Tw: opis śmierci, gore, krew itp.
Świt pojawił się nagle, wypełzając między drzewa powoli, warstwa po warstwie, rozjaśniając mgłę wiszącą nisko nad ziemią. Powietrze było ciężkie od wilgoci, a chłód nocy wciąż trzymał się na mchu, który obrastał obóz. Rysi Trop poruszyła się w swoim legowisku, zanim jeszcze pierwszy ptak odważył się zaćwierkać. Bezszelestnie wypełzła z legowiska, muskając ogonem głowy kotów, które spały jak kocięta po mleku. Ból zęba był z nią od długich godzin, uporczywie bolało ją dziąsło. Szylkretka ponownie zmarszczyła pysk, próbując nie powstrzymać się, od wykruszenia czy samodzielnego pozbycia się zęba. Każde przesunięcie pyska sprawiało, że ból wzbierał mocniej, rozchodząc się aż pod oko. Zielone liście powoli spadały, rozprzestrzeniając się po lesie, tworząc piękny krajobraz. Jednakże co mają koty z pięknych widoków, skoro myślą tylko o cieple i przetrwaniu tego trudnego okresu? Ryś wskoczyła na pobliski kamień, szykując swoje futro do dzisiejszej pracy. Leżała jeszcze chwilę bez ruchu, wsłuchując się w odgłosy wydawane przez żyjątka w lesie. Sroki uporczywie skrzeczały, czyhając na błyskotki do zdobycia. Wiewiórki zbierały żołędzie na porę nagich drzew, żeby zapaść w sen denny i zimowy. Chociaż szybko gubiły swoje dziuple, a ich rude kity krzątały się po drzewach, w poszukiwaniu ich. Rysi Trop uniosła głowę i wysunęła się ostrożnie z krzewów. Ziemia była zimna i wilgotna, a drobne patyki trzeszczały cicho pod jej łapami. Kocica poruszała się powoli, mając nadzieję na złapanie jakiejś zwierzyny przed obozem. Pomarańczowe liście zaczęły kleić się do łap kultystki, co bardzo ją irytowało. Sama pora opadających liści była problemem, przez to pora nagich drzew zbliżała się wielkimi susami. Obóz nie był skończony, a większości Świetlików nie chciało się pracować. Do tego sprowadzenie nowych kotów? Żenada, nawet jak na bźikniętą medyczkę i czarnego kocura z brodą. Wojowniczka zatrzepotała uszami, próbując przypomnieć sobie imię, chociażby jednego kota z całej tej bandy. Chociaż był jeden — Miodowa Kora, czyli brat kotki. Szylkretka skierowała się ku niewielkiej wnęce pod gęstym krzewem, gdzie spał Stroczkowa Łapa. Uczeń medyka miał płytki sen; poruszył się, gdy tylko poczuł jej zapach, i uniósł głowę, a jego oczy natychmiast stały się czujne. Rysi Trop spojrzała się na dymnego, z wymuszonym uśmiechem zeskoczyła do niego, uginając się w łuk. Kocica ponownie zatrzepotała uszami, próbując nie dotknąć bolącego zęba.
— Boli mnie ząb, o tu — wymruczała. Niebieska otworzyła pysk, językiem wskazując bolące miejsce. Stroczkowa Łapa przyjrzał jej się uważnie, po czym skinął głową. Kocur sięgnął do skromnego zapasu ziół, wybierając twardy, ciemny kawałek kory. Kultystka przekręciła nieco łeb z obrzydzenia i wstrętu. Miała to żuć? Wolała już, żeby ten ząb jej wypadł, oszczędziłaby sobie bólu. Rudzielec podsunął jej korę pod łapy, poprawiając ją, jakby to miało zmienić jej smak… Ryś położyła po sobie uszy i z niesmakiem wysunęła język do przodu, mimo że jeszcze nie wzięła kory do pyska.
— To powinno pomóc na jakiś czas — mruknął Stroczkowa Łapa. Jednak szylkretka nadal nie była przekonana.
— Na jakiś czas? — prychnęła. Uczeń medyka skinął głową, podsuwając jej korę pod nos. Rysi Trop skinęła głową z niechęcią i odeszła, zanim zdążył powiedzieć coś więcej. Dzień już się zaczął, a obowiązki nie czekały na lepsze samopoczucie. Wojowniczka usiadła przed zwalonym pniakiem, mozolnie przewracając korę z boku na bok. W końcu kocica zdecydowała się pozbyć bólu, wzięła zioło do pyszczka, po czym zaczęła delikatnie je miętosić. Już po chwili poczuła ten cierpki i gorzki, nieprzyjemny smak dochodzący z czarnej olchy.
Pierwszym zadaniem były krzewy przeznaczone na legowiska. Rosły na obrzeżu obozu, tam, gdzie wiatr łatwiej wciskał się między gałęzie, a nocny chłód był najbardziej dokuczliwy. Rysi Trop zaczęła od usuwania suchych, ostrych gałązek. Łamała je z wyczuciem, odkładając na bok, a młode pędy uginała tak, by tworzyły niską, zwartą osłonę. W końcu do jej ciężkiej pracy dołączył się Miodowa Kora. Chociaż liliowy pręgus nie był na tyle uważny, a niezdarny jeszcze bardziej, to miło było spędzić z nim te ciche chwile. Kiedy skończyli, jej futro było przyprószone ziemią i resztkami liści. Wojownik miał całe futro posklejane, brudne i śmierdzące. Zażenowany odwrócił się do Rysiego Tropu, próbując ją tym ubrudzić. ”Nie tym razem” — pomyślała. W porę udało jej się wepchnąć brata do błota, wtedy ten wyglądał jak chodzące bagno.
— Muszę… Muszę się umyć — westchnął. Pożegnawszy się z siostrą, zniknął za pobliskimi paprociami, pozostawiając po sobie widoczne znaki. Niebieska otarła z czoła pot, rozciągnęła się i zdjęła liście z futra. Ryś opuściła obóz, przechodząc w głąb lasu, by zebrać materiały na posłania. Zrywała miękki mech z wilgotnych kamieni, wyciągała suche, ale sprężyste trawy z zacienionych miejsc, zbierała pióra pozostawione przez ptaki. I tak przez chwilę krzątała się jeszcze w krzewach, próbując nazbierać ładnych ozdób do swojego legowiska, bo przynajmniej to miało się wyróżniać. Podczas dalszej pracy ból zęba wracał falami. Czasem był ledwie wyczuwalny, czasem uderzał ostrzej, zmuszając ją do krótkiej przerwy. Rysi Trop oparła się o kamień, ciężko dysząc. Ponownie otarła pot z czoła, tym razem mocniejszy. Gdy słońce wspięło się wyżej, a las wypełnił się dźwiękami dnia, Rysi Trop wyruszyła na polowanie. Coś musiało odstresować ją po tej robocie, a polowanie zdawało się bywać odstresowujące. Kotka położyła po sobie uszy, napięła mięśnie, zniżając swoje ciało do ziemi. Wojowniczka starała się nie szurać brzuchem o podłoże, czy ogonem o krzewy. Wibrysy napinały się i rozluźniały się przy każdym kroku, co wprawiało szylkretkę w zakłopotanie. Wzięła wielki wdech, wydymuchując powietrze, zdążyła złapać kilka zapachów. Jednak to tylko zwietrzały zapach kuny, która uwiła sobie gniazdo w legowisku medyka. Dziwne, że jej woń dalej trzymała się na niektórych paprociach, czy gałązkach, które znajdowały się niedaleko obozu. Wtem kocica dostrzegła mysz, która wyszła z kryjówki zbyt daleko, zajęta zbieraniem nasion. Rysi Trop napięła mięśnie i dała susa prosto na zwierzątko. Myszka spłaszczyła uszy, jednak to była ostatnia rzecz, jaką zrobiła. Wtedy po lesie rozległ się pisk, co oznaczało, że zwierzyna bezwładnie leżała już w pysku Rysiego Tropu. Z łupem w pysku ruszyła z powrotem do obozu. Gdy dotarła na polanę, zauważyła, że koty zaczęły zbierać się bliżej środka. Niebieska odłożyła z dumą mysz na stertę, po czym rozejrzała się po obozie. Rozmowy cichły z każdą chwilą, a koty stawały się poważniejsze. Wtedy kultystka zauważyła rude, szylkretowe futro medyczki. Jarzębinowy Żar wzniosła się na niewielkim podwyższeniu, rozglądając się bacznie za czymś.
— Osetku — rzekła nagle. Z tłumu wywlókł się czarny, niewielki kocurek. Rysi Trop zmarszczyła pysk, próbując przypomnieć sobie, czy młodziak brał udział w ich ucieczce.
— Obiecaliśmy, że pomożemy ci zdobyć wojownicze doświadczenie. Tak więc, dołączając do naszych szeregów, musisz przyjąć nasze tradycje — zaczęła medyczka. ”Nasze?” — oburzyła się Ryś. Szylkretka ledwo co znała małego podkurcza, a zapewne ta sprawa była omawiana tylko między rudawą medyczką i brodatym wojownikiem.
— Osetku, od tej pory będziesz zwał się Ostową Łapą. Mglisty Sen zajmie się twoim treningiem. Jest jednym z najbardziej zaufanych kotów w tej grupie, dlatego liczę na to, że przekaże ci całą swoją wiedzę — ogłosiła. Rysi Trop wzdrygnęła się, patrząc się w kierunku czarnego przybłędy. On? Miał dołączyć do nich, tak po prostu? Na pyszczku małego czarno białego kocurka pojawił się uśmiech, który kultystka zamierzała zedrzeć od razu. Prędko wstała z miejsca, nie minęła chwila, a w obozie rozległ się krzyk. Szybciej niż dźwięk niebieskawa kocica przygwoździła czarnego do ziemi. Koło głowy, jedną łapą wbiła pazury w ziemię, uniemożliwiając mu ucieczkę.
— Proszę, puść mnie! — zajęczał, próbując ją odepchnąć.
— Rysi Tropie! Zejdź z niego — rozkazała Jarzębinowy Żar. Wojowniczka zaśmiała się, a jej źrenice zwęziły się w szparki.
— Nie widzicie tego? Ten mały jest szpiegiem! Pachnie dość znajomo, czemu ufamy pierwszym lepszym kotom, napotkanym na ścieżkach w lesie? — wymruczała. Delikatnie musnęła pazurem kociaka po pyszczku, a temu futro uniosło się do góry.
— Zrobisz mu krzywdę! — pisnęła Gałązka.
— Rysi Tropie, to nie jest zabawne! — chrząknął Porywisty Dąb. Nagle kocica poczuła jak coś lub ktoś chwyta jej łapę. Zmrużyła oczy i zobaczyła, jak Miodowa Kora przygważdża ją do drzewa.
— Nic ci nie jest? — Podbiegł Mglisty Sen do młodziaka. Ten trzęsąc się, pokiwał delikatnie głową.
— Rysi Tropie odbiło ci? To tylko zwykły kot! — wysyczała Jarzębina. Ryś warknęła w stronę Miodka, wyrywając się z jego uścisku. Położyła po sobie uszy, znikając w paprociach, a w ślad pobiegła za nią medyczka. Naburmuszona wojowniczka, z napiętym ciałem i sztywnym ogonem, chciała wdrapać się na drzewo. Jednak w ostatniej chwili, kocica poczuła ciężar na jej barkach, obracając się, zauważyła, jak Jarzębinowy Żar chwyta ją za futro. Rysi Trop zmrużyła brązowe oczy w szparki i przekręcając łeb.
— Żartujesz sobie ze mnie?! Rzuciłaś się na ucznia i myślisz, że pozwolę ci odejść jakby to była zabawa dla kociaków? — warknęła. Jej szylkretowe futro powoli podniosło się do góry, a wibrysy napierały do przodu.
— Naprawdę, powinnam wygnać cię z obozu. — Zagryzła zęby. — Od dziś będzie pilnować cię twój brat, Miodowa Kora — dokończyła.
— Nie rozumiesz! Przyjmujecie do nas każdego kota, ktoś może okazać się tym, który nas zdradzi i wetknie nam pazur w serce! — jęknęła niebieska.
— Wychodzi na to, że jeden z nas wbił nam pazur w serce — syknęła ruda.
— To nie podlega dyskusji, zrozumiałaś? — Medyczka z wyższością podniosła łeb do góry. Ryś pokiwała mozolnie głową, gryząc się w język. Zza krzewów dalej wystawały łby Miodowej Kory i Mglistego Snu, którzy pomagali ogłuszonemu Osetkowi. Medyczka dyskretnie skinęła im głową.
— Odmaszerować — powiedziała na odchodne Jarzębina, wracając do obozu. Kultystka cofnęła się kilka kroków do tyłu, próbując złapać oddech. Z każdym krokiem ciało szylkretki zaczynało się raz to bujać czy chwiać, próbując bezskutecznie utrzymać równowagę na wiotkich łapach. Oddech kocicy stawał się płytszy, a nabieranie powietrza było coraz trudniejsze.
— To ja pomogłam im uciec, powinni mi podkładać zwierzynę pod łapy… — pomyślała. Rysi Trop zaczęła ciałem podupadać na drzewa, jednak za każdym razem zadzierała nos, idąc dalej. Niestety dalej nie dała rady, zatrzymawszy się koło wielkiego dębu, Ryś oparła się dwiema łapami, szarpiąc mocno za korę. Po jej niebieskawych policzkach zaczęły spływać łzy, które głuchym echem odbijały się po lesie. Brązowe ślepce wojowniczki wciąż były szeroko otwarte, tak niebieska chciała pozbyć się małego wodospadu, który wylatywał z jej oczu. Kotka przełknęła gorzko ślinę, mrużąc oczy.
— Żaden z nich nie jest godzien miana przywódcy — oburzyła się. Odchyliła szeroko bark, zagryzła zęby i mocno uderzyła w drzewo, pozostawiając na nim ślady pazurów. Myśli szylkretki zaczynały buzować, a obraz zaczynał się powoli rozmazywać. Z braku sił ta położyła się przy paprociach, kuląc się bezradnie, kultystka zasłoniła swój pysk. Gdzieś zza barku wydobył się cichy szept, a szylkretka poczuła, jak coś dotyka jej ramienia. Z zaskoczenia jej futro nastroszyło się, a ta podniosła głowę. Źrenice rozszerzyły jej się, a ta próbowała znaleźć inną oznakę życia w lesie poza nią. Kolejny szept dobiegł do jej ucha, głucho rozbrzmiewając w jej bębenkach.
— Nie straciłam kontroli! — Skrzywiła pysk, machając łapami nad głową. — Teraz myślą, że jestem głupia — wysyczała.
— Nie jestem bezmyślna! Tylko ja z tej bandy straceńców poszłam po rozum do głowy! — chrząknęła. W końcu na pysku Rysiego Tropu pojawił się drobny złośliwy uśmieszek.
— Oj wiem jak im to pokazać… Przekonają się, że się mylili. To ja będę mieć rację… Pokażę wam, pokażę im — warknęła.
***
Blask księżyca dotarł do polany, na której obudziła się Rysi Trop. Gdy ta poczuła, jak jego blade i słabe promienie, powoli ostudzają jej zapał, była zmuszona do wstania. Myśli szylkretki buzowały, a wzrok rozmywał się i tłumił strach. Wojowniczka nawet nie pomyślała, jaką dostanie naganę od rudawej szylkretki, za rzucenie się na “ucznia”. Kocica otarła oczy, próbując, chociażby je zmrużyć. Wokół niej unosiła się nieprzyjemna woń, aż ta z obrzydzenia wystawiła język na wierzch. Kiedy udało jej się otworzyć oczy, niebieska znieruchomiała. Szkarłatna plama była rozlana po części polany, czy pobliskich krzewów. Ryś ruszyła się z miejsca, jednak poczuła, że na coś stanęła. Powąchała powietrze, lecz do jej nozdrzy dostawała się tylko krew. Jednakże po chwili kultystka znała prawdę. Niebiesko białe futro pokryte cieczą było rozluźnione, a ciało wiotkie. Gdzieś w nozdrzach kotki mogła pomylić to ze zgnilizną czy martwym królikiem. W umyśle Ryś kłębiła się pustka, bo ta nie potrafiła przypomnieć sobie ostatnich kilku godzin. Rysi Trop złapała się jedną łapą za głowę, próbując odetchnąć. Przed jej oczami pojawiły się mroczki, a ta wciąż była oszołomiona. Szylkretka rozejrzała się po polanie, gdzie dział się istny chaos. Do uszu kotki dobiegł cichy szelest w krzakach, po czym ta od razu podniosła uszy. Futro niebieskiej podniosło się do góry, ale po tajemniczych odgłosach nie było śladu. Wtem ta odwróciła się do ciała, które musiała uprzątnąć z polany. Ktoś mógł ją śledzić, bo kocica była największym tematem rozmów dla ich małej grupy. Dawno nie robiła no cóż… tak pasjonujących rzeczy. Z delikatnych obrzydzeniem chwyciła kota, wywracając go na drugą stronę. Oczy miał blade i przygaszone jakby śmierć wypleniła z niego całą energię. Jego cały brzuch był rozdarty, a z tej czarnej dziury dalej wylewała się czerwona i lepka ciecz. Wrzucenie go do rzeki nie było zbyt dobrą opcją, schowanie też nie. Szylkretka westchnęła, patrząc się na martwe ciało. Zbliżyła do niego, przełknęła ślinę i dotknęła pyskiem brzucha. Tam także nie czuła czegokolwiek, więc musiała zrobić to, co postanowiła. Ciało jej drżało, ale ego mówiło co innego. Przybliżając pysk do barków, kotka chwyciła za nie, wyrywając sporą ilość mięsa. Na jej pysku pojawił się sarkastyczny, paniczny i gorzki uśmieszek. Ugryzła mięso, co wydawało się dla niej obrzydliwe, ale kot był szczupły, co nie przysporzyło wojowniczce większych problemów. Z każdym oddechem, Ryś bała się, że puści pawia od tego wszystkiego. Zapomniała, że od morderstwa nie dało się tak łatwo uciec. Kiedy ciało było wystarczająco zmasakrowane, kocica schowała je w niedalekich paprociach. Przykryła jego zapach, smarując go błotem i dając pod skórę martwego ptaka. Jednak to nie wystarczyło szurniętej szylkretce. Ta zapragnęła zemsty, za zlekceważenie jej, a jak najlepiej wykorzystać kocie ciało? Niebieska wyjęła z ofiary wszystkie niezbędne „organy”, ta sama nie wiedziała jak je nazwać, bo nie była medyczką. Ze zmarszczkami, niepulsujące czy pokryte zbędną mazią. Rysi Trop z początku myślała, że to ślina, jednak się myliła. Po wyjęciu wszystkiego postanowiła wrócić do obozu, sprawić współklanowiczom malutką, drobniutką nagrodę za jakże bohaterski czyn. Porozrzucała po całym obozie kocie organy, raz jelita czy śledzionę. Na środku położyła niewielkie płuca, które mogły jeszcze oddychać. Wtem niebieska stanęła w progu legowiska medyka.
— Och i to mały prezencik, daj znać czy go znajdziesz — wymamrotała Rysi Trop. Rzuciła serce koło jego wejścia. Wróciła do strumienia, zmywając z siebie krew, pot i brud po całym dniu pracy. Bezszelestnie pobiegła do obozu tymczasowego, próbując nie zostawić po sobie żadnych śladów i zapachów. Co jej się udało, bo pachniała jak sterta ziół i roślin. Może nie była dumna, że zabiła i wypatroszyła ciało, zjadając jego część.
— Jednak jedno muszę przyznać, to świetna zabawa.
Wyleczeni: Rysi Trop
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz