Musiała opuścić jaskinię Klanu Klifu jak najszybciej. Przebywanie tam, patrzenie tym kotom w oczy i słyszenie jego głosu było ponad siły. To wszystko naraz stało się zbyt przytłaczające. Potrzebowała chwili tylko dla siebie, ciszy, oddechu, ucieczki. Z bólem serca odmówiła nawet własnej partnerce, gdy ta zaproponowała, że pójdzie z nią. Wiedziała, że Wieczne Zaćmienie odkryła jej kłamstwo i zna jej tajemnicę. Widziała to wyraźnie w jej żółtych, czujnych oczach; w tym spojrzeniu, które nie dawało już schronienia. Czekała tylko, aż ukochana w końcu poruszy ten temat i przyciśnie ją do ściany pytaniami, na które sama nie potrafiła jeszcze znaleźć słów. Nie była w stanie wykrztusić z siebie prawdy. Jeszcze nie. Wspięła się po stromym zboczu, czując pod łapami miękką skałę, a potem ruszyła w stronę granicy z Klanem Burzy. Może spotka Barszczową Łodygę? Dawno nie rozmawiała z przyjacielem, a teraz bardziej niż kiedykolwiek potrzebowała znajomego głosu. Przeskakując przez rzekę, nagle zamarła. Na jednym z kamieni, tuż przed nią, stał czekoladowo-srebrny kocur. Jego sylwetka wydawała się nierealna, jakby wyłaniała się z mgły unoszącej się nad wodą. Wojowniczka poślizgnęła się i tylne łapy wpadły do lodowatej rzeki, lecz szybko odzyskała równowagę i wskoczyła na inny kamień.
— Czyżbym cię wystraszył? Czyżby twój grzech cię przerażał? — wyszeptał, okrążając jej szyję niczym wąż, a jego głos zdawał się rozbrzmiewać prosto w jej głowie. Kocica potrząsnęła gwałtownie głową i ruszyła dalej, aż dotarła na bezpieczny brzeg.
— Nie jesteś prawdziwy — szepnęła do samej siebie i przyspieszyła kroku.
Czuła na sobie wzrok tego… tego czegoś. Czy to Mroczna Puszcza zesłała do niej tego ducha? A może to tylko jej własny umysł i serce nie potrafiły pogodzić się z tym, co zrobiła? Czy powinna się nienawidzić? Może wtedy ból byłby łatwiejszy do zniesienia. Zabiła kogoś bezbronnego. Kogoś, kto miał rodzinę, bliskich, życie. Szła tak szybko, że niemal przekroczyła granicę Klanu Burzy. Zatrzymała się w ostatniej chwili, cofnęła kilka kroków i gorzko się zaśmiała. To było dla niej takie typowe. Zawsze przypadkiem przekraczała granice; zarówno te wyznaczone zapachem, jak i te, których nie dało się zobaczyć. Usiadła na miękkiej trawie, pozwalając, by wiatr poruszał jej futrem. Trawa była chłodna i wilgotna, a niebo przesłaniały ciężkie, leniwie sunące chmury. Przez krótką chwilę poczuła spokój, którego tak bardzo pragnęła. Wizję idealnego życia, bez sekretów i bez strachu. Nagle usłyszała szelest. Otworzyła jedno oko i spojrzała prosto na rudą kocicę stojącą kilka kroków dalej.
— Na co się gapisz, Klifiaku? — zapytała tamta groźnie, strosząc futro.
Pietruszka zerknęła pod swoje łapy, sprawdzając, czy przypadkiem nie przekroczyła granicy. Widząc, że nadal znajduje się po właściwej stronie, uniosła głowę i spojrzała na wojowniczkę. Po chwili zmrużyła oczy i nachyliła się lekko do przodu. Wydawało jej się, że skądś ją zna.
— Co, mowę ci odjęło? — splunęła ruda.
I wtedy Pietruszka zrozumiała. Poruszyła uszami, a futro na ogonie lekko się nastroszyło.
— Pożarowa Łapo? To naprawdę ty? Księżyce cię nie widziałam! Nie żebym narzekała — dodała, lekko się śmiejąc.
Ruda Burzaczka, wyraźnie zbita z tropu, przechyliła głowę.
— Skąd znasz moje imię? Nie znam cię! — wysyczała, jakby widziała w drugiej kotce wyłącznie zagrożenie.
Czekoladowa parsknęła cicho, przypominając sobie czasy, gdy jako uczennica rozmawiała z tą rudą kotką. Wspomnienie to było jednak gorzkie. Nienawidziła jej jednocześnie, za atak na jej ukochaną. Tego nie potrafiła zapomnieć ani wybaczyć.
— Naprawdę mnie nie pamiętasz? To długo siedziałaś w tej dziurze — powiedziała spokojnie. — Pietruszkowa Łapa. Rozmawiałyśmy kiedyś.
Przesunęła ogonem po zielonej trawie, uważnie obserwując reakcję Pożarowej Łapy.
<Pożar?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz