Przeszłość
Kalinka wpatrywała się w przestrzeń przed sobą z wyraźnym zamyśleniem wymalowanym na mordce. Mroźne szpony Pory Nagich Drzew próbowały wedrzeć się do kociarni ze skowytem, aczkolwiek starannie wplecione gałązki i gęsta osłona w postaci krzewu uniemożliwiała im to, tym samym chroniąc przyszłe pokolenie Klanu Wilka przed pewną zgubą. Vanka nie mogła doczekać się, aż porozmawia z Trzcinniczkową Dziuplą, jej kochanym wujkiem. Kocur zawsze miał tak wiele historii do opowiedzenia, nie dało się przy nim nudzić. Wydawało się, że nigdy mu się nie kończyły. Jej oczy w pewnym momencie wykryły trójkolorowe, znajome jej futro. Do żłobka przyszła pewnym krokiem Ognikowa Słota, wyręczając Gąsiorkowy Trzepot, dzięki temu starsza vanka nie musiała spędzać z kociętami tak wiele czasu, a sama Słota mogła opowiadać im do woli o Miejscu, Gdzie Brak Gwiazd czy wspaniałości swojej lub swojej matki. Żółtooka odprowadziła delikatnie tęsknym wzrokiem rodzicielkę, która nawet się za nią nie obejrzała. Nieprzyjemne ukłucie pojawiło się w jej serduszku, próbowała je prędko zbyć. Nie mogła się jej dziwić, w końcu czwórka kociąt były lada wyzwaniem do opanowania, chociaż brązowookiej szło to dość sprawnie, jakby nie musiała nawet się wysilać. Kalinka rozumiała jednak, że jej mama nie była Słotą i mogły się od siebie różnić. To, co dla jednego było dziecinnie proste, dla drugiego mogło być nie do osiągnięcia czy zrobienia. Gdyby tylko Trzcinniczkowa Dziupla był w żłobku, a nie legowisku starszych… wtedy nie musiałaby się wymykać do niego, miałaby go bliżej i mogłaby słuchać jego historii do woli, w każdej chwili. Chociaż wtedy tych opowieści słuchałyby inne kocięta. Gruby, Chudy czy Noc. Nie była pewna, czy wujek chciałby rozmawiać też z nimi.
Kalinka poczuła, jak jakiś kociak w nią wpada. Nieprzyjemny dreszcz poniósł się po jej ciele. Odwróciła łeb w stronę Chudego, który albo zrobił to specjalnie, albo się zakręcił podczas zabawy ze swoimi braćmi. Vanka wstała ze swojego miejsca, patrząc na niego gniewnie.
— Nie wchodź mi w drogę! — warknął do niej, na co futro koteczki samo podniosło się do góry.
— To ty nie umiesz chodzić! — oburzyła się. Że też miał czelność to ją posądzać, kiedy sam zawinił! — Chudy… a wiesz, Ognikowa Słota mówiła, że ty cudem żyjesz i powinieneś dziękować Miejscu, Gdzie Brak Gwiazd — zagadnęła, patrząc na brązowego. Czy było w tym wiele z prawdy? To pewnie zależało od tego, w co się wierzyło.
— Głupoty. Wy kotki, wszystkie jesteście takie same — pokręcił głową, odwracając się niezdarnie i krocząc z powrotem do Nocy i Grubego. Żółtooka pokręciła głową ze zrezygnowaniem. Czemu liczyła na to, że przeprowadzi z nim sensowną rozmowę?
— Kalinko, jesteś? — usłyszała słowa wojowniczki, która prawie że magicznie pojawiła się tuż obok, owijając ją swoim puchatym ogonem. Szara podskoczyła ze zdziwienia, wysuwając pazurki. Podniosła łeb do góry, spoglądając na wysoką Wilczaczkę. Jej futerko stanęło dęba raz jeszcze, wygładziła je prędko, uśmiechając się lekko niezręcznie. Pokiwała głową, tym samym wydzierając siebie z zamyślenia.
— Tak… opowiesz mi coś? — zapytała wprost, układając się wygodnie na kruczoczarnych kosmykach kity kocicy. Może dzięki temu jakoś przestanie się zastanawiać co z Chudym, przynajmniej na chwilę.
Ognikowa Słota uśmiechnęła się do koteczki szeroko, jakby niewerbalnie przekazując jej: “nie musisz mnie dwa razy prosić”. Ognikowa Słota opowiadała jej zazwyczaj o tym samym, ubierając to w różne słowa, co żółtooka odkryła dość prędko. Zastanawiała się, czy było to spowodowane tym, że w życiu szylkretki nie działo się często tyle nowości, czy może był to specjalny zabieg, o którym jeszcze nie rozmyślała nadto. Mianowicie po co i czemu miałoby jej aż tak bardzo zależeć na tym, by zapamiętała nawet i najmniejsze szczegóły z jej opowieści?
Z drugiego końca żłobka do uszu małej vanki doleciały głośne pomiaukiwania Chudego, któremu wylizywano właśnie oczy. Zmrużyła własne ślepia z niezadowoleniem. Ognikowa Słota zniżyła się odrobinę, patrząc na pyszczek żółtookiej. Ucho Kalinki zadrżało, gdy zerknęła na szylkretkę.
— Nie przejmuj się nim, i tak nie pożyje długo, to po co? — miauknęła, uśmiechając się do niej lekko, jakby w formie pocieszenia.
Kalinka nie odpowiedziała na to nic, jedynie pokiwała delikatnie główką, chociaż wcale nie uważała, by Chudy miał odejść na dniach. Już tyle pożył, tak naprawdę to, czemu miałaby się cieszyć z tego? Owszem, może i nie przepadała za nim i miała go za po prostu… momentami głupszego, aczkolwiek nie oznaczało to, że nie zasługiwał na życie. Miał do niego, tak naprawdę, takie samo prawo co ona, i co każdy Wilczak. Pręgus jeszcze parę razy pociągnął nosem, wydając charczący, nieprzyjemny dla uszu dźwięk. Niebieska zmarszczyła pyszczek.
— Nie mogę się skupić! — powiedziała, przyciskając odrobinę ogon wojowniczki. Ognikowa Słota przysunęła młódkę bliżej siebie, kładąc jej na uszach łapy, jakby chciała jej je zatkać.
— Czy teraz coś słyszysz? — zapytała, chociaż sama Kalinka nie była pewna, czemu miało to służyć. Czy Słota chciała w ten sposób odwrócić jej uwagę od pobratymcy?
— Tak… ale wszystko jest teraz przygłuszone — powiedziała koteczka zgodnie z prawdą.
Chudy, usłyszawszy jej głosik, zbliżył się z grymasem na mordce. — Na czym ty się tak chcesz skupiać, panieneczko? Wszystko ci nie pasuje! Wiecznie masz jakieś zażalenia! — powiedział z oburzeniem, jeżąc sierść na karku.
Trójkolorowa wojowniczka odsunęła kocię odrobinę, śmiejąc mu się prosto w pysk.
— Idź sobie. Nie zasługujesz na to, żeby też się ode mnie uczyć.
— Będę robił, co się mnie podoba, nie zabronisz mi! Zresztą ja też chcę posłuchać, nie będę gorszy od niej! — zadarł mordkę do góry, marszcząc wklęsły nosek, pyskiem wskazując na vankę.
— Mi. Mówi się “co mi się podoba” — poprawiła go Kalinka, poruszając nerwowo ogonkiem.
Ognikowa Słota uniosła brodę wyżej, patrząc na niego z pogardą.
— Co za różnica… i tak nie pożyjesz długo, jesteś taki chudy, że mogę policzyć każdą twoją kość bez nadmiernego przyglądania się tobie. Karmią cię, jesz ty cokolwiek czy tylko wybrzydzasz? Jedyne, co cię okrywa, to skóra i te mierne futro, jakim cudem mróz cię jeszcze nie pochłonął? — pokręciła głową. — W porządku. Równie dobrze możesz na coś się przydać. Może przodkowie przyjmą nawet i ciebie. Słabego i niepotrzebnego. Może im będziesz potrzebny — doszła do wniosku, przekierowując wzrok z powrotem na Kalinkę, która także na nią spojrzała. Z jednej strony spodziewała się czegoś gorszego, a z drugiej wcale nie musiała podchodzić do całej tej sytuacji tak krytycznie. Nie, żeby robiło jej szczególną różnicę, ile kotów słuchało brązowookiej. To raczej było zmartwienie wojowniczki, bo to jej zależało, by jak najwięcej kotów dowiedziało się o “prawdzie”.
— Spójrz na siebie, ty, ty…! Eh, te kotki… — prychnął młodzik, oczywiście, że to on musiał mieć zawsze swoje na końcu. Chudy z usatysfakcjonowaniem, że udało mu się wygrać, ułożył głowę na łapkach, z dumnym uśmieszkiem, jakby zapomniał o swoim przed chwilowym poirytowaniem. Kalinka przewróciła oczami, wysuwając i chowając pazurki.
— Już się ucisz, kupo kości. Teraz ja mówię — Słota uderzyła łapą o posadzkę gniewnie, posyłając w powietrze parę piórek z legowiska obok. — Wiecie, czemu kocham zachmurzone niebo? Czuje się wtedy tak, jakbym była bliżej naszych przodków. Gwiazdy nie są nam bliskie. Mówi się, że każda gwiazda to jeden z kotów, który trafił na Srebrną Skórę — splunęła, marszcząc pysk. — Uważam, że nie zasługują na takie miejsce. Koty, które za życia nie osiągnęły absolutnie nic i nie przyczyniły się w żaden sposób do rozwoju klanu, do jego ulepszenia. Każdy leniwy i słaby kot może liczyć na swoje miejsce właśnie tam. Koty z ambicjami, o których opowiada się nowym pokoleniom, obserwują nas z Mrocznej Puszczy, podszeptując, jak moglibyśmy osiągnąć sukces. Co musimy robić, żeby nie skończyć jak te przebrzydłe kociska w Klanie Gwiazdy. Niekoniecznie objawiają się w swojej formie, ja uważam, że przemawiają przez naszych pobratymców, ale też nie zawsze. Musicie umieć rozróżnić, kiedy nasi przodkowie próbują wam coś przekazać — podjęła, oceniając ostrość własnych pazurów u przedniej łapy.
***
Teraźniejszość
Kalinowa Łapa szła pospiesznie za swoim mentorem, Kruczym Piórem. Na niebie rozciągały się łapy gęstych, gołębich chmur, które sprawiały, że wszystko wokół wydawało się bure i dość… smutne, nawet mimo zmiany pory roku. Chociaż sama Kalinowa Łapa nie czuła się smutna. Bardziej zmęczona, ponieważ odbywała codziennie długie oraz wyczerpujące treningi z dymnym wojownikiem, a on nie zamierzał jej odpuścić chociaż jednego dnia. Kocur twardym krokiem prowadził, przyjmując na siebie sporą część okrutnych podmuchów chłodnego wiatru Pory Nowych Liści. Drzewa iglaste stały tak, jak były, to się nie zmieniało. Ptaki ćwierkały między gałęziami w najlepsze, trawa kołysała się pod podmuchami, przygniatana miejscami przez łapy dwójki. Kalinowa Łapa potknęła się o wystającą gałąź, niemal wpadając na swojego mentora, który z jakiegoś powodu nagle się zatrzymał. Spojrzała na niego dużymi oczami.
— Patrz pod łapy, niezdaro — warknął, marszcząc nos. Wskazał jej pyskiem dziurę w ziemi. — Dzisiaj nauczysz się nawigowania w tunelach — miauknął, po czym zniknął we wgłębieniu. Końcówka jego ogona zawirowała, gdy dymne futro zanurkowało w mroku tunelu. Kalinowa Łapa weszła pospiesznie za nim.
Mokry, duszący zapach momentalnie uderzył w jej nos, wąsami ocierała się o jedną ze ścian. Dłuższą chwilę zajęło jej przyzwyczajenie się do półmroku, nie widziała tutaj wcale tak wiele, nie żeby było tu cokolwiek więcej oprócz ścian ze zbitej ziemi, które odwiedziło tak wiele pokoleń kotów, najprawdopodobniej. Ciekawe czy Trzcinniczkowej Dziupli również było dane kroczyć tą ścieżką? Czy Ognikowa Słota także musiała nauczyć się, jak nawigować w tunelach? Najprawdopodobniej. Może Gąsiorkowy Trzepot także? Młódka zastanawiała się, czy Wilczak opowie jej nieco więcej, jak mogłaby nauczyć się nawigowania, aczkolwiek to nie przychodziło. Dwójka zaczęła wspinać się po podłożu kierującym się ku górze, szara koteczka chwytała się ziemi pazurami, zatapiając je głęboko jakby z obawą, że małe osunięcie się może przynieść jej zgubę. Krucze Pióro nie czekał na nią i nawet jak musiał zacząć czołgać się, żeby przejść przez wąską odnogę, nie narzekał. Tak naprawdę nie mówił do swojej uczennicy w tej chwili nic, skupiony najbardziej na tym, by dotrzeć do miejsca, na którym mu zależało. Nieregularne spadki, krzywa powierzchnia i nieprzyjemnie trący sufit o grzbiet dodawał temu miejscu właśnie tego, czego można byłoby się spodziewać po tunelach. Kalinowa Łapa wkroczyła do czegoś w rodzaju jamy, do której nie docierało światło. Zaczęła schodzić w dół, krok w krok za starszym. Chłodna posadzka pod jej łapami najprawdopodobniej przybrała kolor mokrego błota, jednak nie wydawało się, żeby miało to być bardzo kłopotliwe dla dwójki. Błękitne oczy zastępcy zaświeciły w mroku.
— Kalinowa Łapo, teraz twoim zadaniem jest znaleźć wyjście. Nie obchodzi mnie, jak to zrobisz. Jeśli ci się uda, czyli wyjdziesz cała i to w dość szybkim czasie, zaliczę ci ten trening. Jeśli nie, to pozostaniesz tu na zawsze.
Kalinowej Łapie zrobiło się odrobinę niedobrze. Po chwili jednak stres zszedł z niej, jakby uświadomiła sobie, że denerwowanie się to najgorsze, co mogła w tej chwili zrobić. Wzięła parę głębokich wdechów, myśląc o wujku. Musiała stąd wyjść, pozostanie w tunelach, nie wchodziło nawet w grę!
— Oczywiście — miauknęła, próbując ukryć niepewność. Ciekawe czy sam Krucze Pióro użyje innego przejścia? Na pewno zorientowałby się, gdyby ruszyła tuż za nim, więc tego rozwiązania także nie mogła wykorzystać. Dymny kocur przeszedł obok niej, zanurzając się w przejściu, z którego tu przybyli. Kalinowa Łapa nie wiedziała, ile ma opcji, dlatego zaczęła dokładniej badać tunel. Wibrysy znacząco ułatwiały jej to zadanie. Już po jakimś czasie zorientowała się, że są przed nią równo trzy różne rozgałęzienia. Mogła wybrać tylko jeden z nich i nie wolno było jej pozwolić sobie na pomyłkę, ponieważ taka jedna rzecz mogła kosztować całe jej życie. Szara uczennica zbliżyła się do każdego, zaczynając od węchu, ponieważ wzrok całkowicie odpadał w tej sytuacji. Początkowo wydawało się, że każdy zapach jest taki sam, bez większej różnicy. Mokry, duszący, nieprzyjemny. Czuć było, że przepływ powietrza różnił się w tunelach. Koteczka nie zorientowała się, nawet kiedy zaczęła znaczyć pazurami jeden z kamieni, jakby w formie wyładowania nerwów. Kawałek mchu osunął się ze swojego domu, wpadając na łapy winnej zniszczeniom. Otarła się o niego jeszcze. Na pewno, jeśli coś by jej się stało, to ktoś poszedłby jej szukać, prawda? Dlatego dzięki temu może szybciej ją znajdą, jeśli cokolwiek niekorzystnego nastąpi. Po dłuższym zastanowieniu dokonała wreszcie wyboru. Zaczęła kierować się za intensywnym, leśnym zapachem – tak naprawdę wcale nie był intensywny, aczkolwiek żółtooka przekonana była, że to właśnie tym przejściem dotrze do wyjścia. Stęchlizna oraz wilgotna gleba towarzyszyły jej od początku, aż do samego końca. Pyłki i wszelkiego rodzaju kurz także nie działał na nią korzystnie. Kichnęła parokrotnie, czując, że tunel zaczyna raz jeszcze coraz bardziej się zwężać. Gdyby miała długie łapy, pewnie odczułaby to bardziej. Zastanawiało ją, czy Chuda Łapa lub Gruba Łapa zdążyli zapoznać się z tunelami i jeśli tak, to czy było to dla nich wyjątkowo nieprzyjemne – w końcu krótkie kufy absolutnie nie ułatwiały zadania w takim przypadku, raczej wręcz przeciwnie.
Szara uczennica zaczęła się czołgać, nawet i ona, zmuszona była teraz do zgięcia swoich łap. Gdy jej oczom ukazał się blady promyczek światła, miała ochotę przyspieszyć. Wiedziała jednak, że nie byłoby to mądre. W przypływach impulsu można było zrobić wiele głupot, których później się często żałowało. Uparcie parła naprzód, nie zwracając uwagi na stan swoich łap. Były mokre i całe brudne, ale najważniejszym teraz było to, żeby tylko stąd wyjść. Ogonem co chwilę dotykała podłoża, o brzuchu nawet nie chciała myśleć. Spod jej łap wydobywały się drobne kamyczki, pchnięte w tył przy każdym jej konkretniejszym ruchu. Światło oświetlało drogę koteczce. Gdy jej dwukolorowy łeb wyłonił się wreszcie, nabrała wielkiego oddechu, takiego, że aż płuca zaczęły ją lekko pobolewać. Wypuściła je z ulgą, orientując się, w jak paskudnym stanie było jej futro obecnie. Słońce chyliło się ku zachodowi, rzucając na koteczkę poprzerywane, pomarańczowe promyczki. Kalinowa Łapa czuła mokrą trawę pod sobą, musiało znowu padać. Wstała, rozglądając się dookoła. Otaczały ją dalej drzewa iglaste, zatem nie mogła przekroczyć granicy, na szczęście. Zaczęła iść w jednym z kierunków i już po jakimś czasie skojarzyła, gdzie się znalazła. Pewnym krokiem wróciła do obozu, czując, jak podmuchy wiatru przynoszą jej nieprzyjemny chłód, ale także i wysuszyły trochę jej kłosy, z których teraz odrywały się małe drobinki ziemi, było to dość nieprzyjemne. Czuła ogromną ulgę, że udało jej się stamtąd wydostać. Nawet jeśli inne koty mogły więcej ponarzekać… tak naprawdę powinna skupić się na sobie i na własnych uczuciach, a nie na tym, co mogły pomyśleć sobie o tym inne koty.
Zauważyła wśród kotów Krucze Pióro, który siedział na uboczu i jadł swój posiłek. Gdy kocur uniósł wzrok znad zwierzyny i dojrzał Kalinową Łapę, dał jej ruchem ogona znać, żeby do niego podeszła. Koteczka podreptała pospiesznie, ciekawa co powie jej za moment kocur.
— Jutro jeszcze poćwiczymy — mruknął. Ogon szarej kotki opadł. Naprawdę miał do powiedzenia tylko tyle? Żadne… “dobra robota”? “Gratulacje, udało ci się przeżyć”? Naprawdę nic z tego? Pokiwała głową, po czym odwróciła się na pięcie i ruszyła przed siebie. Gdy już miała wejść do legowiska starszych, dojrzała, że Chuda Łapa także zdążył wrócić ze swojego szkolenia. Pokręciła głową, po czym zbliżyła się do niego odrobinę. Może mogłaby się dowiedzieć, co dzisiaj robił. Ciekawe czy miał lepiej niż ona? Z Nadciągającym Pomrokiem, siostrą Ognikowej Słoty jako mentorką? Nie słyszała o drugiej szylkretce za wiele, wojowniczka chyba nigdy nie wspominała o swoim rodzeństwie dużo. Otworzyła pysk i gdy już miała coś mówić, niebieskooki ją wyprzedził.
— Błoto cię przytuliło? — zapytał, podnosząc pysk wysoko, patrząc na nią jakby z góry.
— Nasza piękna Kalinka nagle jest brudną, błotną Kalinką? Ojej. A wiesz, co słyszałem? Plotkę o tej więźniarce, Podstępnej Kłamczusze, podobno nas zdradziła, i to, że Wilczy Skowyt spotyka się z samotniczką, której nawet nie chce zaprosić do nas, do Klanu Wilka. Ale dla mnie to te wszystkie koty są żałosne. Nie mają swojego życia, tylko interesują się cudzym, ugh. A pogoda dzisiaj też fatalna, błoto wszędzie i mokro. Jak tu żyć…? — powiedział gorzko, uderzając nieco nerwowo patykowatym ogonem o podłoże.
Kalinowa Łapa zmarszczyła nos, robiąc następny krok do przodu. — Ciebie zaraz błoto przytuli! — powiedziała głośno, kładąc uszy po sobie. Usłyszała o plotkach, jednak to było za mało, żeby ją odciągnąć od jego wcześniejszych słów.
— Tylko nie podchodź do mnie, brudasie! — brązowy kocur wrzasnął niczym poparzony.
— Podejdę, jeśli mnie będziesz dalej denerwował! I żaden “brudasie” tylko “Kalinowa Łapo”, chociaż dla ciebie może nawet i pani Kalinowa Łapo — napuszyła sierść. — Ty zaraz się wytarzasz w błocie i cię nazwą Błotną Łapą! Zobaczymy, co wtedy zrobisz! — powiedziała, strzygąc wąsami.
Chudy najeżył resztki swojej sierści na karku. Machnął nerwowo ogonem i posłał kotce pełne gorzkiego wyrazu spojrzenie.
— Nie dotkniesz mnie, Brudna Łapo! — syknął, robiąc krok w tył. — Nie mam w planach kąpieli, pfff.
Kalinowa Łapa, nie mogąc dłużej tego słuchać, wzięła kawałek błota, lepiąc z niego niezgrabną kulkę, po czym cisnęła nią prosto w Chudą Łapę.
[2684 słowa, umiejętność nawigacji w tunelach]
<Chuda Łapo? A może raczej… Błotna Łapo?>
credit: .barwinek1138
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz