Minęło sporo czasu, odkąd uciekli z Klanu Wilka, jednak niepokój ani na chwilę nie opuszczał Jarzębinowego Żaru. Myślała, że w tej nowej grupie poczuje ulgę, że wreszcie będzie mogła odetchnąć, lecz rzeczywistość okazała się inna. Lęk wciąż czaił się tuż pod skórą, nie pozwalając jej zaznać spokoju. Obawiała się tego, co Wilczaki mogły o nich rozpowiadać. Bała się, czy uda im się przetrwać nadchodzącą zimę, zwłaszcza teraz, gdy wszystko było jeszcze tak kruche i niepewne. Choć zaczęli już budować obóz, a prowizoryczne legowiska powoli nabierały kształtów, nie przynosiło jej to oczekiwanej ulgi. Powinni czuć się bezpieczniej, w końcu tworzyli własny dom, swoją przystań. A jednak coś głęboko w niej szeptało, że ich prawdziwe problemy dopiero się zaczynają. Poza granicami nowego terytorium rosła nienawiść. Ciemna, cicha, karmiona strachem i gniewem wobec tych, którzy odważyli się uciec. Tych, którzy chcieli się uwolnić, i być może kiedyś pomóc innym klanom zrobić to samo. Jarzębinowy Żar zastanawiała się, ile wiedział Klan Nocy. Czy wiedzieli o kulcie? Czy mieli świadomość istnienia wiary w Mroczną Puszczę? A może Nikła Gwiazda zapewnił ich, że Klan Wilka, podobnie jak oni, wierzy w Klan Gwiazdy? Myśl o tym nie dawała jej spokoju. Jeszcze bardziej niepokoiło ją to, jak Nocniaki zareagowałyby na prawdę o ich dotychczasowych sojusznikach, i czy w ogóle chcieliby ich wysłuchać. Obawiała się, że nawet sam Klan Gwiazdy musiałby zstąpić z nieba, by cztery przynależności zechciały otworzyć oczy i uwierzyć. Była tak pochłonięta myślami, że niemal mechanicznie przesuwała zioła, sortując je bez większego skupienia. Dopiero gdy ktoś dotknął ją w ramię, podskoczyła gwałtownie.
— Przepraszam, Jarzębinowy Żarze, nie chciałem cię wystraszyć — odezwał się Zapomniana Koniczyna, unosząc wysoko jedną z tylnych łap. — Wołałem cię parę razy — dodał ciszej, z wyraźnym zaniepokojeniem.
Medyczka przez chwilę wpatrywała się w niego, jakby był czymś nierealnym, wyrwanym prosto z jej myśli. Szybko jednak potrząsnęła głową.
— Nic mi nie jest. Zamyśliłam się — wyjaśniła i zerknęła na jego łapę. — Coś jest z nią nie tak, prawda?
Wojownik skinął kilka razy głową i usiadł tak, by ułatwić jej dostęp do zranionej kończyny. Jarzębinowy Żar nie zwlekała. Szybko i sprawnie wyjęła odłamek szkła z poduszki łapy, oczyściła ranę i dokładnie ją opatrzyła. Potem kilkukrotnie, ostrożnie, dotknęła jego nogi, obserwując reakcję.
— Już cię nie boli to złamanie? — zapytała, siadając i odkładając zioła w bezpieczne miejsce.
— Nie, już nie — odpowiedział spokojnie. — Myślę, że całkowicie się zrosła, ale będę uważać.
Podniósł się na łapy i przez chwilę wpatrywał się w nią w milczeniu, jakby się wahał. W końcu odezwał się niepewnie:
— Może wybierzemy się po zioła… albo materiały na posłania?
— Z tą łapą chcesz iść? — Uniosła brew, odwracając się w jego stronę.
— Tak. Już nie raz miałem szkło w łapie, zaraz przestanie boleć. A musimy się spieszyć i jak najszybciej dokończyć obóz — odparł, robiąc krok w stronę wyjścia z krzewów, które pełniły rolę prowizorycznej lecznicy.
Jarzębinowy Żar zawahała się na moment. W końcu jednak wstała i stanęła obok niego.
— Dobrze, możemy iść — miauknęła spokojnie. — Przy okazji porozmawiamy.
Ruszyła przodem, kierując się w stronę miejsc, gdzie wiedziała, że znajdą mech i długie trawy, idealne na posłania. A choć jej myśli wciąż były ciężkie, sama obecność kogoś obok sprawiała, że krok stawał się, choć odrobinę lżejszy.
<Zapomniana Koniczyno?>
Wyleczeni: Zapomniana Koniczyna
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz