BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkę

W Klanie Klifu

Wojna z Klanem Wilka i samotniczkami zakończyła się upokarzającą porażką. Klan Klifu stracił wielu wojowników – Miedziany Kieł, Jerzykową Werwę, Złotą Drogę oraz przywódczynię, Liściastą Gwiazdę. Nie obyło się również bez poważnych ran bitewnych, które odnieśli Źródlana Łuna, Promieniste Słońce i Jastrzębi Zew. Klan Wilka zajął teren Czarnych Gniazd i otaczającego je lasku, dołączając go do swojego terytorium. Klan Klifu z podkulonym ogonem wrócił do obozu, by pochować zmarłych, opatrzeć swoje rany i pogodzić się z gorzką świadomością zdrady – zarówno tej ze strony samotniczek, które obiecywały im sojusz, jak i członkini własnego Klanu, zabójczyni Zagubionego Obuwika i Melodyjnego Trelu, Zielonego Wzgórza. Klifiakom pozostaje czekać na decyzje ich nowego przywódcy, Judaszowcowej Gwiazdy. Kogo kocur mianuje swoim zastępcą? Co postanowi zrobić z Jagienką i Zielonym Wzgórzem, której bezpieczeństwa bez przerwy pilnuje Bożodrzewny Kaprys, gotowa rzucić się na każdego, kto podejdzie zbyt blisko?

W Klanie Nocy

Ostatni czas nie okazał się zbyt łaskawy dla Nocniaków. Poza nowo odkrytymi terenami, którym wielu pozwoliły zapomnieć nieco o krwawej wojnie z samotnikami, przodkowie nie pobłogosławili ich niemalże niczym więcej. Niedługo bowiem po zakończeniu eksploracji tajemniczego obszaru, doszło do tragedii — Mątwia Łapa, jedna z księżniczek, padła ofiarą morderstwa, którego sprawcy jak na razie nie odkryto. Pośmiertnie została odznaczona za swoje zasługi, otrzymując miano Mątwiego Marzenia. Nie złagodziło to jednak bólu jej bliskich po stracie młodej kotki. Nie mieli zresztą czasu uporać się z żałobą, bo zaledwie kilka wschodów słońca po tym przykrym wydarzeniu, doszło do prawdziwej katastrofy — powodzi. Dotąd zaufany żywioł odwrócił się przeciw Klanowi Nocy, porywając ze sobą życie i zdrowie niejednego kota, jakby odbierając zapłatę za księżyce swej dobroci, którą się z nimi dzielił. Po poległych pozostały jedynie szczątki i pojedyncze pamiątki, których nie zdołały porwać fale przed obniżeniem się poziomu wód, w konsekwencji czego następnego ranka udało się trafić na wiele przykrych znalezisk. Pomimo ciężkiej, ponurej atmosfery żałoby, wpływającej na niemalże wszystkich Nocniaków, normalne życie musiało dalej toczyć się swoim naturalnym rytmem.
Przeniesiono się więc do tymczasowego schronienia w lesie, gdzie uzupełniono zniszczone przez potop zapasy ziół oraz zwierzyny i zregenerowano siły. Następnie rozpoczęła się odbudowa poprzedniego obozu, która poszła dość sprawnie, dzięki ogromnemu zaangażowaniu i samozaparciu członków klanu — w pracach renowacyjnych pomagał bowiem niemalże każdy, od małego kocięcia aż po członków starszyzny. W konsekwencji tego, miejsce to podniosło się z ruin i wróciło do swojej dawnej świetności. Wciąż jednak pewne pozostałości katastrofy przypominają o niej Nocniakom, naruszając ich poczucie bezpieczeństwa. Zwłaszcza z krążącymi wśród kotów pogłoskami o tym, że powódź, która ich nawiedziła, nie była czymś przypadkowym — a zemstą rozchwianego żywiołu, mszczącego się na nich za śmierć członkini rodu. W obozie więc wciąż panuje niepokój, a nawet najmniejszy szmer sprawia, że każdy z wojowników machinalnie stroszy futro i wzmaga skupienie, obawiając się kolejnego zagrożenia.

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Dla owocniaków nadszedł trudny okres. Wszystko zaczęło się od śmierci wiekowej szamanki Świergot i jej partnerki, zastępczyni Gruszki. Za nią pociągnęły się śmierci liderki, rozpacz i tęsknota, które pociągnęła za sobą najmłodszą medyczkę, by skończyć na wybuchu epidemii zielonego kaszlu. Zmarło wiele kotów, jeszcze więcej wciąż walczy z chorobą, a pora nagich drzew tylko potęguje kryzys. Jeden z patroli miał niesamowite szczęście – natrafił na grupę wędrownych uzdrowicieli. Natychmiast wyraziła ona chęć pomocy. Derwisz, Jaskier i Jeżogłówka zostali tymczasowo przyjęci w progi Owocowego Lasu. Zamieszkują Upadłą Gwiazdę i dzielą się z tubylcami ziołami, pomocą, jak i również ciekawą wiedzą.

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Wilka!
(brak wolnych miejsc!)

Zmiana pory roku już 7 grudnia, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

15 stycznia 2026

Od Brukselkowej Zadry

Odkąd Kwitnący Kalafior odeszła w zaświaty, halucynacje Brukselkowej Zadry tylko się pogorszyły. Pamiętała te dni, w których również odkładała wizyty u medyka… Wtedy to białofutra ją ratowała, przekonując, by zadbała o swoje zdrowie. Teraz… już jej nie było. Nie było nikogo, kto twardo kazałby jej udać się do lecznicy. Chyba że pewnego dnia Kalafior pojawi się przed jej oczyma w postaci zwidu i przekona ją, by wzięła się w garść i wróciła do swojego dawnego stanu. Stanu, w którym, na dobrą sprawę, nie była już od kilku… może kilkunastu długich księżyców.
Nie pamiętała dokładnego dnia, w którym wszystko zaczęło się sypać, ale od tamtego momentu było już tylko gorzej. Może gdyby Klan Gwiazdy nie zdecydował się zesłać jej przepowiedni, wszystko potoczyłoby się inaczej? Może nie musiałaby wybierać między wolnością a pozostaniem w Klanie Wilka, by spełnić swój obowiązek… Obowiązek, który starała się wykonać, sprowadzając do klanu trójkę kociąt, wychowując je, a także Wilczka – na wiernych Klanowi Gwiazdy. Jednak na co było to wszystko, skoro te wszystkie koty uciekły? Na co były te trudy, skoro nawracanie zmieniło się w uciekanie od problemu?
Nie widziała już sensu w dalszym robieniu… właściwie czegokolwiek, w imieniu Gwiezdnych Przodków. Z Klanu Wilka i tak odeszła już większość kotów, która miała jakieś zadatki na bycie kimś dobrym. W końcu kto jej został? Wilczy Skowyt, o którym plotka ostatnio kręci się od kota do kota po obozie? Gwiazdnicowy Blask? Wrotyczowa Szrama, która ostatnio zdaje się jej unikać? Na pewno było jeszcze więcej kandydatów, ale czy to mimo wszystko wystarczy? Kultystów i kotów wiernych Miejscu, Gdzie Brak Gwiazd, było, tak czy siak, znacznie więcej. Byli silniejsi, lepiej wyszkoleni, zmuszani od najmłodszych lat do przekraczania własnych granic.
Brukselkowa Zadra westchnęła. Leżała teraz w legowisku starszyzny, jej futro skąpane w mroku, jakby czyhał na nią zły omen – szpony Mrocznej Puszczy. Zwietrzały zapach Kwitnącego Kalafiora kręcił się w jej nosie, gdy odpoczywała na posłaniu swojej matki. Choć “odpoczywała” to zdecydowanie za dużo powiedziane. Brukselka czuła się raczej tak, jakby tu gniła. A wizje tego, jak przez próg zostaje wyniesione zimne ciało białofutrej, wcale jej nie pomagały; tylko spędzały jej sen z powiek.
Zastanawiała się, jak miała dojść do siebie, skoro co jakiś czas słyszała niezrozumiałe szepty, widziała przed oczami plamy, czuła zapachy, których nie miała jak wyczuć w tym zatęchłym legowisku. Czy popadała w obłęd? Czy to wszystko było jakąś karą – a może testem od Klanu Gwiazdy? Brukselka czuła, że aby spać spokojnie, potrzebowała wyjaśnień. Potrzebowała zapewnienia, że Gwiezdni Przodkowie jeszcze nad nią czuwają, że wciąż ją widzą. Ufają jej. Liczą na nią. Oczekują, że spełni ich prośbę i spróbuje naprawić ten zdeprawowany klan.
Czuła, że z każdym kolejnym dniem traci wiarę w Gwiezdnych Przodków. Jednak gdy myślała o tym, ile już straciła z ich powodu, zaczynała czuć się źle z faktem, że poddaje się właśnie teraz. Gdy kazali jej uśmiercić jedną z ważniejszych postaci w Klanie Wilka, nie zawahała się. Gdy musiała przeżyć okres rozłąki z Wrotyczową Szramą – wtedy jeszcze Głupią Łapą – przetrwała go i nawet nie myślała o tym, by kiedyś porzucić Klan Gwiazdy i podporządkować się zasadom panującym w Klanie Wilka.
Właśnie dlatego, gdy do legowiska starszyzny wtargnęły pierwsze promienie słońca, Brukselka zerwała się na równe nogi. Było to tak nagłe i niespodziewane, że Srebrzysta Łuna i Borsucza Puszcza, które już nie spały, natychmiast zwróciły oczy w jej stronę. Zdawało się nawet, że niebieska kotka chciała coś powiedzieć, lecz w tym momencie liliowa zacisnęła zęby i chwiejnym, słabym krokiem ruszyła do przodu. Minęła poranny patrol przy wyjściu i żwawym tempem skierowała się ku wierzbie rosnącej za rzeką.
Tej samej wierzbie, pod którą otrzymała przepowiednię. Pod którą po raz pierwszy spojrzała na Głupią Łapę i Zabłąkaną Łapę inaczej – czego nie mogła powiedzieć o Kosaćcowej Łapie. Brukselka urodziła się, już żywiąc do niego nienawiść i żadne gadki o tym, że Klan Gwiazdy mu zaufał, nie mogły tego zmienić.
Droga do wierzby była długa i pełna trudności, ale mimo wszystko pręgowana się nie wycofała. Nie zawróciła, nie podkuliła ogona i nie zatopiła się ponownie w legowisku swojej zmarłej matki. Przebrnęła nawet przez rzekę, choć z ogromnym trudem. Gdy dotarła pod pień, łapy piekły ją od wysiłku. Ociekała wodą, drżała z zimna. Ze zmęczenia załamały się pod nią nogi, ale przynajmniej czuła, jakby Gwiezdni Przodkowie byli tuż obok.
Otworzyła pysk, by prosić ich o radę, o pomoc, lecz nie wydobył się z niego żaden dźwięk, który choć w minimalnym stopniu przypominałby istniejące słowo. Zamiast tego Brukselka zaczęła ciężko dyszeć, próbując złapać oddech. Czuła, że nie da rady wrócić do obozu – że w drodze powrotnej nie będzie miała dość siły, by sprzeciwić się nurtowi rzeki. Już żałowała, że w ogóle tu przyszła. A może wcale nie?
Może jej przeznaczeniem było umrzeć właśnie tutaj. Umrzeć blisko Klanu Gwiazdy. W miejscu, w którym zabranie jej ducha na Srebrną Skórę nie będzie problemem – o ile w ogóle zasługiwała na to, by na niej osiąść.
Nie była w stanie dłużej utrzymać otwartych oczu. Jej powieki stały się ciężkie i żadna siła, jaka jeszcze pozostała w ciele Brukselkowej Zadry, nie była w stanie zatrzymać ich w górze. Usnęła.

.𖥔 ݁ ˖˙✦

Gdy ponownie otworzyła oczy, nie czuła już chropowatej kory, o którą chwilę temu oparła opuszki przednich łap. Nie czuła bólu, jaki towarzyszył jej od dnia śmierci matki. Jej łapy były lekkie, oddech miarowy, spokojny, ciało zdawało się samo kroczyć po miękkiej, aksamitnej wręcz trawie, która w dotyku przypominała kotce o ciepłym brzuchu jej matki, gdy jeszcze za kociaka kuliła się u jej boku. Rozejrzała się. Przed nią znajdowało się znajome drzewo, jednak tym razem lśniło bielą, a jego kosmki spokojnie hulały na wietrze. Wokół było dość ciemno, lecz trawa i pojedyncze kwiaty iskrzyły srebrem, niczym śnieg w środku Pory Nagich Drzew. Za rzeką jednak, która otaczała wyspę, wojowniczka nie była w stanie dostrzec niczego więcej poza nieprzeniknionym mrokiem.
Umarła? Czy znalazła się w Klanie Gwiazdy, czy może Przodkowie uwięzili ją w miejscu gdzieś pomiędzy rajem a krainą tak przesiąkniętą zapachem krwi i złem, że nawet najgorsi mordercy poczynali w nim żałować swoich czynów? Omiotła to miejsce wzrokiem jeszcze raz, starając się wypatrzyć coś, co mogła poprzednim razem przegapić. Może wystający spomiędzy korony drzewa koniuszek ogona, może czyjeś czujne spojrzenie śledzące jej kroki, a może łapę upstrzoną gwiazdami, należącą do kota siedzącego na jednej z gałęzi wierzby.
A może to wszystko było jedną wielką halucynacją? Nigdy wcześniej nie zdarzały się z takim nasileniem, ale po tak ogromnym wysiłku Brukselka była przekonana, że wszystko jest możliwe.
— Halo? — mruknęła w końcu, gdy się do tego przełamała. Słowa odbiły się echem w jej głowie, dudniły w uszach. Czujnie nasłuchiwała, czy gdzieś obok coś nie zadrży, nie zaszmera. Jeśli naprawdę był to kolejny sen zesłany przez Klan Gwiazdy, to co chcieli przekazać jej tym razem?
Po polance rozszedł się czyjś perlisty śmiech. Dobiegał wprost z korony wierzby, toteż i tam powędrowały oczy wojowniczki. Już po chwili dostrzegła parę błękitnych ślepi należących do malutkiej postaci, niemającej więcej niż sześć księżyców, o charakterystycznej, przepołowionej, białej plamce na klatce piersiowej.
— Cześć, Brukselkowa Zadro! — miauknęło przyjaźnie kocie.
W pierwszej chwili Brukselkowa Zadra kilkakrotnie zmrużyła oczy, jakby ogarnięta nagłym szokiem. Zaczęła błądzić w zakamarkach swojego umysłu, próbując odnaleźć w nim obraz kotki choćby trochę podobnej do kociaka stojącego przed nią.
— Pajęczynka? — wydukała w końcu, ze zdziwieniem marszcząc brwi. Czy koteczka miała jej do przekazania jakąś wiadomość? Jeśli Brukselki nie zawodziła pamięć, młoda buraska zmarła podczas czuwania. Jej życie zostało odebrane przez sowę.
Ta młódka miała przed sobą tyle pięknych chwil… dokładnie tak jak Brokuł, który – przynajmniej z perspektywy Wilczaków – dzielił z nią podobny los.
— Ja! — odpowiedziała radośnie koteczka, niezdarnie poczynając zsuwać się w dół drzewa, zaczepiając i puszczając się pazurkami. Nie, żeby musiała to robić. W Klanie Gwiazdy niemożliwym było uszkodzenie się poprzez upadek, ale Pajęczynka wolała zachować ostrożność.
Kiedy w końcu sukcesywnie wylądowała zadkiem na trawce przed łapami Brukselkowej Zadry, zadarła łepek do góry i wyszczerzyła się.
Liliowa nie mogła powstrzymać ciepłego uśmiechu, który wkradał się na jej lico. Wyraz ten nieczęsto pojawiał się na pysku Brukselki; gdyby teraz obserwował ją któryś z pobratymców, najpewniej uznałby, że wojowniczka została podmieniona.
— Co tu robisz, Pajęczynko? — zapytała łagodnie, delikatnie przekręcając głowę. Buraska charakterem nijak nie przypominała Horyzont czy Sna, ale mimo to pręgowana nie mogła przestać myśleć o dwójce kotów, które straciła. Gdyby tylko mogła cofnąć czas, zrobiłaby to. Nie była jednak pewna, czy wtedy, choć z bólem serca, oddałaby te kocięta pod opiekę innej kotce, czy trudziłaby się jeszcze bardziej, by utrzymać tę rodzinę przy sobie.
Koteczka spoważniała, nadymając przy tym policzki, by wyglądać groźniej.
— Przyszłam ci pomóc! — oznajmiła dumnie i oficjalnie, zadzierając ogonek do góry.
Jej głos wyrwał Brukselkę z wcześniejszych rozmyślań. Uniosła brwi do góry, trochę zdziwiona, choć nie było ku temu powodu. To oczywiste, że od kilku dni zaniedbywała swoich bliskich, swoje obowiązki, a nawet… siebie. Jednak trochę nie dowierzała, że Gwiezdni Przodkowie zesłali akurat Pajęczynkę, czyli młodziutkiego kociaka, by ta jej pomogła.
— To bardzo miłe z twojej strony, Pajęczynko — odezwała się powoli. — A jak konkretnie chcesz mi pomóc?
Pajęczynka odchrząknęła, jakby właśnie w głowie przywoływała jakiś wierszyk i potrzebowała przed tym zaczerpnąć powietrza. Zapewne podobnie zachowywałaby się przed recytacją kodeksu wojownika podczas treningów, lecz nie było jej to dane. Jej oczy zalśniły nagle jaskrawą bielą, roznosząc światło wszędzie wokół.
— Byłaś dzielna, Brukselkowa Zadro. Pozostałaś wierna swym przodkom do końca, wycierpiałaś więcej niż niejeden kot, jaki chodzi po tych terenach. Jesteś jedną z ostatnich, która nie porzuciła misji powierzonej jej przez Klan Gwiazdy. — Głos małej Pajęczynki uległ zmianie, jakby jednocześnie przemawiało wiele kotów. — Nie obawiaj się jednak. Twoje poświęcenie zostanie wynagrodzone. Dajemy ci szansę na wysłanie ku nam jednego życzenia i dopełnimy wszelkich starań, by ono się spełniło. Zastanów się jednak dobrze – tę decyzję możesz podjąć tylko raz, a jej skutki będą nieodwracalne.
Przez jej głowę w ciągu uderzenia serca przemknęła niezliczona ilość zdań i próśb. Mogła prosić o tak wiele, a jednocześnie o tak mało… Musiała sama postawić sobie pytanie, na czym w tym momencie zależy jej najbardziej. Mogła prosić o to, by uciekinierom dobrze się powodziło, by przebrnęli przez wszelkie trudności i nie musieli zbędnie cierpieć. Mogła prosić o to, by Zaćmionemu Horyzontowi, o ile kotce udało się przetrwać, powodziło się i aby przeżyła swoje życie w spokoju. A jednak… jedno z życzeń wyraźnie częściej pojawiało się w jej umyśle. I choć Brukselka próbowała je stłumić, uznając je za głupie, nie mogła się mu oprzeć. Bo co, jeśli Gwiezdni Przodkowie będą w stanie dać Kwitnącemu Kalafiorowi drugie życie? Lepsze… takie, jakie sobie wymarzyła – białofutra zawsze pragnęła być wolna i chyba nigdy do końca nie przyzwyczaiła się do zwyczajów, jakie panowały w Klanie Wilka. Brukselka wiedziała, że to nie była droga, którą kocica chciała podążać. Wiedziała, że tam, wśród innych Wilczaków, nigdy nie czuła się jak jeden z nich.
Może i przyjęli ją formalnie, lecz nie… duchowo. Bo Kwitnący Kalafior nie była taka… taka jak inne Wilczaki. Nigdy nie przyjęła wiary w Miejsce, Gdzie Brak Gwiazd, a gdy Pokrzywowy Wąs opowiadał Brukselce i jej rodzeństwu o Mrocznej Puszczy, milczała. Jakby odczuwała dyskomfort.
Liliowa wzięła w płuca głęboki wdech. Słowa Pajęczynki i innych Przodków ciążyły na niej jak ból, który odczuwała odkąd zmarła białofutra. “Zastanów się jednak dobrze – tę decyzję możesz podjąć tylko raz, a jej skutki będą nieodwracalne” – słyszała gdzieś z tyłu głowy, powtarzane jak mantrę. Gdy zmierzała w to miejsce, nie sądziła, że zostanie postawiona przed wyborem tak ciężkim, i mimo że buraska jej nie pospieszała, Brukselka czuła, jakby uciekał jej czas.
— Ja… — zaczęła. W jej głosie brzmiało niedowierzanie. — To ciężka decyzja, ale… — kontynuowała, przeciągając słowa, jakby między nimi wciąż się zastanawiała — tak bardzo chciałabym, by…
Zmrużyła delikatnie oczy i zwróciła je ku swoim łapom, szukając w czymś ukojenia. Miała wrażenie, że jej głowa zaraz pęknie.
— Nie marzę o niczym innym, lecz o tym, by moja mama mogła przeżyć swoje życie raz jeszcze, po swojemu. Nie ograniczana przez… partnera, kocięta, rówieśników, przywódcę... Chcę, by wreszcie miała prawo głosu. By, gdy tylko dorośnie, mogła podejmować za siebie decyzje, by nic ją nie powstrzymywało — dokończyła, w końcu zwracając spojrzenie swoich żółtych oczu w stronę Pajęczynki. — Czy… czy jest to możliwe?
Klan Gwiazdy milczał przez parę uderzeń serca. Brukselska zdążyła nawet zwątpić w to, czy jej życzenie było w zakresie możliwości przodków, lecz nim udało jej się otworzyć pyszczek, ktoś ją uprzedził.
— Twoja prośba jest szlachetna. Choć dla kogoś zdawać by się mogła samolubna, gdyż dotyczy spełnienia twoich własnych potrzeb, tak stoi za tym coś większego. Moc, której nikt nie może ci odebrać. Miłość. Na świecie nie ma drugiej takiej siły, która mogłaby na równi stanąć z uczuciem miłości do kogoś nam bliskiego. Twoje serce jest czyste. Nie prosisz o bogactwa, o pozycję, a o dobre życie dla chorej matki... Klan Gwiazdy spełni twoją prośbę — mówiła Pajęczynka. — Przybądź pod Świetlistą Wierzbę nim miną dwa księżyce. Na twej drodze stanie nie jedna przeszkoda, jednak ty, Wybrana, przeciwstawisz się im. Gdy już odnajdziesz swą drogę i staniesz u stóp drzewa, okrąż je i zadrap w korę dwukrotnie. To ostatni krok, jaki musisz postawić w tej przygodzie — dokończyła.
Brukselkowa Zadra była zdziwiona postawionymi przed nią wymaganiami, lecz skinęła głową. Okrążyć drzewo? Zadrapać korę dwukrotnie? Nie wiedziała, dlaczego miałaby to robić, ale skoro Klan Gwiazdy tak przykazał, najwyraźniej nie miała wyjścia.
— Dziękuję… — wyszeptała, pochylając łebek przed Pajęczynką. — Nie zawiedziecie się na mnie, obiecuję — dodała jeszcze, starając się jednocześnie przekazać Gwiezdnym Przodkom, że nie zamierza się poddać w ratowaniu Klanu Wilka. Z całą pewnością nie zrobi wszystkiego sama; będzie potrzebowała wsparcia przyjaciół i rodziny. Chciała jednak dać do zrozumienia, że w razie potrzeby chętnie poprowadzi rebelię.
Wtem jeszcze raz przez jej głowę przemknęła myśl o uciekinierach. Czy Klan Gwiazdy wiedział, co się z nimi działo?
— Hej, a… czy wiecie, co dzieje się z tymi, którzy uciekli z Klanu Wilka?
Pajęczynka zatrzęsła łebkiem, a jej oczy przestały lśnić. Postawiła parę niepewnych kroków w stronę wojowniczki, starając się z całą mocą Klanu Gwiazdy nie stracić równowagi. Kiedy podniosła główkę, jej ślepia wydawały się zasmucone.
— Nasi przodkowie... Nie są w stanie ich dosięgnąć... — szepnęła z żalem w głosie. — Przez wpływy Mrocznej Puszczy na terenach Klanu Wilka, mamy niewielki zasięg działania. Najmocniejszy jest tu, pod Świetlistą Wierzbą, jednak dalej? Teraz kroczą pod obcym niebem. Nie naszym. Lśnią na nich cudze gwiazdy, które... Które mogą nie być tak przychylne. — Pajęczynka przełknęła głośno ślinę. Klan Gwiazdy zapewne wiedział o każdym występku, jakiego dopuścili się uciekinierzy. — Co do ich bezpieczeństwa... Również niewiele wiemy... A-ale nim zgubiliśmy ich trop- — Bura kotka już chciała dokończyć opowieść, gdy jakaś iskierka spadła na jej nosek. Pajęczynka kichnęła, milknąc. — Nie, nieważne... Przepraszam. Nie powinnaś tu tak długo przebywać. Twoi bliscy zaczną się martwić.
Liliowa była zawiedziona faktem, że o grupce uciekinierów nie było nic wiadomo. Czy udało im się przeżyć? Czy znaleźli bezpieczne schronienie? Tego mogła się tylko domyślać. Miała jednak nadzieję, że Mglistemu Snu nic się nie stało – chyba by sobie nie wybaczyła, gdyby jej własny syn został ciężko ranny, a może nawet zmarł.
I może tak naprawdę wcale nie była dobrą matką, zostawiając go samego z tamtą grupą? A może bez niej był szczęśliwszy. Bez niej i bez Wrotyczowej Szramy, za którą nie przepadał, odkąd odkrył, że jego biologiczny ojciec się w niej zakochał.
Brukselka westchnęła, raz jeszcze pochylając głowę przed buraską w podzięce.
— Rozumiem — mruknęła. — Mam tylko nadzieję, że nic poważnego im się nie stało — dodała ciszej.

.𖥔 ݁ ˖˙✦

Niedługo później Brukselkowa Zadra otworzyła ślepia. Przed jej oczami wciąż widniała wierzba, pod którą zasnęła. Za nią ciągnęła się rzeka, a nad nią rozpościerało się szare niebo. Jeszcze nie zmierzchało, ale z całą pewnością minęło już trochę czasu, odkąd opuściła obóz. Powinna wracać.
Napełniona nową energią bez problemu podniosła się z ziemi, choć jeszcze rano ledwie tu dotarła, a ból przeszywał jej ciało niemal przy każdym kroku. Teraz czuła się znacznie lżej, choć i tak – w porównaniu ze snem – rzeczywistość była przytłaczająca. Odkąd się obudziła, miała wrażenie, jakby wszystkie jej problemy ponownie spoczęły na barkach.
Pocieszała ją jednak myśl, że Klan Gwiazdy szykuje dla niej coś więcej. Jakąś nagrodę, niespodziankę. Nie zastanawiała się nad tym, w jaki sposób chcą podarować Kalafiorowi drugie życie, lecz czuła, że się nie zawiedzie.

* * *

Gdy wróciła do obozu, od razu podbiegła do niej Gwiazdnicowy Blask. Zaczynało się już ściemniać – Brukselki nie było prawie cały dzień, a poza tym wyglądała jak siedem nieszczęść: wilgotne, zmierzwione futro, zmęczone oczy, rwany oddech i drżące łapy. Szylkretka natychmiast podparła ją własnym ciałem, by się nie przewróciła.
— Mamo! Gdzie byłaś cały dzień? Martwiliśmy się o ciebie… — mruknęła nerwowo, choć w jej głosie pobrzmiewała też ulga, jakby właśnie spadł jej kamień z serca.
Faktycznie – może nie powinna znikać bez słowa, ale wtedy czuła, że musi to zrobić. Nie miała innego wyjścia. Wolała odejść bez pożegnania i zrobić cokolwiek, zamiast spędzić kolejny dzień w bezruchu.
— Nie martw się, Gwiazdko… Miałam sprawę do załatwienia — wyjaśniła, nie zdradzając szczegółów. — Opowiem ci później, gdy przyjdzie na to czas — dodała jeszcze, po czym odsunęła się od córki i zaczęła kuśtykać w stronę legowiska starszyzny.
Nim jednak do niego dotarła, Gwiazdnicowy Blask zagrodziła jej drogę.
— Nigdzie nie idziesz! Musisz iść do medyka, proszę! Inaczej jeszcze zachorujesz. Jest zimno, łatwo się przeziębić — miauknęła, zaciskając zęby. Zachowywała się teraz bardzo podobnie do Kwitnącego Kalafiora… no, może nie do końca. Ale zamysł miały ten sam.
— Dobrze, dobrze. Pójdę do tego medyka — westchnęła, uśmiechając się słabo, na co Gwiazdnica wypuściła ze świstem powietrze z płuc.
Razem z córką ruszyła do lecznicy, zastanawiając się, czy spotka tam Roztargnionego Koperka, czy Cisowe Tchnienie. Trochę obawiała się, że jeśli będzie tam jej brat, zauważy, do jakiego stanu się doprowadziła. Oprócz skrajnego zmęczenia i zapewne wychłodzenia cierpiała też na bezsenność i doświadczała halucynacji. Miała świadomość, że mogłyby ustąpić, gdyby tylko poprosiła o kilka ziarenek maku. Zawsze jednak miała problem z proszeniem pobratymców o pomoc i zazwyczaj wolała trzymać swoje problemy w sobie.
Gdy postawiła łapę w legowisku medyków, do jej nozdrzy od razu dotarł zapach ziół, a także – choć być może była to tylko kolejna halucynacja – zwietrzała woń Jarzębinowego Żaru. Brukselka miała wrażenie, jakby szylkretowa kocica wciąż tu była, jakby ściany przesiąknięte były jej zapachem i obecnością. Rozejrzała się zdezorientowana, dopóki z półmroku nie wyłoniła się sylwetka liliowego kota, łudząco do niej podobnego.
W ciszy Roztargniony Koperek podeszło do Brukselki, obserwując ją od góry do dołu.
— Daruj sobie te oględziny. Daj mi kilka ziarenek maku i coś na wzmocnienie, bo jestem wyczerpana — rzuciła twardo, jakby mimo swojego stanu nie chciała, by Koperek pomyślało, że źle sobie radzi.
Liliowe skinęło głową i sięgnęło po zioła do składziku. Brukselka nie znała ich nazw, lecz bez wahania je zjadła. Choć nie chciała tego przyznać – nawet przed sobą – zależało jej na tym, by wyzdrowieć i wrócić do dawnego stanu. Może nie wyglądała na kogoś, kto naprawdę chce pomocy, lecz w rzeczywistości była to jedyna rzecz, jakiej pragnęła. By ktoś ją zauważył. I jej problemy.
Było to jednak mylące. Gdyby ktoś zapytał Brukselkę wprost, czy coś jej dolega, i tak odpowiedziałaby, że nie. Sprawiała wrażenie, jakby sama nie wiedziała, czego chce…
— Dziękuję — mruknęła, gdy skończyła jeść mieszankę ziół przyniesioną przez Koperka. Liliowe nie odezwało się do niej przez całą wizytę, lecz wojowniczka nie miała tego jeno za złe. Po śmierci matki znów trochę się od siebie oddalili. Brukselkowa Zadra zastanawiała się, jak Koperek radziło sobie ze stratą kogoś tak bliskiego; to jednak nie był czas ani miejsce na takie rozmowy. Zapyta je… kiedyś. Ewentualnie.

Wyleczeni: Brukselkowa Zadra

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz