Przeszłość
Dzień jak każdy inny, cichy, spokojny, bez zbędnych sensacji. Tego właśnie potrzebował Czajka. Jego życie zbyt często robiło niespodziewany obrót, który burzył dotychczasowy porządek. Trochę jakby Wszechamatka stwierdziła, że ma się za długo dobrze w tym młodym życiu i musi przeżyć jakieś burzliwe momenty za swego żywota. Jednak jemu już wystarczyło tych burzliwości.
Owocowy Las powoli wracał do tego, co było przed epidemią, a wszystko dzięki podróżnym uzdrowicielom, którzy wykazali się dobrym sercem, by pomóc ich kociej społeczności. Widać było, że koty już nieco przywykły do trójki przybyszy, co mogło to trochę jeszcze potrwać. Nie każdy od razu zaufa samotnikom, głównie z obawy o swoje i innych bezpieczeństwo.
Niebieski zwiadowca po porannym patrolu wyruszył z Pszczółką na polowanie, chcąc nieco spędzić czas z wojowniczką. Ostatnim razem miał przyjemność być z nią na patrolu, kiedy natrafili na Derwisza, Jeżogłówkę i Jaskra, od tamtego momentu jakoś nie było im po drodze. A szkoda, ponieważ kocur widział, że szylkreta należy do tych przyjaznych kotów, które chętnie pogadają z innymi. Kocur nieco żałował, iż tak mało miał okazji do poznania także innych kotów. Starsza była wojowniczką, a on zwiadowcą, więc ich drogi nie przecinały się zbyt często.
Po udanych łowach oraz rozmowach o wszystkim i zarazem niczym wrócili do obozu. Kotka zaproponowała, że zaniesie zdobycze na stos, na co młodszy podziękował z lekkim uśmiechem, akurat w dobrym momencie, gdyż został wyciągnięty na patrol graniczny. Nawet nie wiedział, kiedy dwójka wojowników zgarnęła go przy wyjściu między swoje ciała i razem opuścili obóz. Dopiero po paru krokach rozpoznał Topolę po swojej lewej stronie i Orchideę po prawej. Oboje byli pogodnymi kotami, co sprawiło, że niemal od razu na pyszczku Czajki pojawił się mimowolny uśmiech, zapewne spowodowaną zaraźliwą przyjazną atmosferą.
Wojownicy cały patrol graniczny rozmawiali ze sobą, co jakiś czas pytając młodszego, chcąc, by ten także uczestniczył bardziej w konwersacji, lecz niestety ten zwiadowca to typ słuchacza. Finalnie nie chcąc go niepotrzebnie zmuszać dali mu spokój, co poskutkowało, że kocur poczuł się bardziej swobodnie i sam co jakiś dorzucał swoje parę słów do omawianego tematu. Przyjemnie spędził ten czas, jednak musiał przyznać, że dwa patrole jeden po drugim zużyły większość jego energii i wypadałoby się posilić. Dlatego też, gdy ponownie tego dnia wrócił do obozu, to niemal pognał do stosu ze zwierzyną, chcąc wybrać sobie coś na spokojny posiłek.
Już miał się schylać po pierwszy lepszy kąsek, gdy nagle za sobą usłyszał niski, dość znajomy głos:
— Co tam dziś u panicza? — zaczepił go stojący z boku, uśmiechający się ciepło Derwisz. Zwiadowca od razu skierował wzrok na uzdrowiciela.
— Ach, witaj Derwiszu! — odpowiedział z lekkim uśmiechem na pysku. — I nie paniczu, mów mi po imieniu — dodał po chwili.
— Och, przepraszam — miauknął natychmiast ze skruchą, gdy został poprawiony. — Zapamiętam. I rozumiem, że wszystko u ciebie w porządku. To bardzo cieszy. Zdecydowanie wyglądasz lepiej, niż te kilka księżyców temu — zaśmiał się delikatnie, po czym zamilkł.
— Nie musisz przepraszać, po prostu w Owocowym Lesie mamy w nawyku zwracać się bezpośrednio imieniem danego kota — wyjaśnił, spoglądając kątem oka na stos, w myślach wybierając już dokładnie, którą piszczkę sobie weźmie. — Tak, w końcu jest czym wykarmić innych, także nie musimy się już tak ograniczać z posiłkami. Czy... Coś się stało? Wyglądasz na zamyślonego? — spytał. — Może chcesz spożyć ze mną posiłek? No, chyba że cię już obowiązki wzywają.
— Ach, że to o kulturę chodzi. Rozumiem — powiedział, machając szybko głową, jakby próbował się otrzepać. Ten gest wywołał cichy i krótki chichot młodszego. — Nie, nie, pomyślałem, że chodzi o coś innego. Spotkałem się już w ciągu życia z kotami, którym nie odpowiadało bycie kotką czy kocurem. Do żadnego z nich nic nie mam, oczywiście, miałem także takich bliskich. Przestraszyłem się tylko, że mogłem ci sprawić przykrość, a tego bardzo bym nie chciał. — Uśmiechnął się, wciąż przepraszająco. — A, no i chętnie coś przekąszę. Chorych jest coraz mniej i szybciej dochodzą do siebie, mogę sobie pozwolić na chwilę przerwy.
— Cóż... sam nie identyfikuje się typowo jako kocur, lecz wygodniej mi się używa takich zaimków, niż na przykład zrobiłom i typ podobne. Po prostu większości kotom jest wygodniej, gdy używa się tych lub tych zaimków — oznajmił, obracając się i nachylając nad stosem. Wybrał z niego nornice, by odsunąć się lekko na bok, dając możliwość Derwiszowi na wzięcie zwierzyny. — Nie sprawiłeś mi przykrości, a nawet jeśliby tak było to nieumyślnie, prawda? — dodał z gryzoniem w zębach, więc mógł nieco niezrozumiale brzmieć.
— Oczywiście... Jestem wdzięczny, że mi to mówisz. Wiem, że takie rzeczy potrafią być ciężkie... — Wstał na chwilę i trącił nosem zwierzynę z wierzchu, by wybrać sobie okrągłego mazurka. Powrócił na miejsce, by położyć się obok Czajki, który nieco odszedł na bok, by nie przeszkadzać innym Owocniakom w obowiązkach. — Mój brat też taki był — zaczął. — Z czasem z trzech sióstr zrobiły się tylko dwie. Najpierw było ciężko się przyzwyczaić, ale z czasem zrobiło się to naturalne, jakby od zawsze tak było. Zresztą, jak jest się samotnikiem, z za wieloma kotami się nie rozmawia, więc takie sprawy nie są największym problemem. No, chyba że się zdecydujesz na taką robotę jak ja. — Wziął gryza swojego posiłku. — Bardzo dobrze go wspominam. Zawsze się ze sobą dogadywaliśmy. Kiedyś jeszcze zdarzało mi się go odwiedzić, lecz później odszedłem tak daleko od rodzimych terenów, że gdybym chciał złożyć mu wizytę, musiałbym się wybrać na porządną wyprawę. No i kto wie, gdziem może teraz być... Nie każdy zostaje całe życie w jednym miejscu…
— Jak to jest być uzdrowicielem i podróżować? Tęsknota za rodziną Ci nie doskwiera? — spytał zaciekawiony po przełknięciu pierwszego kęsa. — Jak sobie radzicie z dalekimi podróżami i wrogo nastawionymi kotami?
— Każdemu czasem tęskno za kocięctwem — westchnął i oparł głowę o swój bark, uciekając wzrokiem. — Ale było, minęło. Każdy kot prędzej czy później odchodzi, by znaleźć własny teren i założyć swoją rodzinę, by jego kocięta poszły w świat i urodziły swoje kocięta, które wkrótce odejdą i urodzą swoje... Tak to już się ciągnie od pokoleń, taki nasz los. Pod warunkiem, że nie mieszkasz w zorganizowanej grupie, oczywiście. One są jednak rzadkie. Jesteście sporym wyjątkiem. Nigdy wcześniej nie zetknąłem się z tak wielką grupą, a już z pięcioma, licząc waszych sąsiadów... — Wrócił wzrokiem na zwiadowcę, który z uwagą przysłuchiwał się jego słowom. — Gdybym nie lubił mojego życia, to bym go nie prowadził. Bycie uzdrowicielem to jednak coś więcej niż tylko praca. To powołanie, za którym trzeba iść bez względu na warunki. Podróż mam we krwi tak jak moi wychowankowie. Wrogie koty... Zdarzają się, lecz nie są takim zagrożeniem, jak myślisz. Rzadko kiedy ktoś wymierza skoncentrowaną agresję na nas. Częściej starają się wykorzystać naszą dobroć poprzez kradzież zapasów, a te zawsze można uzupełnić.
— Rozumiem, ale mimo wszystko musi czasem być ciężko. W końcu w czasie podróży macie siebie jedynie, a inni nie zawsze okażą taką dobroć jak my na przykład... A przynajmniej w większości — mruknął.
W duchu był dumny z tego, że tamtego dni udało mu się przekonać resztę, by zaprowadzić trójkę uzdrowicieli do Pieczarki, choć Ziemniak to był najmniej zadowolony. Choć reszta kotów też na początku nie pałała radością z faktu nowych kotów w obozie — w końcu oznaczało to więcej pysków do wykarmienia w czasie epidemii. Mimo tego Owocowy Las przetrwał najgorsze chwile i zaczął odzyskiwać dawne siły.
— Ważne jest to, by samemu pielęgnować w piersi złote serce. Wtedy cały świat jest dla ciebie życzliwy. Przestajesz przejmować się wrogością innych; twoja czystość jest w stanie sama w sobie uchronić cię od wszelkiego zła — wyjaśnił, choć trudno było naprawdę uwierzyć w jego słowa, a przynajmniej tak było w przypadku młodszego. — Nigdy nie czułem, by czegokolwiek mi brakowało. Zawsze wiedziałem, że obiorę samotnicze życie. Może niekoniecznie takie jak teraz... Ale uwierz mi, czasem do szczęścia nie potrzeba wcale tak wiele. Możesz mieć inną perspektywę, gdy całe życie przeżyłeś w wielkiej grupie, ale większość kotów wychowała się z matką, może ojcem i kilkorgiem rodzeństwa i to wszyscy bliscy, których kiedykolwiek znali i może kiedykolwiek poznają. I im niczego nie brakuje — zamyślił się na moment, a jego wzrok uciekł w bok, w górę, w bezchmurne niebo. — Ale dobrze byłoby się spotkać z nimi po tych wszystkich księżycach. Przypomnieć stare chwile, poznać się na nowo... W końcu jak kot dorasta, dużo się w nim zmienia. Nawet nie wiem, czy może nawet mam siostrzeńców? Lub bratanków? Ach, jeśli tak, z pewnością są to cudowne dzieciaki…
— Piękne słowa, lecz świat naprawdę bywa okrutny, nawet dla kotów takich jak ty. Mimo to mam nadzieję, że wasza dalsza wędrówka będzie równie spokojna. Jesteście wędrowcami, więc zapewne, kiedy epidemia do końca zostanie stłumiona, to odejdziecie, mam rację? — spytał. — Obyś kiedyś spotkał się z rodziną czy to przed lub po śmierci.
— Dziękuję — mruknął, skłaniając głowę. — Zawsze idziemy tam, gdzie są potrzebujący. Nie będziemy wam potrzebni, gdy epidemia się skończy. Natomiast za waszymi granicami zawsze znajdzie się ktoś, komu przyda się pomoc... Taka jest istota naszej wędrówki — miauknął i zamilkł na chwilę. Zamknął oczy, gdy po chwili niespodziewanie z jego pyska uszedł cichy chichot. — Muchołówka zawsze była żądna przygód. Gdyby mogła, to poszłaby w świat z chwilą, gdy nauczyła się przebierać łapkami. Ją z pewnością wywiało gdzieś hen, hen daleko... Jaskółka była spokojniejsza. Miła, skromna, nikomu niewadząca... Została z matką i może to dla nich obu lepiej. Otwarty świat potrafi być przerażający. A gdy spotkałem Scypuła wiele księżyców temu, żył samotnie, lecz szczęśliwie. On nigdy nie potrzebował wiele do szczęścia, chociaż z pewnością ucieszyłby się, gdybym pokazał mu zioła, które poznałem... Może nawet mógłbym mu pomóc... — Uśmiechnął się.
— Mnie dawniej też nieco ciągnęło w świat, lecz teraz... Chyba chciałbym pozostać blisko rodziny, nawet jak czasem obowiązki nas pochłaniają. Świadomość tego, że mam do kogo wracać z każdego patrolu jest czymś nieopisanym. Nawet jeśli nie z każdym tutaj rozmawiam, to chce do tego wszystkiego należeć. Nawet jeśli... Pewien kot powoduje niewyobrażalny ból — przyznał, kładąc prawą łapę na swej piersi. Tak, mówił o Borowiku, gdyż ten do dziś dnia nie zamienił z nim choćby słowa. Zwiadowca chciałby to niedługo zmienić, lecz nie wiedział, czy na pewno jest to dobry pomysł. Może lepiej jest żyć z bólem serca niż ze złamanym? — Scypuła? Czyli nie tylko ty wybrałeś samotnicze życie w rodzinie?
— Oczywiście. Wszyscy je wybraliśmy, ale on już zupełnie. Żyje sam, na zdobytym skrawku terenów, które mu absolutnie wystarcza. No, chyba że od ostatniego spotkania znalazł sobie kompana lub kompankę... Choć wątpię. Raczej należy do kotów nieufnych. Nie lubi rozmawiać z innymi, bo obcy zawsze mają go za kotkę. Ponoć nawet znaleźli się jacyś zalotnicy, którym później połamał za to nosy... Kiedyś rozmawiałem z uzdrowicielką, która znała zioło, które pomaga takim kotom. Potrafi podobno zamaskować zapach tak, by po dłuższym użytkowaniu poznanie czyjejś płci stało się niemożliwe. Nie wiem, w jaki sposób działa i czy w ogóle, sam nigdy go nie stosowałem... Ale wydaje mi się, że dałoby mu to spokój ducha, przynajmniej w części.
— Niektórzy to jednak mają ciężko samemu... — westchnął, a na wspomnieniu o połamanych nosach, aż poczuł ten ból. Bardzo nieprzyjemne. — Zioła potrafią zamaskować zapach? Nie wiedziałem, że takie mogą istnieć. Ale w sumie pokazuje to, jak mało wiemy o otaczającym nas świecie. A ty, odkryłeś jakieś nowe zioła, które dotąd nie były znane nikomu? — spytał z widocznym zaciekawieniem. Zwykle się roślinnością nie interesował, lecz wspomniane zioło przykuło jego uwagę.
Starszy zaśmiał się delikatnie.
— Cóż, jestem uzdrowicielem, nie cudotwórcą. Są tacy, co testują co nowsze znaleziska na swoich pacjentach, ale ja nie chciałbym tak ryzykować ich zdrowiem. Uzdrowiciele często dzielą się ze sobą wiedzą, która jest przekazywana z ust do ust od pokoleń. Stosowane od księżyców przez różne koty techniki są o wiele bezpieczniejsze. Może pokusiłbym się o wypróbowanie czegoś nowego, gdyby to była sytuacja bez wyjścia... Ale nie lubię tak gdybać. Wolę się trzymać utartej ścieżki. — Wziął ostatni kęs zdobyczy, zostawiając na niej jedynie strzępki futra, kości i parę śmieciowych organów, które nie nadawały się do spożycia. Zebrał je zębami w jedno zawiniątko, by wyrzucić resztki poza obóz. — Dziękuję za wspólny posiłek — miauknął do Czajki z uśmiechem, nieco niewyraźnie przez trzymany w pysku przedmiot. — Do zobaczenia. Obowiązki wzywają... — zaśmiał się i odszedł, zostawiając zwiadowcę w samotności.
— Do zobaczenia — odpowiedział kocur, samemu po chwili ruszając z dotychczasowego miejsca. Po rozmowie ze starszym poczuł się nieco lepiej, jakby tego właśnie potrzebował, choć najbardziej go zainteresowały zioła, o których uzdrowiciel wspomniał.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz