? Choć może nawet lepiej, dalej mi do grobu i Wszechmatki — odgryzł się bicolor.
— A ty co, gorliwy wierzący? — sarknął starszy, patrząc przed siebie, a dokładniej na majaczący w oddali Konający Buk.
— Jeśli masz przez to na myśli kota, co sobie przypomni o istnieniu Wszechmatki raz na sezon to owszem.
— Jakoś mnie to nie dziwi — podsumował Żagnica z wrednym uśmiechem na pysku.
— Odezwał się stary dziad — fuknął pod nosem czekoladowy.
— Wracając do tematu — zaczął van, przewracając oczami na fuknięcie ucznia. — Nie opuszczamy obozu przed pierwszym porannym patrolem zwiadowców, gdyż tak naprawdę dzielimy tereny z lisami, które przenoszą wściekliznę.
— Lisami? — powtórzył, a jego oczy zaświeciły się z zaciekawienia. — Nigdy żadnego nie widziałem — przyznał.
— I niech tak pozostanie. Śmierdzą i nie można im ufać — podsumował wojownik, przyspieszając kroku, by dać jasno do zrozumienia, że rozmowa na ten temat dobiegła końca. Młodszy trzepnął ogonem nieco niezadowolony, że jego mentor tak szybko uciął tę kwestię, lecz bez zbędnego gadania także przyspieszył, by zrównać z kocurem. Dopiero po chwili zaczął rozpoznawać okolicę oraz kierunek, w którym się udają.
— Idziemy znowu do Śliwowego Gaju? — spytał zaciekawiony.
— Nie — rzucił starszy. — Przekroczymy Konający Buk. Nie będzie mi nikt mówił jak mam szkolić ucznia, a tym bardziej kot, który nosił imię Chmurka — wysyczał, mając na myśli Orchideę. — Uważa się, za nie wiadomo kogo, bo liderka jest jej partnerką — dodał, przecinając gniewnie ogonem powietrze za sobą.
Ostatnie zdanie utwierdziło Smugę w jego podejrzeniach, że ten mówi o liliowej wojowniczce, z którą niedawno mieli wspólny trening. Z daleka widać było, że Żagnica nawet w najmniejszym stopniu nie toleruje młodszej kotki. Czekoladowy nie znał powodu tej nienawiści, lecz ta wiedza nie była mu potrzebna do szczęścia. Istniała szansa, że może coś gdzieś usłyszy na ten temat między plotkującymi kotami w obozie — kocur nie był plotkarzem, lecz uważał, że plotki są dobrym źródłem jakiejś niewielkiej wiedzy, która ma swoje odniesienie w rzeczywistości.
— Nie wiem, czego ona się boi, przecież to jak wchodzenie po drzewie, tylko że nad wodą oraz do przodu, a nie w górę — mruknął pod nosem wojownik. Zdecydowanie ten chował urazę od ostatniej wymiany zdań między nim a Orchideą.
— Często łatwiej jest powiedzieć niż zrobić — rzucił od niechcenia młodszy, co spotkało się z gniewnym spojrzeniem mentora. — Znaczy… Ja tak nie uważam, w końcu dla chcącego nic trudnego, nie? — wybronił się.
Żagnica jedynie zmierzył go wzrokiem i skierował się do powalonego drzewa. Młodszy podążył za nim, podchodząc do wystających nad ziemią korzeni, by spojrzeć na płynącą wodę. Podobno to właśnie w niej zginął niedawno ledwo mianowany wojownik.
— No to właź, chyba że jest z ciebie boi-myszka — oznajmił.
Czekoladowy nie miał zbyt dużego wyboru, więc z należytą ostrożnością wdrapał się na śliski pień. Jeszcze mu było życie miłe, więc od razu wysunął pazury, posuwając się niewielkimi krokami naprzód, co raczej nie zadowalało jego mentora, lecz ten siedział cicho, jakby brał pod uwagę, że młodszy robi to pierwszy raz. W połowie długości jedna z tylnych łap osunęła mu się, odłamując spróchniały kawałek kory.
— Dalej nie idę! — głośno zaprotestował, wczepiając się mocno pazurami w miejsce, gdzie się zatrzymał, nie mając zamiaru pokonać pozostałej połowy przed nim. Van coś rzucił pod nosem do siebie, by następnie z wprawą wskoczyć na buk i podejść do ucznia. Chwycił go zębami za skórę na karku i niczym kocie zaczął nieść na brzeg, z którego wyruszyli.
— Pamiętaj, umiesz liczyć, licz na siebie. Nie zawsze będzie obok ktoś większy i silniejszy, by cię wyciągnąć z opresji. Także był to ostatni raz, jasne?
— Jasne… — odpowiedział ciut niepewnie, nadal będąc przepełnionym strachem, choć stał już na stabilnym gruncie.
***
Wrócili wcześniej do obozu, niż zakładał Żagnica, lecz widząc stan Smugi, postanowił mu ten jeden raz odpuścić, a bardziej to nie marnować swojego czasu na próbę nauki czegokolwiek kotu, który nadal trzęsie się jak mysz z obawy o własne życie. Bicolor był mu w duchu wdzięczny, że mimo wszystko jego mentor nie jest skończonym bucem.
Już nieco mniej przestraszony podszedł do stosu ze zwierzyną, z której wybrał sobie mysz. Następnie oddalił się nieco, by na spokojnie porozmawiać z wyimaginowanymi przyjaciółmi. Przez treningi rzadko to robił, a ta czynność pozwalała mu się skupić na czymś innym.
Pochłonięty rozmową, usłyszał po chwili kroki zbliżającego się kota. Przenosząc wzrok, ujrzał Kroplę, która z lekkim uśmiechem dołączyła do Smugi, po drodze biorąc coś ze stosu dla siebie do zjedzenia.
— Smacznego, Smugo — mruknęła, siadając obok niego.
— Dziękuję! Nawzajem — zerknął na nią. — Co dziś porabiałaś? Wyszłaś z obozu, prawda?
— Tak. Fruczak wziął mnie na wspinaczkę. — Widocznie się wzdrygnęła, co nie uszło uwadze kocurowi, który po chwili spoglądał w żółte oczy siostry. — Jako wojownik uczysz się tego cały czas, prawda? Jak ty się nie boisz, że spadniesz…?
— Może nie cały czas, ale co jakiś czas Żagnicy się o tym przypomni — wyjaśnił. — Nie boję się? Ale oczywiście, że się obawiam upadku, dlatego też nie pcham się na wyższe gałęzie. Dziś Żagnica zabrał mnie nad Konający Buk. To stare drzewo, które tworzy przejście na drugą stronę rzeki, jest śliskie i w niektórych miejscach spróchniałe. W połowie drogi tylna łapa mi się osunęła, a ja ze strachu nie chciałem ruszyć dalej. Żagnica musiał mnie jak kociaka nieść z powrotem — przyznał, czując się nieco zażenowanym tą sytuacją, lecz wiedział, że Kropli może opowiedzieć o wszystkim, a ta go będzie wspierać.
— Bałeś się? Ty? — powtórzyła z niedowierzaniem.
— Tak, niemożliwe, nie? — zachichotał. — Ale dzięki temu otrzymałem kolejną ważną lekcję oraz dowiedziałem się, że mój mentor nie jest skończonym bucem — dodał, kończąc swoja wypowiedź krótkim śmiechem, na co Kropla mu zawtórowała. — A tobie jak poszła wspinaczka? Lepiej niż mi pokonanie Konającego Buku? — zapytał, by następnie wziąć kęs piszczki, oczekując na odpowiedź siostry.
<Kroplo?>
[1147 słów]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz