Było południe. Reszta kotów wygrzewała się w słońcu, podczas gdy Ćmie Mżenie chodziła po krzakach w poszukiwaniu nowych znalezisk. Niedawno zaczęła składować modliszki i niektóre liście gdzieś na granicy obozu. Nadal pamiętała o “L.I.Ś.C.I.E.”, mimo że już od dawna nie widziała Śniącej Łapy. Robiła też z jagód znaki gwiazd na kłodzie postawionej jako tło składowiska. W skrócie głównie chodziło o to, żeby zakłopotać kogokolwiek, kto kiedyś znajdzie to coś. Właśnie znalazła kolejną modliszkę, tym razem z odciętą głową. Wzięła ją w pysk i położyła obok drugiej, bezgłowej modliszki na kawałku drewna. Spojrzała na całą konstrukcję.
— Hm… czegoś tu brakuje… — w końcu stwierdziła po długim wpatrywaniu się. Udała się więc w stronę rzeki po kamień. Już dobrze wiedziała jaki. Szukała kamienia o niebieskawym zabarwieniu. Podeszła do szklistej wody, przeszukując dno. Były tam głównie szare otoczaki, większość ładnych kamieni już wybrała. Gdy grzebała tak w kamieniach, ktoś do niej podszedł.
— Hejka! — to był Szepcząca Hipnoza. — Co robisz?
— Och, hejka, Szept! Szukam kamienia…
Po chwili ciszy kocur postanowił dopytać:
— … Jakiego kamienia? Może pomogę ci szukać — po czym nachylił się nad taflą wody, obok wojowniczki.
— Szukam ciemno-niebiesko-zielonego kamienia, musi być konkretnie taki kolor. Chodzi o taki kolor zglonionego dna wody, wiesz, o co mi chodzi?
Ogrodnik w odpowiedzi kiwnął głową.
— Nie widzę tutaj żadnego — wyprostował się i dodał. — Nie masz przypadkiem takiego w legowisku?
Szept dosyć dokładnie znał kolekcję Ćmy, ponieważ z każdym nowym zbiorem kotka się mu chwaliła całą kolekcją.
— Masz rację, pójdziesz ze mną do legowiska po niego? — wyjęła łapy z wody i je otrzepała.
— Pewnie.
Poszli do obozu, a tam do legowiska wojowników. W nim wylegiwał się Rozpromieniony Skowronek. Widząc Ćmę wchodzącą do legowiska razem z Szeptem, od razu zapytał:
— Och, przyszłaś donieść swoje graty ze swoim chłoptasiem?
Szept przesunął łapą po ziemi, jakby nieswój, a Ćma odpowiedziała:
— To nie mój chłopak. Poza tym to nie są graty, tylko moja prywatna kolekcja owadów i ładnych kamieni.
— Kiedykolwiek się ci się przydały?
— Ha! Akurat przyszliśmy po kamień, który jest mi bardzo potrzebny.
— Tak, tak… — stwierdził nieprzekonany. Tak naprawdę po prostu nie znał prawdziwej wartości znalezionego na ziemi robaka, który był zdeptany osiem razy czy brudnego kamienia wykopanego z miękkiego brzegu rzeki.
Wyszli z legowiska. Na zewnątrz Ćma zwróciła uwagę na kociaki w żłobku.
— Hej, może potem zajrzymy do kociaków? — zapytała.
— Jasne, ale najpierw donieśmy ten kamień — odparł Szept.
Dotarli do tej… bardzo kwestionowanej konstrukcji. Malunki, modliszki, modliszki bez głowy, leżące trzmiele…
— Ciemko…? Co to jest? — zapytał się, poważnie zastanawiając się, jakie decyzje doprowadziły do powstania tego.
— To jest… składowisko modliszek i innych...
— Czemu tu są jakieś malunki?
— Spójrz — wskazała na kawałek drewna, na którym były największe malunki. — To jest gwiazda, a to — wskazała niżej. — Oko. Czemu oko? Ponieważ Gwiezdni nas cały czas bacznie obserwują.
— Co…
— Modliszki są wysłannikami Gwiezdnych, Szept. Pamiętaj. Pomyśl o tym, modliszki zawsze znajdujesz w jakichś dziwnych miejscach, obserwujących Cię.
— Obserwujących mnie miejscach czy modliszek…?
— Oba.
— To… ciekawe pojęcie, Ćmo — Szepcząca Hipnoza odparł zakłopotany, ale mimo wszystko zaintrygowany.
— Nie uważasz, że byłoby to ciekawe jakby rzeczywiście tak było? — polizała swoją pierś. — Ej…
— Hm?
— A co gdybyśmy to opowiadali kociakom? Wiesz jak te historie ze żłobka o ptakach i umaszczeniach…
— Jakich…?
No tak, Szept nie wychowywał się w klanie, mógł nie znać tej opowieści.
— Chodzi o historię o pochodzeniu umaszczeń. Na przykład białe koty były skrawkami nieba, a liliowe pochodziły od pąków rozkwitających roślin.
— Och, rozumiem.
— Chodźmy naopowiadać dziwnych historii kociakom.
— Nie wiem, czy to dobry… — nie dokończył, bo Ćmie Mżenie już zaczęła iść w stronę obozu szybkim tempem.
Weszli do żłobka. Były tam trojaczki – Szkwał, Szafirek i Lawenda, oraz jedynaczka – Lilia. Wyglądało na to, że kociaki się dogadywały.
— Widlik! — zawołała Lawenda. — Nudzi mi się… — Złocisty Widlik spojrzał na Szepta i Ćmę, mając nadzieję, że tym razem będzie mógł zrzucić na nich zabawianie kociaków.
— Spójrz — wskazał na przybyszy. — Na pewno Ćmie Mżenie coś ci ciekawego opowie!
— Z wielką chęcią — odparła wojowniczka. — Chodźcie tutaj…
Kociaki podeszły do niej, a ona zaczęła coś rysować w ziemi.
— Powiedzcie mi, kociaki, znacie opowieść o maściach kotów?
— Nie, nie znamy! — odpowiedziały chórem.
— … Och, naprawdę? Nic się nie stało, z chęcią wam opowiem. Wiedzieliście o tym, że umaszczenie kota ukazuje, skąd pochodzi? Na początku wszystkiego, kiedy nawet kamieni nie było, panowała jedynie ciemność. Dopiero chęć istnienia Pierwotnych sprawiła, że niebo zaczęło migać, a potem się kruszyć. Z ciemnego nieba powstały czarne koty, a z najjaśniejszych gwiazd białe. Z księżyca i reszty gwiazd powstały srebrne koty…
— Och, a moja? — spytała Lawenda.
— I moja! — dodała Lilia.
— Nasze umaszczenie powstało z pąków kwiatów! Poza tym, wiecie, jak możemy nazwać szylkretowe koty?
— Szylkretki? — zapytała Szafirek.
— Dokładnie, a liliowe?
— … Chyba nie ma na to słowa… — stwierdził Szkwał.
— Otóż jest, lilijki!
— Och… — odpowiedziały kocięta, jakby zrozumiały tajemnice Gwiezdnych.
— A moje umaszczenie? — spytała Szafirek.
— Powstałyśmy w wyniku wymieszania innych umaszczeń, a rudy kolor pochodzi od promieni słonecznych.
Szkwał i Lawenda spojrzeli zakłopotani na swoją siostrę.
— Chwila… dlaczego my nie jesteśmy szylkretowi w takim razie?
— Nie pochodzicie bezpośrednio od kwiatów, wody, czy promieni słonecznych, głuptasy! Każdego kota przynosi inny gatunek ptaka, podobny do kocięcia.
— Wody…? — zapytało któreś kocię.
— Nie wspomniałam, że niebieskie koty pochodzą z wód…? — spojrzała zakłopotana na Szepta, na co ten pokiwał głową. — Och... to wybaczcie, ale tak, niebieski kolor pochodzi od wód takich, jak morze, czy jezioro.
Ćma zaczęła coś rysować w ziemi.
— Widzieliście kiedyś modliszkę? — spytała w końcu.
Kociaki pokiwały głową.
— Prawda, że zawsze was obserwowały tym przenikliwym wzrokiem?
— Wyglądają, jakby chciały mi zabrać moją kolekcję łusek… — przyznał w końcu Szkwał.
— Wiedzieliście o tym, że modliszki są wysłannikami Gwiezdnych? Mają długie kończyny, które mogą podnosić w górę, w stronę Gwiezdnych, aby im złożyć sprawozdanie z tego, jak się mamy i ewentualnie czego potrzebujemy.
Wszystkie kociaki pokiwały głowami z uznaniem. Widlik zamiast tego patrzył na Ćmę, jakby była nawiedzona.
— Dobrze… chcecie porysować? — spytała kotka, tym samym kończąc swoje “nauki”... przynajmniej na razie.
Narysowała modliszkę a nad nią oko i gwiazdy. Pod nimi zaś ćmę, wir, widlika, lawendę, lilię, szafirek i wiatr.
— Co to? — zapytała Szafirek, skrobiąc obok swoje malunki.
— To my, ale w bardziej symbolicznej formie, bo nie umiem rysować kotów…
— Mogę ja narysować koty! — zawołała Szafirek.
W nocy
Ćma rozmyślała nad tym, czy wszystko, co robi, zostało zaplanowane przez Gwiezdnych. Czy to wszystko miało głębszy sens? Nic nie dzieje się bez powodu — pomyślała. Wszyscy powinniśmy dziękować Gwiezdnym za każdy dzień…
Zastanawiała się też, dlaczego właściwie tak bardzo się przejmuje opinią Szepta. W końcu nie miała czegoś takiego w stosunku do innych kotów… Zauważyła też, że Szept ostatnio robił się trochę nieswój, na niektóre słowa. Na przykład jak wspominała o nim, że “on zrobił coś”... może wolał, żeby referować do niego tylko imieniem? Dlaczego cały czas myślała o Szepcie… na pewno się nie zakochała, oj nie. Jest certyfikowaną lesbijką…
Rano, kolejnego popołudnia podeszła do Szepta który akurat wybierał coś ze stosu zwierzyny.
— Hejka, Szept…
— Co tam? — spytał.
— Mam pomysł! Zróbmy sobie pasujące do siebie malunki na futrze i w końcu ustalmy jakie kwiatki chcemy mieć wplecione w futro!
— Czy malunków nie ma tylko rodzina królewska…?
— Zrobimy niebieskie malunki!
— … Z czego niby?
— Coś się wymyśli… najwyżej zrobimy fioletowe…
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz