Czuł, że ostatnio obowiązki coraz bardziej go przygniatają. Zdawało mu się też, że czasem myli zioła albo zapomina o ich zastosowaniu. Tłumaczył to sobie zmęczeniem i szedł dalej, ale z tyłu głowy obawiał się, że kiedyś przez swój stan popełni błąd, przez który komuś stanie się krzywda. Mimo że te obawy nieustannie mu towarzyszyły, w ogóle nie miał odwagi podzielić się nimi z kimkolwiek innym. Bał się stracić posadę uzdrowiciela. Bał się, że jeśli powiedziałby komuś o swoim samopoczuciu, uznaliby go za niezdatnego do pełnienia swojej funkcji i zdegradowali do starszyzny. Nie chciał takiego losu — nie po tym, jak bardzo się natrudził, by znaleźć się w tym miejscu. Zbyt wiele stracił, by tak wcześnie odchodzić na emeryturę.
Po chwili zdał sobie sprawę, że nie odpowiedział Smudze. Zamrugał kilka razy, a potem posłał kocurowi słaby, przepraszający uśmiech.
— O-oczywiście, że mam — odparł, poruszając delikatnie wibrysami.
Czekoladowy wszedł głębiej do lecznicy, po czym przysiadł przed Wiciokrzewem.
— To świetnie, bo akurat chciałem poprosić o coś na ból głowy — mruknął, spoglądając na uzdrowiciela proszącym wzrokiem.
Wiciokrzew od razu skinął głową i sięgnął do składzika po liście malin, które następnie podał Smudze. Czekoladowy wojownik podziękował mu za pomoc i opuścił lecznicę.
Purchawka wciąż jeszcze zajmowała się swoimi pociechami w żłobku. Liliowy miał nawet okazję odwiedzić je i się im przyjrzeć. Znał ich imiona — Łza, Modrogończyk, Psianka i Zew. Wiedział także, że dwójka z nich już niedługo zostanie oddana do Klanu Burzy i zastanawiał się nad tym, czy ta sytuacja wpłynie jakkolwiek na Purchawkę. Kotka z całą pewnością kochała swoje potomstwo równie mocno, więc na pewno będzie jej smutno z powodu rozstania. Wiciokrzew miał nadzieję, że czarnofutra nie załamie się jednak i wciąż będzie w stanie pełnić funkcję szamanki. Pręgowany tylko odliczał dni do tego, aż Purchawka w końcu powróci do lecznicy i będzie pomagać kotom u jego boku. Miał też nadzieję, że może szamanka pomoże mu z treningiem Gołąbka, bo powoli szkolenie młodziaka zaczynało się dla niego robić męczące i zbyt ciężkie do udźwignięcia. Nie, żeby miał jakieś zażalenia wobec burego; po prostu nie był obecnie w najlepszym momencie swojego życia i wolałby nie mieć treningów na głowie.
Układał właśnie zioła w składziku, gdy jego uwagę zwróciły odgłosy kroków. Odwrócił głowę w tył, a jego oczom ukazała się szylkretowa kotka — Dereńka. Kuśtykała nieznacznie, a w jej oczach iskrzył niepokój, choć starała się go zamaskować uśmiechem.
— Cześć, Wiciokrzewie… — przywitała się z liliowym, widząc, że na nią spogląda. — Pewnie już zauważyłeś, że zrobiłam sobie coś z barkiem. Mam nadzieję, że to nic poważnego… — dodała, przechylając delikatnie głowę.
Pręgowany podszedł do Dereńki, a następnie dokładnie ją obejrzał. Gdy doszedł do wniosku, że bark kotki jest wybity, nastawił go, a następnie wziął ze składziku liście wierzby i dał je Dereńce na uśmierzenie bólu.
— Dziękuję ci — mruknęła szylkretka, jedną łapą będąc już poza lecznicą. — Poza tym słyszałam, że Lis skarżył się na ból brzucha. Chyba powinieneś pójść to sprawdzić… — doradziła mu, po czym zniknęła w promieniach słońca.
Faktycznie, dawno nie odwiedzał legowiska starszyzny, a niektórzy z nich nie byli w stanie tak sprawnie dojść do lecznicy. Nie wiedział, czemu tak odwlekał wizytę tam, choć… chyba miał pewne podejrzenia. Odkąd odbył tam rozmowę z Rokitnikiem i dowiedział się o losie Osetka, unikał legowiska starszyzny jak ognia. Sam nawet nie wiedział dlaczego, skoro nie było już w nim nikogo, kogo Wiciokrzew by się obawiał.
Uzdrowiciel zabrał ze składziku kilka ziół, które uważał, że mogą się przydać przy objawach Lisa, i prędko wybył z lecznicy, kierując się w stronę legowiska starszyzny. Nim jednak do niego wszedł, zatrzymał się w progu, czując, jak jego żołądek wywija fikołka. Momentalnie zrobiło mu się niedobrze, a przed oczami pojawiły się mroczki. Mimo to zmusił się do wejścia do środka i cichego przywitania się ze starszymi.
Skierował się w stronę rudej sylwetki, która kiwała się na boki.
— Sły-słyszałem, że bo-boli… cię… — wydukał, po czym zacisnął szczęki, starając się uspokoić.
Widział, że Lis zaczął coś do niego mówić, ale słowa wlatywały mu do głowy jednym uchem, a wylatywały drugim. W końcu Wiciokrzew uśmiechnął się tylko i podał rudemu trybulę, gdyż z tego, co zrozumiał, cierpiał on na niestrawność. Po tym zabrał swoje zapasy i wrócił do legowiska medyków.
Odłożył wszystko na miejsce i już chciał się kłaść, ponieważ jego zawroty głowy wciąż nie ustały, lecz do lecznicy wszedł kolejny kot. Tym razem była to bura zwiadowczyni — Jeżyna. Wyglądała na trochę zmęczoną, jej oczy były poniekąd nieobecne, a oddechy ciężkie.
— Wiciokrzewie… strasznie pali mnie w gardle — wyznała, siadając w końcu niedaleko wyjścia z lecznicy, jakby nie miała już więcej siły, by ustać. — Nie piłam nic od dłuższego czasu, a teraz jest tak ciepło, że chyba nie dam rady sama dojść do wodopoju… — dodała, kładąc po sobie uszy.
Liliowy zwrócił wzrok w stronę Mistral i Gołąbka, którzy odpoczywali na swoich posłaniach.
— H-hej… — mruknął do nich, zwracając na siebie ich uwagę. — Za-zaprowadzicie Jeżynę do rze-rzeki? Jest od-odwodniona, tak będzie naj-najszybciej — polecił.
Białofutra zielarka wraz z burym uczniem od razu zerwali się z posłań i wyprowadzili zwiadowczynię z lecznicy, udając się do wyjścia z azylu. Wiciokrzew odetchnął z ulgą, myśląc, że tym razem już uda mu się położyć i zasnąć, by odzyskać siły.
Jednak, och, jak bardzo się mylił…
Los bardzo chciał powstrzymać go od zaśnięcia, dlatego też zesłał mu do lecznicy Smugę. Liliowy czuł się już strasznie przytłoczony wszystkim, co wydarzyło się w przeciągu ostatnich minut, i najchętniej wygoniłby czekoladowego, ale na uzdrowiciela tak nie przystało, dlatego też wziął głęboki wdech i podszedł do kocura.
— Co takiego spro-sprowadza cię dziś do le-lecznicy? — zapytał, czując, jak piecze go pod skórą. Nie wiedział, czemu jego samopoczucie tak bardzo się pogorszyło przez tę chwilę, ale nie miał czasu na przemyślenia.
— Od kilku nocy cierpię na bezsenność, więc przyszedłem poprosić o kilka nasion maku — wyznał od razu.
Zielonooki nie miał nawet siły zastanawiać się nad tym, czy Smuga mówił prawdę, czy może kłamał. Zresztą, czemu miałby kłamać? Poza tym nasiona maku jeszcze nikomu nie zaszkodziły. Przynajmniej w zdrowych ilościach.
Właśnie dlatego uzdrowiciel sięgnął szybko po kilka czarnych nasion ze składziku i prędko wręczył je czekoladowemu, nie zerkając na nie nawet porządnie. Wojownik uśmiechnął się i od razu wziął do pyska przyniesione przez liliowego zioło.
Dużo… zioła.
Po chwili Smuga podziękował, odwrócił się i opuścił lecznicę.
Gdy znikał w wyjściu, obraz przed oczami Wiciokrzewa zawirował, a serce zaczęło mu bić na tyle mocno, że myślał, iż zaraz roztrzaska mu żebra i wyrwie się na zewnątrz. Zielonooki przeniósł wzrok na ziemię.
Czarne nasiona. Podobne do maku. Bardzo… podobne. Ale czy na pewno nim były? Kilka z nich wciąż leżało na podłodze lecznicy, sprawiając, że liliowy zaczął odczuwać silny niepokój.
Nie wiedział nawet, ile tak stał, wpatrując się tępo w nasiona. Z tego transu wyrwały go jednak wrzaski dobiegające z zewnątrz. Były pełne przerażenia i szoku. Wstrząsnęły ciałem uzdrowiciela, który wyrwał się z lecznicy, dokładnie tak, jakby ktoś przyłożył mu do skóry rozżarzony kamień. Wybiegając na środek azylu, zaczął rozglądać się dookoła, a wtedy dostrzegł Purpurę, który ciągnął ciało Smugi za skórę na karku.
Uzdrowiciel skupił wzrok na czekoladowym. Dostrzegł jego zabrudzony od wymiocin pysk, a także nieobecne spojrzenie uciekające gdzieś w dal. Wyglądał słabo, naprawdę słabo. Jakby od śmierci dzieliło go zaledwie kilka uderzeń serca.
— Wiciokrzewie, szybko, zrób coś! — krzyknął któryś z kotów.
Pręgowany chciał się poruszyć, ale nie był w stanie. Wciąż miał wzrok utkwiony w pysku Smugi, podczas gdy trybiki w jego głowie zaczynały powoli pracować.
Wkrótce do azylu wtargnęli Mistral i Gołąbek, zaalarmowani wrzaskami swoich pobratymców. Podbiegli do uzdrowiciela, zapewne wypytując go o całe zdarzenie. Liliowy wciąż jednak stał zagubiony i skonfundowany. W końcu białofutra zielarka syknęła coś sfrustrowana i pobiegła do lecznicy. Bury uczeń natomiast odprowadził Wiciokrzewa na ubocze azylu, widząc, że próby komunikacji z nim szły na marne.
W międzyczasie ciało Smugi zostało otoczone przez tłum przerażonych kotów.
Uzdrowiciel leżał na swoim posłaniu, zwinięty w ciasny kłębek. Czuł, że miał tyle spraw do przemyślenia, a mimo wszystko w jego głowie panowała kompletna pustka. Jakby była zasnuta mgłą. Jednocześnie miał wrażenie, że w lecznicy z jakiegoś powodu panuje napięta atmosfera. Znajdowali się w niej Mistral, a także Gołąbek i, o dziwo, Purchawka. Nad czymś się zastanawiali, lecz po jakimś czasie ich głosy ucichły, a zamiast tego do uszu liliowego doszły dźwięki zbliżających się kroków.
— Wiciokrzewie… — odezwała się Mistral.
Pręgowany drgnął nieznacznie i ociężale podniósł głowę.
— Co się stało wczoraj, w obozie? Dlaczego stałeś w bezruchu? Czy wiesz, że Smuga zmarł? — zaczęła go wypytywać ze zmarszczonymi brwiami. — Wciąż nie jesteśmy pewni, co takiego spowodowało jego nagłą śmierć, ale myślimy, że mógł się czymś zatruć. Jesteś uzdrowicielem; wiesz dobrze, że w takich przypadkach liczy się czas reakcji — dodała, próbując ukryć swój oskarżycielski ton, lecz z marnym skutkiem.
Uzdrowiciel zmrużył ślepia i położył uszy po sobie.
— W-wiem… — wydukał, po czym zwiesił głowę. — To… j-ja go… o-otrułem… — dodał, a mięśnie w jego ciele spięły się z nerwów.
— Co? Co… co ty wygadujesz? — oburzyła się Mistral. — Otrułeś go? Niby jak? Czym? Dlaczego? — drążyła, wyraźnie wstrząśnięta.
— P-przypadkiem… Ja… nie c-chciałem… — Jego głos łamał się co drugie słowo, a każde zdanie z coraz większym trudem opuszczało pysk. — Mia-miałem mu po-podać nasiona… m-maku…
Po chwili zdał sobie sprawę, że nie odpowiedział Smudze. Zamrugał kilka razy, a potem posłał kocurowi słaby, przepraszający uśmiech.
— O-oczywiście, że mam — odparł, poruszając delikatnie wibrysami.
Czekoladowy wszedł głębiej do lecznicy, po czym przysiadł przed Wiciokrzewem.
— To świetnie, bo akurat chciałem poprosić o coś na ból głowy — mruknął, spoglądając na uzdrowiciela proszącym wzrokiem.
Wiciokrzew od razu skinął głową i sięgnął do składzika po liście malin, które następnie podał Smudze. Czekoladowy wojownik podziękował mu za pomoc i opuścił lecznicę.
* * *
Teraźniejszość
TW: Śmierć
Układał właśnie zioła w składziku, gdy jego uwagę zwróciły odgłosy kroków. Odwrócił głowę w tył, a jego oczom ukazała się szylkretowa kotka — Dereńka. Kuśtykała nieznacznie, a w jej oczach iskrzył niepokój, choć starała się go zamaskować uśmiechem.
— Cześć, Wiciokrzewie… — przywitała się z liliowym, widząc, że na nią spogląda. — Pewnie już zauważyłeś, że zrobiłam sobie coś z barkiem. Mam nadzieję, że to nic poważnego… — dodała, przechylając delikatnie głowę.
Pręgowany podszedł do Dereńki, a następnie dokładnie ją obejrzał. Gdy doszedł do wniosku, że bark kotki jest wybity, nastawił go, a następnie wziął ze składziku liście wierzby i dał je Dereńce na uśmierzenie bólu.
— Dziękuję ci — mruknęła szylkretka, jedną łapą będąc już poza lecznicą. — Poza tym słyszałam, że Lis skarżył się na ból brzucha. Chyba powinieneś pójść to sprawdzić… — doradziła mu, po czym zniknęła w promieniach słońca.
Faktycznie, dawno nie odwiedzał legowiska starszyzny, a niektórzy z nich nie byli w stanie tak sprawnie dojść do lecznicy. Nie wiedział, czemu tak odwlekał wizytę tam, choć… chyba miał pewne podejrzenia. Odkąd odbył tam rozmowę z Rokitnikiem i dowiedział się o losie Osetka, unikał legowiska starszyzny jak ognia. Sam nawet nie wiedział dlaczego, skoro nie było już w nim nikogo, kogo Wiciokrzew by się obawiał.
Uzdrowiciel zabrał ze składziku kilka ziół, które uważał, że mogą się przydać przy objawach Lisa, i prędko wybył z lecznicy, kierując się w stronę legowiska starszyzny. Nim jednak do niego wszedł, zatrzymał się w progu, czując, jak jego żołądek wywija fikołka. Momentalnie zrobiło mu się niedobrze, a przed oczami pojawiły się mroczki. Mimo to zmusił się do wejścia do środka i cichego przywitania się ze starszymi.
Skierował się w stronę rudej sylwetki, która kiwała się na boki.
— Sły-słyszałem, że bo-boli… cię… — wydukał, po czym zacisnął szczęki, starając się uspokoić.
Widział, że Lis zaczął coś do niego mówić, ale słowa wlatywały mu do głowy jednym uchem, a wylatywały drugim. W końcu Wiciokrzew uśmiechnął się tylko i podał rudemu trybulę, gdyż z tego, co zrozumiał, cierpiał on na niestrawność. Po tym zabrał swoje zapasy i wrócił do legowiska medyków.
Odłożył wszystko na miejsce i już chciał się kłaść, ponieważ jego zawroty głowy wciąż nie ustały, lecz do lecznicy wszedł kolejny kot. Tym razem była to bura zwiadowczyni — Jeżyna. Wyglądała na trochę zmęczoną, jej oczy były poniekąd nieobecne, a oddechy ciężkie.
— Wiciokrzewie… strasznie pali mnie w gardle — wyznała, siadając w końcu niedaleko wyjścia z lecznicy, jakby nie miała już więcej siły, by ustać. — Nie piłam nic od dłuższego czasu, a teraz jest tak ciepło, że chyba nie dam rady sama dojść do wodopoju… — dodała, kładąc po sobie uszy.
Liliowy zwrócił wzrok w stronę Mistral i Gołąbka, którzy odpoczywali na swoich posłaniach.
— H-hej… — mruknął do nich, zwracając na siebie ich uwagę. — Za-zaprowadzicie Jeżynę do rze-rzeki? Jest od-odwodniona, tak będzie naj-najszybciej — polecił.
Białofutra zielarka wraz z burym uczniem od razu zerwali się z posłań i wyprowadzili zwiadowczynię z lecznicy, udając się do wyjścia z azylu. Wiciokrzew odetchnął z ulgą, myśląc, że tym razem już uda mu się położyć i zasnąć, by odzyskać siły.
Jednak, och, jak bardzo się mylił…
Los bardzo chciał powstrzymać go od zaśnięcia, dlatego też zesłał mu do lecznicy Smugę. Liliowy czuł się już strasznie przytłoczony wszystkim, co wydarzyło się w przeciągu ostatnich minut, i najchętniej wygoniłby czekoladowego, ale na uzdrowiciela tak nie przystało, dlatego też wziął głęboki wdech i podszedł do kocura.
— Co takiego spro-sprowadza cię dziś do le-lecznicy? — zapytał, czując, jak piecze go pod skórą. Nie wiedział, czemu jego samopoczucie tak bardzo się pogorszyło przez tę chwilę, ale nie miał czasu na przemyślenia.
— Od kilku nocy cierpię na bezsenność, więc przyszedłem poprosić o kilka nasion maku — wyznał od razu.
Zielonooki nie miał nawet siły zastanawiać się nad tym, czy Smuga mówił prawdę, czy może kłamał. Zresztą, czemu miałby kłamać? Poza tym nasiona maku jeszcze nikomu nie zaszkodziły. Przynajmniej w zdrowych ilościach.
Właśnie dlatego uzdrowiciel sięgnął szybko po kilka czarnych nasion ze składziku i prędko wręczył je czekoladowemu, nie zerkając na nie nawet porządnie. Wojownik uśmiechnął się i od razu wziął do pyska przyniesione przez liliowego zioło.
Dużo… zioła.
Po chwili Smuga podziękował, odwrócił się i opuścił lecznicę.
Gdy znikał w wyjściu, obraz przed oczami Wiciokrzewa zawirował, a serce zaczęło mu bić na tyle mocno, że myślał, iż zaraz roztrzaska mu żebra i wyrwie się na zewnątrz. Zielonooki przeniósł wzrok na ziemię.
Czarne nasiona. Podobne do maku. Bardzo… podobne. Ale czy na pewno nim były? Kilka z nich wciąż leżało na podłodze lecznicy, sprawiając, że liliowy zaczął odczuwać silny niepokój.
Nie wiedział nawet, ile tak stał, wpatrując się tępo w nasiona. Z tego transu wyrwały go jednak wrzaski dobiegające z zewnątrz. Były pełne przerażenia i szoku. Wstrząsnęły ciałem uzdrowiciela, który wyrwał się z lecznicy, dokładnie tak, jakby ktoś przyłożył mu do skóry rozżarzony kamień. Wybiegając na środek azylu, zaczął rozglądać się dookoła, a wtedy dostrzegł Purpurę, który ciągnął ciało Smugi za skórę na karku.
Uzdrowiciel skupił wzrok na czekoladowym. Dostrzegł jego zabrudzony od wymiocin pysk, a także nieobecne spojrzenie uciekające gdzieś w dal. Wyglądał słabo, naprawdę słabo. Jakby od śmierci dzieliło go zaledwie kilka uderzeń serca.
— Wiciokrzewie, szybko, zrób coś! — krzyknął któryś z kotów.
Pręgowany chciał się poruszyć, ale nie był w stanie. Wciąż miał wzrok utkwiony w pysku Smugi, podczas gdy trybiki w jego głowie zaczynały powoli pracować.
Wkrótce do azylu wtargnęli Mistral i Gołąbek, zaalarmowani wrzaskami swoich pobratymców. Podbiegli do uzdrowiciela, zapewne wypytując go o całe zdarzenie. Liliowy wciąż jednak stał zagubiony i skonfundowany. W końcu białofutra zielarka syknęła coś sfrustrowana i pobiegła do lecznicy. Bury uczeń natomiast odprowadził Wiciokrzewa na ubocze azylu, widząc, że próby komunikacji z nim szły na marne.
W międzyczasie ciało Smugi zostało otoczone przez tłum przerażonych kotów.
* * *
— Wiciokrzewie… — odezwała się Mistral.
Pręgowany drgnął nieznacznie i ociężale podniósł głowę.
— Co się stało wczoraj, w obozie? Dlaczego stałeś w bezruchu? Czy wiesz, że Smuga zmarł? — zaczęła go wypytywać ze zmarszczonymi brwiami. — Wciąż nie jesteśmy pewni, co takiego spowodowało jego nagłą śmierć, ale myślimy, że mógł się czymś zatruć. Jesteś uzdrowicielem; wiesz dobrze, że w takich przypadkach liczy się czas reakcji — dodała, próbując ukryć swój oskarżycielski ton, lecz z marnym skutkiem.
Uzdrowiciel zmrużył ślepia i położył uszy po sobie.
— W-wiem… — wydukał, po czym zwiesił głowę. — To… j-ja go… o-otrułem… — dodał, a mięśnie w jego ciele spięły się z nerwów.
— Co? Co… co ty wygadujesz? — oburzyła się Mistral. — Otrułeś go? Niby jak? Czym? Dlaczego? — drążyła, wyraźnie wstrząśnięta.
— P-przypadkiem… Ja… nie c-chciałem… — Jego głos łamał się co drugie słowo, a każde zdanie z coraz większym trudem opuszczało pysk. — Mia-miałem mu po-podać nasiona… m-maku…
Przepraszam, Smugo…
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz