Przeszłość
Wiciokrzew spiął mięśnie na myśl o czarno-białym kocurze. Od razu poczuł, jak żal ścisnął mu serce. Jak mógł pozwolić na to, by uczeń tak po prostu zniknął? Bez żadnego śladu? Wydawać by się mogło, że po prostu rozpłynął się w powietrzu. Zniknął tak niespodziewanie, jak się pojawił. W końcu liliowy był równie zdziwiony, gdy natknął się na samotnego kociaka na terenach Owocowego Lasu, jak wtedy, gdy ten nagle zniknął.
Teraz postanowił wstać z posłania. Zerwał się z niego i bez słowa zaczął kuśtykać do wyjścia z obozu, tak roztargniony, że zapomniał zabrać ze sobą podstawowe zioła. Mógł się tylko modlić o to, że poród Tramontany przebiegł łagodnie, a kotka okaże się zdrowa. Szedł tam na tyle prędko, że po jakimś czasie zaczął słyszeć dudnienie swojego serca w uszach. Nie zatrzymywał się jednak – był zdeterminowany, by dotrzeć do białofutrej dosyć szybko. Nie polował nawet na nic po drodze, gdyż stwierdził, że zrobi to już po zobaczeniu kociąt.
Wkrótce przed jego oczami zaczął pojawiać się zarys wejścia do nory, w której tymczasowo przyszło żyć Tramontanie. Do tego czasu bardzo się zmęczył tym szybkim tempem, ale mimo wszystko nie zwalniał, aż dopóki nie stanął w progu schronienia. Białofutra żyła w starej, opuszczonej lisiej norze, która w głównej mierze znajdowała się pod ziemią. Liliowy wszedł do niej ostrożnie, zanurzając się w półmroku. I wtedy ją dostrzegł. Samotniczka o białym futrze wpatrywała się w niego swoimi błękitnymi ślepiami, a obok jej brzucha spokojnie spała dwójka latorośli. Jedna z nich wyglądała niemal tak jak jej matka, druga zaś była rudo-biała. Żadne z kociąt nie wyglądało podobnie do Wiciokrzewu. Liliowy uśmiechnął się na tę myśl.
— Jak je na-nazwałaś? — zapytał uzdrowiciel, poruszając powoli wibrysami.
Samotniczka przejechała językiem po główce białofutrej koteczki.
— Tę nazwałam Mistral. To dla mnie bardzo ważne imię… — wyjaśniła, a potem spojrzała na łaciatego kocurka. — Ten… nie ma imienia, bo chciałam, byś ty go nazwał. Żebyśmy mieli po tobie jakąś pamiątkę — zaśmiała się, po czym wróciła spojrzeniem do Wiciokrzewu.
Liliowy nie musiał się długo zastanawiać.
— To mo-może… Świergotek?
Gdzieś między odwiedzinami Tramontany musiał jeszcze zmieścić czas na obowiązki w Owocowym Lesie. Porządkował składzik z ziołami, wyrzucając z niego te wysuszone czy gnijące. Było już coraz cieplej, kwiaty zakwitały. Nie minie dużo czasu, nim uzupełnią zapasy nowymi, świeżymi roślinami. Dawało mu to nadzieję, pocieszało go to. Mimo że stracił tak bliskiego mu kota, starał się nie zaniedbywać zdrowia swoich pobratymców. Właściwie… to nawet czuł się trochę dumny z siebie, że przez większość dni był w stanie podnieść się z posłania i pomagać Purchawce i Porankowi.
Gdy tak siedział i układał zioła, nagle do lecznicy wszedł inny kot. Wnętrze od razu wypełniło się zapachem samotnika, przez co Wiciokrzew zjeżył futro i gwałtownie odwrócił głowę w stronę przybysza. Okazał się nim Jaskier, przez co kamień spadł mu z serca.
— Ach, przepraszam, że cię wystraszyłem. Chciałem tylko zapytać, czy nie macie trochę aksamitki, bo wdała mi się infekcja w ranę… — wyjaśnił, podchodząc do uzdrowiciela.
— Ma-mamy — oznajmił zielonooki, po czym przyjrzał się składzikowi. Po chwili wyciągnął z niego pomarańczowe kwiecie i wręczył je samotnikowi. — Poradzisz so-sobie?
Jaskier uśmiechnął się i odparł:
— Oczywiście.
Powiedziawszy to, chwycił roślinę w zęby i udał się do wyjścia z obozu.
To już pewnie ostatnie spotkanie, jakie odbędzie z Tramontaną. Kocięta powinny być już teraz na tyle duże, by przeżyć podróż na dalsze tereny. Czuł się dziś wyjątkowo spokojny; gotowy, by wyruszyć do białofutrej i się z nią pożegnać. Miał tylko nadzieję, że będzie im się dobrze powodzić, że znajdą jakiś przytulny zakątek i będą żyć pod dostatkiem. Nawet cieszył się z tego, że mógł się do czegoś przydać i pomóc tej samotniczce znaleźć szczęście. Przynajmniej ona będzie mogła spoglądać na swoje potomstwo i cieszyć się z tego, że są przy niej. Nie będzie się też już musiała martwić o to, kto zajmie się nią na starość, bo przy swoim boku będzie miała Mistral i Świergotka.
Wiciokrzew zdecydował się nie zwlekać. Spokojnym krokiem zaczął dreptać w stronę wyjścia z obozu, gdy nagle zatrzymał go Ziemniak.
— Hej, dokąd się wybierasz?! — zaczepił go, stając mu na drodze. — Nie zasługujesz na spacerki wśród śpiewu ptaków i promyczków słońca — zakpił czekoladowy, przewracając oczami.
Wiciokrzew poczuł się zakłopotany. O co mu znowu chodziło? Co tym razem zrobił?
— Pu-puść mnie… — wymamrotał, kładąc po sobie uszy.
— Albo co? — fuknął wojownik. — Jesteś słaby! Nic mi nie zrobisz, mysia strawo! Nie potrafisz się nawet przełamać i wyleczyć Rokitnika, bo się go boisz! — mówił złośliwie, szczerząc zęby.
— O czym ty mó-mówisz…?
— Nie udawaj głupszego, niż jesteś! Purchawka musiała się zająć Rokitnikiem, bo tobie nie chciało się tyłka ruszyć, by podać mu jakieś zioła! — miauknął z wyrzutem, patrząc na uzdrowiciela z takim jadem, że można by go pomylić z wężem. — W ogóle nie dbasz o członków Owocowego Lasu! I ty się dziwisz, że Osetek uciekł?
Liliowy zagryzł zęby na swoim języku tak mocno, że chwilę potem poczuł metaliczny posmak krwi rozpływający mu się po podniebieniu.
— Dosyć te-tego… — wymamrotał, próbując wyminąć wojownika. Ten jednak złapał go za ogon, nie pozwalając wyjść. Zielonooki zamarł w miejscu i dopiero wtedy czekoladowy go puścił.
— Lepiej podaj mi zioła na swędzenie, zamiast się szlajać niepotrzebnie po terenach Owocowego Lasu! — zażądał Ziemniak.
Kocur wiedział, że jeśli nie da czekoladowemu tego, czego chce, ten mu nie odpuści. Nie miał wyboru; musiał się zgodzić.
Ruchem głowy wskazał na lecznicę, po czym powoli zaczął kuśtykać w jej stronę. Głowę miał zwieszoną, a humor doszczętnie zniszczony. Ten dzień zapowiadał się dobrze, ale teraz liliowy stracił całą motywację do czegokolwiek. Gdy wszedł do legowiska, szybko wyjął ze składziku korzeń żywokostu, przeżuł go na papkę i nałożył ją na zaczerwienione miejsca na skórze Ziemniaka.
— Jeśli mi nie przejdzie, zwalam to na twoją nieumiejętność! — rzucił czekoladowy, wychodząc na zewnątrz.
Zielonooki wpatrywał się za nim, a gdy ten zniknął, obserwował tępo punkt przed sobą. Nie wiedział, ile czasu spędził w bezruchu, ale wkrótce niebo zaczęło różowieć. Pojawiły się na nim również przebłyski pomarańczowego i żółtego.
“Tramontana… Czeka na mnie” – pomyślał, a w jego oczach wezbrały się łzy.
Musiał iść. Musiał się w końcu poruszyć. Nie mógł zawieść białofutrej kotki.
W końcu zmusił swoje ciało do wstania, a potem do powłóczenia się ku wyjściu z azylu. Jego kroki były powolne; kocur wyglądał, jakby w każdej chwili mógł się załamać i upaść na ziemię. A mimo to nie pozwolił na to, by ktokolwiek mu pomagał. W ciszy opuścił obóz.
Gdy dotarł na miejsce, od razu jego uwagę przykuły plamy krwi przy wejściu. Serce podeszło mu do gardła, a umysł na moment zaszedł mgłą. Miał wrażenie, że zaraz zwymiotuje albo, co gorsza… zemdleje. Postanowił jednak nie martwić się na zapas. “Może to krew zwierzyny, tak?” – próbował się uspokoić.
Wziął głęboki wdech, ale całe jego ciało drżało. Jego łapy wciąż się trzęsły, gdy wślizgiwał się do lisiej nory, gdzie powinna czekać na niego Tramontana…
Jednak od razu, gdy wsadził do niej głowę, w jego nozdrza uderzył silny, duszący zapach krwi, zmieszany z wonią lisa. Zamrugał kilkakrotnie, próbując przyzwyczaić się do ciemności, aż w końcu jego oczom ukazało się zmasakrowane ciało samotniczki.
Futro, które niegdyś było piękne, aksamitne i śnieżnobiałe, teraz było postrzępione i lepkie od szkarłatu.
— Tra-Tra-Tramont… — odezwał się, lecz głos ugrzązł mu w gardle.
Ciało, które przed nim leżało, w niczym nie przypominało tej kotki, którą znał. Upadł przy niej, łapami oplatając jej krwawiącą szyję. Dopiero wtedy kątem oka dostrzegł dwa skulone kocięta, przyciśnięte do siebie w rogu nory.
Wzrokiem prześledził sylwetkę Tramontany. Jej bok wciąż ledwo zauważalnie unosił się i opadał. Jedno zmrużone oko nagle poruszyło się i spojrzało prosto na niego.
— A-a-ale… j-jak… j-j-jak to… — mamrotał, czując, jak jego serce bije na tyle mocno, że mogłoby mu zaraz połamać wszystkie kości, byleby tylko wydostać się na zewnątrz.
Spojrzał w bok, na dwójkę żywych kociaków. Jego wzrok zatrzymał się na młódce tak podobnej do matki. Wpatrywała się w niego szeroko otwartymi oczami, nie rozumiejąc, co dzieje się wokół niej. Wyglądała, jakby oczekiwała, że kocur zapewni ją, że wszystko będzie dobrze. Ale Wiciokrzew w tym momencie nawet sobie nie potrafił obiecać, że poradzi sobie z tą sytuacją.
Wrócił do obozu bardzo późnym wieczorem. W pysku niósł jedno kocię, natomiast na jego grzbiecie spoczywało drugie. Jego łapy były bordowe od zaschniętej krwi, a spojrzenie zmęczone i niemal nieobecne. Nawet nie myślał o tym, jak wytłumaczy się przed pobratymcami. Wiedział tylko, że te dzieci od dzisiaj muszą zamieszkać w Owocowym Lesie. Tu będą bezpieczne. Nie wiedział nawet, czy zamierza brać udział w ich wychowaniu, ale coś mu podpowiadało, że nie zostawi ich pod opieką kogoś obcego. To w końcu jego własne potomstwo. Biologiczne. Miał teraz szansę, by nie popełnić tych samych błędów co przy Osetku. Mógł zająć się tymi dziećmi i już nigdy nie pozwolić nikomu na to, by zostały mu odebrane.
Po przekroczeniu progu azylu od razu nagromadziły się wokół niego zaciekawione, ale i nieco przerażone koty. Uzdrowicielowi udało się jedynie odłożyć kocięta na ziemię, lecz zaraz potem jego obraz zaszedł czernią.
Stracił przytomność.
Wyleczeni: Jaskier, Rokitnik, Ziemniak
Wkrótce przed jego oczami zaczął pojawiać się zarys wejścia do nory, w której tymczasowo przyszło żyć Tramontanie. Do tego czasu bardzo się zmęczył tym szybkim tempem, ale mimo wszystko nie zwalniał, aż dopóki nie stanął w progu schronienia. Białofutra żyła w starej, opuszczonej lisiej norze, która w głównej mierze znajdowała się pod ziemią. Liliowy wszedł do niej ostrożnie, zanurzając się w półmroku. I wtedy ją dostrzegł. Samotniczka o białym futrze wpatrywała się w niego swoimi błękitnymi ślepiami, a obok jej brzucha spokojnie spała dwójka latorośli. Jedna z nich wyglądała niemal tak jak jej matka, druga zaś była rudo-biała. Żadne z kociąt nie wyglądało podobnie do Wiciokrzewu. Liliowy uśmiechnął się na tę myśl.
— Jak je na-nazwałaś? — zapytał uzdrowiciel, poruszając powoli wibrysami.
Samotniczka przejechała językiem po główce białofutrej koteczki.
— Tę nazwałam Mistral. To dla mnie bardzo ważne imię… — wyjaśniła, a potem spojrzała na łaciatego kocurka. — Ten… nie ma imienia, bo chciałam, byś ty go nazwał. Żebyśmy mieli po tobie jakąś pamiątkę — zaśmiała się, po czym wróciła spojrzeniem do Wiciokrzewu.
Liliowy nie musiał się długo zastanawiać.
— To mo-może… Świergotek?
* * *
Gdy tak siedział i układał zioła, nagle do lecznicy wszedł inny kot. Wnętrze od razu wypełniło się zapachem samotnika, przez co Wiciokrzew zjeżył futro i gwałtownie odwrócił głowę w stronę przybysza. Okazał się nim Jaskier, przez co kamień spadł mu z serca.
— Ach, przepraszam, że cię wystraszyłem. Chciałem tylko zapytać, czy nie macie trochę aksamitki, bo wdała mi się infekcja w ranę… — wyjaśnił, podchodząc do uzdrowiciela.
— Ma-mamy — oznajmił zielonooki, po czym przyjrzał się składzikowi. Po chwili wyciągnął z niego pomarańczowe kwiecie i wręczył je samotnikowi. — Poradzisz so-sobie?
Jaskier uśmiechnął się i odparł:
— Oczywiście.
Powiedziawszy to, chwycił roślinę w zęby i udał się do wyjścia z obozu.
* * *
tw: krew
Wiciokrzew zdecydował się nie zwlekać. Spokojnym krokiem zaczął dreptać w stronę wyjścia z obozu, gdy nagle zatrzymał go Ziemniak.
— Hej, dokąd się wybierasz?! — zaczepił go, stając mu na drodze. — Nie zasługujesz na spacerki wśród śpiewu ptaków i promyczków słońca — zakpił czekoladowy, przewracając oczami.
Wiciokrzew poczuł się zakłopotany. O co mu znowu chodziło? Co tym razem zrobił?
— Pu-puść mnie… — wymamrotał, kładąc po sobie uszy.
— Albo co? — fuknął wojownik. — Jesteś słaby! Nic mi nie zrobisz, mysia strawo! Nie potrafisz się nawet przełamać i wyleczyć Rokitnika, bo się go boisz! — mówił złośliwie, szczerząc zęby.
— O czym ty mó-mówisz…?
— Nie udawaj głupszego, niż jesteś! Purchawka musiała się zająć Rokitnikiem, bo tobie nie chciało się tyłka ruszyć, by podać mu jakieś zioła! — miauknął z wyrzutem, patrząc na uzdrowiciela z takim jadem, że można by go pomylić z wężem. — W ogóle nie dbasz o członków Owocowego Lasu! I ty się dziwisz, że Osetek uciekł?
Liliowy zagryzł zęby na swoim języku tak mocno, że chwilę potem poczuł metaliczny posmak krwi rozpływający mu się po podniebieniu.
— Dosyć te-tego… — wymamrotał, próbując wyminąć wojownika. Ten jednak złapał go za ogon, nie pozwalając wyjść. Zielonooki zamarł w miejscu i dopiero wtedy czekoladowy go puścił.
— Lepiej podaj mi zioła na swędzenie, zamiast się szlajać niepotrzebnie po terenach Owocowego Lasu! — zażądał Ziemniak.
Kocur wiedział, że jeśli nie da czekoladowemu tego, czego chce, ten mu nie odpuści. Nie miał wyboru; musiał się zgodzić.
Ruchem głowy wskazał na lecznicę, po czym powoli zaczął kuśtykać w jej stronę. Głowę miał zwieszoną, a humor doszczętnie zniszczony. Ten dzień zapowiadał się dobrze, ale teraz liliowy stracił całą motywację do czegokolwiek. Gdy wszedł do legowiska, szybko wyjął ze składziku korzeń żywokostu, przeżuł go na papkę i nałożył ją na zaczerwienione miejsca na skórze Ziemniaka.
— Jeśli mi nie przejdzie, zwalam to na twoją nieumiejętność! — rzucił czekoladowy, wychodząc na zewnątrz.
Zielonooki wpatrywał się za nim, a gdy ten zniknął, obserwował tępo punkt przed sobą. Nie wiedział, ile czasu spędził w bezruchu, ale wkrótce niebo zaczęło różowieć. Pojawiły się na nim również przebłyski pomarańczowego i żółtego.
“Tramontana… Czeka na mnie” – pomyślał, a w jego oczach wezbrały się łzy.
Musiał iść. Musiał się w końcu poruszyć. Nie mógł zawieść białofutrej kotki.
W końcu zmusił swoje ciało do wstania, a potem do powłóczenia się ku wyjściu z azylu. Jego kroki były powolne; kocur wyglądał, jakby w każdej chwili mógł się załamać i upaść na ziemię. A mimo to nie pozwolił na to, by ktokolwiek mu pomagał. W ciszy opuścił obóz.
Gdy dotarł na miejsce, od razu jego uwagę przykuły plamy krwi przy wejściu. Serce podeszło mu do gardła, a umysł na moment zaszedł mgłą. Miał wrażenie, że zaraz zwymiotuje albo, co gorsza… zemdleje. Postanowił jednak nie martwić się na zapas. “Może to krew zwierzyny, tak?” – próbował się uspokoić.
Wziął głęboki wdech, ale całe jego ciało drżało. Jego łapy wciąż się trzęsły, gdy wślizgiwał się do lisiej nory, gdzie powinna czekać na niego Tramontana…
Jednak od razu, gdy wsadził do niej głowę, w jego nozdrza uderzył silny, duszący zapach krwi, zmieszany z wonią lisa. Zamrugał kilkakrotnie, próbując przyzwyczaić się do ciemności, aż w końcu jego oczom ukazało się zmasakrowane ciało samotniczki.
Futro, które niegdyś było piękne, aksamitne i śnieżnobiałe, teraz było postrzępione i lepkie od szkarłatu.
— Tra-Tra-Tramont… — odezwał się, lecz głos ugrzązł mu w gardle.
Ciało, które przed nim leżało, w niczym nie przypominało tej kotki, którą znał. Upadł przy niej, łapami oplatając jej krwawiącą szyję. Dopiero wtedy kątem oka dostrzegł dwa skulone kocięta, przyciśnięte do siebie w rogu nory.
Wzrokiem prześledził sylwetkę Tramontany. Jej bok wciąż ledwo zauważalnie unosił się i opadał. Jedno zmrużone oko nagle poruszyło się i spojrzało prosto na niego.
— A-a-ale… j-jak… j-j-jak to… — mamrotał, czując, jak jego serce bije na tyle mocno, że mogłoby mu zaraz połamać wszystkie kości, byleby tylko wydostać się na zewnątrz.
Spojrzał w bok, na dwójkę żywych kociaków. Jego wzrok zatrzymał się na młódce tak podobnej do matki. Wpatrywała się w niego szeroko otwartymi oczami, nie rozumiejąc, co dzieje się wokół niej. Wyglądała, jakby oczekiwała, że kocur zapewni ją, że wszystko będzie dobrze. Ale Wiciokrzew w tym momencie nawet sobie nie potrafił obiecać, że poradzi sobie z tą sytuacją.
* * *
Po przekroczeniu progu azylu od razu nagromadziły się wokół niego zaciekawione, ale i nieco przerażone koty. Uzdrowicielowi udało się jedynie odłożyć kocięta na ziemię, lecz zaraz potem jego obraz zaszedł czernią.
Stracił przytomność.
<Mistral?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz