Liliowy dawno nie widział, by pysk wojowniczki rozpromienił się w jego obecności. Zazwyczaj kotka nie była zadowolona z faktu, że musiała przebywać w pobliżu swojego słabego syna, który nie spełniał jej oczekiwań. Czyżby dostała kamieniem w głowę? A może była już u schyłku życia i naszło ją na zmiany?
Wiciokrzew wzdrygnął się na tę myśl. Może i nie zawsze było mu po drodze z matką, jednak mimo wszystko szanował ją i był do niej przywiązany. W końcu to ona go wychowała; przez wiele księżyców była też jego jedyną rodziną i najbliższym kotem. Nie wyobrażał sobie życia bez niej, nawet jeśli mogłoby ono wyjść na lepsze. Bez Cierń nie byłby sobą. Nie miałby wspomnień z Osetkiem, nie przyjaźniłby się z Fruczakiem i nie doczekałby się własnych kociąt.
Z drugiej strony nie musiałby też z początku czuć wstydu przez swoje zainteresowanie ziołami. Nie musiałby zmuszać się do treningów na wojownika ani brać udziału w bitwie z sępem, podczas której stracił jedną z łap. Ale jak to się mówi – coś za coś, czyż nie?
Odwzajemnił uśmiech łysej kocicy, a w jego oczach pojawiła się iskra ciepła. Dobrze, że przynajmniej nie zamierzała traumatyzować Mistral i Świergotka. Może nawet chciała się odkupić za te wszystkie księżyce, przez które skrzywdziła Wiciokrzewa?
Nie był rzecz jasna w stanie wybaczyć jej wszystkiego do końca, lecz wciąż ją kochał. Zresztą nigdy nie przestał, choć ich relacja była bardzo zawiła i niezrozumiała – nawet dla niego. Kotka raz zachowywała się tak, jakby nie chciała mieć z nim do czynienia, lecz wtedy, gdy próbował połknąć trujące jagody, stała się wręcz innym kotem. Czasem zielonooki chciałby wejść do jej głowy, by usłyszeć wszystkie jej myśli i zrozumieć jej czyny – wiedział jednak, że to niemożliwe, a na zapytanie wprost było już za późno. Może powinien po prostu zapomnieć o przeszłości i cieszyć się teraźniejszością?
Dzień jak co dzień. Zaczął się bardzo niewinnie, bo od wizyty Sajgonu w lecznicy. Liliowy podał mu zioła na swędzącą infekcję, bo objawy czarnofutrego pasowały właśnie do niej. Nie było to nic nadzwyczajnego – Wiciokrzew w swoim życiu już nieraz miał okazję zmierzyć się z taką chorobą, a także wieloma innymi. Bycie uzdrowicielem naprawdę nieraz wzmacniało psychicznie kota. Liliowy musiał przyznać, że nawet już nie mdlał tak często na widok krwi i nie obrzydzała go ona tak bardzo, jak kiedyś. O ile oczywiście nie pojawiała się w tak ogromnych ilościach, jak wtedy, gdy Tramontana została zabita przez lisa…
Zielonooki wciąż pamiętał jej białe futro splamione szkarłatem i nieobecne, zmrużone ślepia. Nie był z nią co prawda silnie związany, przez co łatwiej było mu się pogodzić z jej śmiercią, ale znacznie bardziej martwił go stan Mistral i Świergotka. Czy kocięta będą w przyszłości pamiętać ten przeklęty dzień? Czy jako uczniowie będą budzić się w środku nocy, zalane zimnym potem, z majaczącym obrazem zakrwawionego ciała przed oczyma? Miał nadzieję, że nie. Kocur sam wiedział, jak to jest być świadkiem śmierci jako młody kot. Wciąż jeszcze pamiętał pochówek Gęgawy i desperackie próby uratowania Padliny, który na jego oczach przepadł w odmętach rwącej rzeki.
Nagle z tych rozmyślań wyrwał go znajomy głos. Wręcz bardzo znajomy.
— Hej, wujku! — przywitała się z nim Całunka, pogodnym krokiem wchodząc do lecznicy. W jej oczach błyszczał jednak ból.
Liliowy od razu zwrócił się w jej stronę, gotów podać jej jakieś zioła, by poczuła się lepiej. Była w końcu jego rodziną, a oprócz tego i pobratymcem, więc musiał się o nią troszczyć.
Czekoladowa przystanęła tuż przed nim, po czym złapała się za głowę i wydała z siebie ciche syknięcie. Tak stała przez chwilę, dopóki chwiejnie nie stanęła znów na równych łapach.
— Boli mnie głowa — oświadczyła, choć dla Wiciokrzewa było to już oczywiste.
Skinął głową i ruszył do składziku, by następnie wyciągnąć z niego pęd maliny. Podszedł z nim do szylkretki i położył przed jej łapami.
— Zje-zjedz. Powinno przejść — polecił.
Uczennica bez wahania chwyciła pęd w zęby i zaczęła go przeżuwać. Liliowy przyglądał się jej przez moment, po czym ponownie zwrócił się w stronę składziku – tym razem, by trochę go uporządkować. Wyciągając z niego zioła, zauważył, że niektóre z nich zmieszały się ze sobą i porozrzucane były po różnych kątach. Nie mógł pozwolić na to, by panował tu taki nieład! Świergot na pewno by się to nie podobało.
A mówiąc o Świergot – to właśnie na jej cześć został nazwany rudo-biały kocurek. Nosił imię Świergotek, choć jeszcze nie wiedział, co ono znaczy. Gdy tylko podrośnie razem z Mistral, opowie im o liliowej szamance. Była na tyle ważnym kotem w jego życiu, że należy jej się pamięć.
Pręgowany nawet nie zauważył, kiedy zaszło już słońce, a w lecznicy zaczęło robić się coraz ciemniej. Teraz skończył już porządki w składziku i od jakiegoś czasu leżał na swoim posłaniu, skupiając się na oddechu, by jego głowa nie zasnuła się nagle licznymi myślami. Było w miarę cicho – dopóki do uszu uzdrowiciela nie zaczęły docierać poddenerwowane szepty i rozgoryczone stęknięcia.
Zaalarmowany podniósł uszy na sztorc i szybko wygrzebał się z lecznicy, przedostając się na polanę, na której nagle zgromadził się niemal cały Owocowy Las. Zacisnął zęby i przedarł się przez tłum kotów stojących w okręgu.
I gdy wyszedł na sam przód, stanął jak wryty.
Tuż przed jego łapami leżało nieruchome ciało. Nie byle jakie, lecz kompletnie pozbawione futra i przyozdobione licznymi roślinami. Tylko jeden kot w Owocowym Lesie był tak wyjątkowy – a tym kotem była jego matka.
Serce momentalnie podeszło mu do gardła, a umysł wypełniła pustka.
Cierń… umarła?
Nie. Nie, nie. Nie mogła umrzeć. Przecież tylko spała, prawda? Na pewno spała. Na pewno zaraz otworzy oczy, ponarzeka na wszystkich, zacznie jojczyć. Tak jak miała w zwyczaju. Tak jak Wiciokrzew doświadczał tego już w przeszłości. Dlaczego tym razem miałoby być inaczej? Dlaczego akurat dziś miałaby już nigdy nie otworzyć swoich zielonych oczu?
Wyleczeni: Całunka, Sajgon
Wiciokrzew wzdrygnął się na tę myśl. Może i nie zawsze było mu po drodze z matką, jednak mimo wszystko szanował ją i był do niej przywiązany. W końcu to ona go wychowała; przez wiele księżyców była też jego jedyną rodziną i najbliższym kotem. Nie wyobrażał sobie życia bez niej, nawet jeśli mogłoby ono wyjść na lepsze. Bez Cierń nie byłby sobą. Nie miałby wspomnień z Osetkiem, nie przyjaźniłby się z Fruczakiem i nie doczekałby się własnych kociąt.
Z drugiej strony nie musiałby też z początku czuć wstydu przez swoje zainteresowanie ziołami. Nie musiałby zmuszać się do treningów na wojownika ani brać udziału w bitwie z sępem, podczas której stracił jedną z łap. Ale jak to się mówi – coś za coś, czyż nie?
Odwzajemnił uśmiech łysej kocicy, a w jego oczach pojawiła się iskra ciepła. Dobrze, że przynajmniej nie zamierzała traumatyzować Mistral i Świergotka. Może nawet chciała się odkupić za te wszystkie księżyce, przez które skrzywdziła Wiciokrzewa?
Nie był rzecz jasna w stanie wybaczyć jej wszystkiego do końca, lecz wciąż ją kochał. Zresztą nigdy nie przestał, choć ich relacja była bardzo zawiła i niezrozumiała – nawet dla niego. Kotka raz zachowywała się tak, jakby nie chciała mieć z nim do czynienia, lecz wtedy, gdy próbował połknąć trujące jagody, stała się wręcz innym kotem. Czasem zielonooki chciałby wejść do jej głowy, by usłyszeć wszystkie jej myśli i zrozumieć jej czyny – wiedział jednak, że to niemożliwe, a na zapytanie wprost było już za późno. Może powinien po prostu zapomnieć o przeszłości i cieszyć się teraźniejszością?
* * *
Dzień śmierci Cierń
Dzień jak co dzień. Zaczął się bardzo niewinnie, bo od wizyty Sajgonu w lecznicy. Liliowy podał mu zioła na swędzącą infekcję, bo objawy czarnofutrego pasowały właśnie do niej. Nie było to nic nadzwyczajnego – Wiciokrzew w swoim życiu już nieraz miał okazję zmierzyć się z taką chorobą, a także wieloma innymi. Bycie uzdrowicielem naprawdę nieraz wzmacniało psychicznie kota. Liliowy musiał przyznać, że nawet już nie mdlał tak często na widok krwi i nie obrzydzała go ona tak bardzo, jak kiedyś. O ile oczywiście nie pojawiała się w tak ogromnych ilościach, jak wtedy, gdy Tramontana została zabita przez lisa…
Zielonooki wciąż pamiętał jej białe futro splamione szkarłatem i nieobecne, zmrużone ślepia. Nie był z nią co prawda silnie związany, przez co łatwiej było mu się pogodzić z jej śmiercią, ale znacznie bardziej martwił go stan Mistral i Świergotka. Czy kocięta będą w przyszłości pamiętać ten przeklęty dzień? Czy jako uczniowie będą budzić się w środku nocy, zalane zimnym potem, z majaczącym obrazem zakrwawionego ciała przed oczyma? Miał nadzieję, że nie. Kocur sam wiedział, jak to jest być świadkiem śmierci jako młody kot. Wciąż jeszcze pamiętał pochówek Gęgawy i desperackie próby uratowania Padliny, który na jego oczach przepadł w odmętach rwącej rzeki.
Nagle z tych rozmyślań wyrwał go znajomy głos. Wręcz bardzo znajomy.
— Hej, wujku! — przywitała się z nim Całunka, pogodnym krokiem wchodząc do lecznicy. W jej oczach błyszczał jednak ból.
Liliowy od razu zwrócił się w jej stronę, gotów podać jej jakieś zioła, by poczuła się lepiej. Była w końcu jego rodziną, a oprócz tego i pobratymcem, więc musiał się o nią troszczyć.
Czekoladowa przystanęła tuż przed nim, po czym złapała się za głowę i wydała z siebie ciche syknięcie. Tak stała przez chwilę, dopóki chwiejnie nie stanęła znów na równych łapach.
— Boli mnie głowa — oświadczyła, choć dla Wiciokrzewa było to już oczywiste.
Skinął głową i ruszył do składziku, by następnie wyciągnąć z niego pęd maliny. Podszedł z nim do szylkretki i położył przed jej łapami.
— Zje-zjedz. Powinno przejść — polecił.
Uczennica bez wahania chwyciła pęd w zęby i zaczęła go przeżuwać. Liliowy przyglądał się jej przez moment, po czym ponownie zwrócił się w stronę składziku – tym razem, by trochę go uporządkować. Wyciągając z niego zioła, zauważył, że niektóre z nich zmieszały się ze sobą i porozrzucane były po różnych kątach. Nie mógł pozwolić na to, by panował tu taki nieład! Świergot na pewno by się to nie podobało.
A mówiąc o Świergot – to właśnie na jej cześć został nazwany rudo-biały kocurek. Nosił imię Świergotek, choć jeszcze nie wiedział, co ono znaczy. Gdy tylko podrośnie razem z Mistral, opowie im o liliowej szamance. Była na tyle ważnym kotem w jego życiu, że należy jej się pamięć.
Pręgowany nawet nie zauważył, kiedy zaszło już słońce, a w lecznicy zaczęło robić się coraz ciemniej. Teraz skończył już porządki w składziku i od jakiegoś czasu leżał na swoim posłaniu, skupiając się na oddechu, by jego głowa nie zasnuła się nagle licznymi myślami. Było w miarę cicho – dopóki do uszu uzdrowiciela nie zaczęły docierać poddenerwowane szepty i rozgoryczone stęknięcia.
Zaalarmowany podniósł uszy na sztorc i szybko wygrzebał się z lecznicy, przedostając się na polanę, na której nagle zgromadził się niemal cały Owocowy Las. Zacisnął zęby i przedarł się przez tłum kotów stojących w okręgu.
I gdy wyszedł na sam przód, stanął jak wryty.
Tuż przed jego łapami leżało nieruchome ciało. Nie byle jakie, lecz kompletnie pozbawione futra i przyozdobione licznymi roślinami. Tylko jeden kot w Owocowym Lesie był tak wyjątkowy – a tym kotem była jego matka.
Serce momentalnie podeszło mu do gardła, a umysł wypełniła pustka.
Cierń… umarła?
Nie. Nie, nie. Nie mogła umrzeć. Przecież tylko spała, prawda? Na pewno spała. Na pewno zaraz otworzy oczy, ponarzeka na wszystkich, zacznie jojczyć. Tak jak miała w zwyczaju. Tak jak Wiciokrzew doświadczał tego już w przeszłości. Dlaczego tym razem miałoby być inaczej? Dlaczego akurat dziś miałaby już nigdy nie otworzyć swoich zielonych oczu?
[*]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz