Skinął z lekkim uśmiechem na propozycję młodszego. Odbił się na białych łapach i wyskoczył w górę, wykonując zwinny odruch. Upadł tuż obok Chłodnej Łapy i przeturlał się przez ziemię, ponownie odzyskując równowagę. Pokazał mu jeszcze kilka innych ruchów, a na końcu spojrzał mu w oczy.
— I jak?
— Mega! — miauknął Chłodna Łapa. — Zimorodkowy Sen jeszcze mi nie pokazywała tych ruchów.
— Może uczyła się innych. Wiesz, inny mentor to inny sposób nauki.
Młodszy pokiwał głową
— I tak szkolenia z twoją siostrą są fajne. Jest prawie jak przyjaciółka.
— Dobrze mi to słyszeć. — uśmiechnął się.
* * *
Biały powolnym krokiem doszedł do strumienia. Spojrzał na taflę wody, na przemykające tam małe kropelki. Uspokajający szum. Podniósł głowę, spoglądając na Chłodną Łapę bez żadnej wyraźnej emocji wymalowanej na pysku. Znajdowali się przy swoich granicach. On teraz należał do Klanu Wilka.
Widzenie go po drugiej strony tej granicy bolało. Cholernie bolało.
— Lśniący! — rudy uśmiechnął się do niego, ciesząc na jego widok. — Cieszę się, że przyszedłeś.
Kocur nie uśmiechnął się. Był sztywny, a wzrok posępnie obmierzył łaciatego kocura.
— To prawda? To, co mówią? Jesteś zdrajcą?
— Co? Nie! Zostałem porwany! Nie chciałem tu być, uwierz. Próbowałem uciec. Nawet udało mi się raz przeskoczyć przez strumień, ale... ktoś pokrzyżował mi plany...
Nic z tego nie rozumiał. Czemu Wilczaki nagle miałyby postanowić ich ukraść. To się nie kleiło. A jednocześnie bolała go myśl, że Chłodna Łapa mógłby ich zdradzić. Zdradzić ich wszystkich.
— To komu mam wierzyć? — westchnął, wbijając w niego zimny i poważny, a jednocześnie niepewny wzrok. — W Klanie Klifu dużo kotów nazywa was zdrajcami. Niektórzy twierdzą, że to Rysi Puch wróciła, by mścić się na różnych członkach klanu. Bo ostatnio... Dużo kotów... — spojrzał na niego nieufnie.
— Lśniący. Przecież mnie znasz! - miauknął Chłodna Łapa. — Nie zdradziłbym Klanu Klifu. Mówiłem ci przecież, że chcę być jak ty i inni wojownicy. Mój... ojciec... porwał mnie podczas zgromadzenia. To wariat. Urwał mi ucho i zrobił blizne. Myślisz, że z kimś takim chciałem żyć? A zamiast pomocy to Cętkowana Gwiazda nas im oddała. Teraz już nie mogę wrócić do domu, do ciebie, bo mnie zabiją.
Zmrużył oczy, spoglądając na niego nieufnie. Ojciec? Ukraść?
Nie. Przecież Cętkowana Gwiazda by ich tam nie zostawiła. Przecież ona taka nie była. Nie mogłaby zostawić koty w porwaniu. W potrzebie. Nie mogłaby pozwolić by jakiś psychol się nad nimi znęcał.
A jednak blizna Chłodnej Łapy mówiła sama za siebie.
O co do cholery chodziło w tym cyrku.
Cofnął się o krok.
— Blizna. Rysi Puch miała podobną — miauknął. — Cętkowana Gwiazda by was nie oddała. Ona taka nie jest. Czemu mieliby cię zabić? Zrobiłeś coś złego?
— Urodziłem się? Według nich to właśnie jest moja wina. Nie powiedzieli wam? — zdziwił się van.
Albinosa zaskoczyły te słowa. Utkwił w nim bezradny wzrok.
— Nie wiem. Nic takiego nie mówili. Jak to ,,urodziłeś się"? Czemu to miałoby być twoją winą? Przecież wcześniej nie mieli do ciebie żadnego problemu.
Coraz bardziej mu nie ufał. Przecież Cętkowana Gwiazda by nikogo nie zabiła. Naprawdę próbował go okłamać? Takimi durnymi kłamstwami?
— Ale teraz mają problem, bo mój ojciec powiedział im kto jest moją matką. I... i przez to mnie również wygnali. — miauknął wyraźnie spięty. — Urodziła mnie Rysi Puch...
Zszokowało go.
Łapy zwiotczały, jakby zamieniały się w galaretkę, na której nie da się utrzymać. Napiął mięśnie.
— C-co. — warknął, postępując kolejny krok do tyłu. Poczuł, jak żółć podchodzi mu do gardła, a on jest bliski oddania swojego posiłku na pobliskie krzewy. — Dzieci Rysiego Puchu przez ten cały czas były z nami w klanie?! Przez ten cały czas przyjaźniłem się z kimś... Kimś... Kimś, kogo urodziła Ryś? — miauknął, czując łzy, które zbierały się w czerwonych oczach. Obmierzył go nieufnym spojrzeniem. — Może mnie też chciałeś zabić, co? Tak jak Ryś chciała zabić Fioletowe Spojrzenie?
Nie mógł w to uwierzyć.
— Co?! — rudy kocur zrobił krok do przodu, kuląc uszy. — Lśniący przestań tak mówić! Nie jestem taki jak ona! Znasz przecież mnie. Wychowałem się w klanie klifu, nikogo bym nie zabił. To, że mnie urodziła nie znaczy, że będę mordercą! Nie jestem winny jej win. Lśniący... Nie odwracaj się ode mnie, jak cała reszta. Przecież się przyjaźnimy.
— Nie, ja... Ja nie chcę się przyjaźnić z synem tej psychopatki — syknął, a z czerwonych oczu zaczęły lecieć łzy. — Przez ten cały czas żyłem w kłamstwie. Okłamałeś mnie. Nie mówiłeś, że jesteś jej... Synem.
Z oczu towarzysza także zaczęły cieknąć łzy.
— Nie okłamywałem cię! Dowiedziałem się o tym później. Lśniący. Błagam. Nie rób mi tego. Ja... jesteś dla mnie kimś ważnym. Nie chcę cię stracić. Czemu przez tą jedną informację nagle mnie nienawidzisz? Jestem nadal tym samym kotem, którego znałeś.
Nie potrafił na niego patrzeć tak samo. Syn Rysiego Puchu. Syn kotki, którą wygnało Jaśminowa Gwiazda. Kochany rodzic. Nie mógłby tak zawieść Jaśmin. Nie mógłby przyjaźnić się z synem tej zdrajczyni. Nie potrafił. Coś w środku wiedziało, że to nie była jego wina, a coś innego sprawiało, że czuł zniesmaczenie. Odrazę. Chęć zaszycia się w legowisku, by już nigdy nie musieć patrzeć na twarz syna JEJ.
— Nie. Nie. — spojrzał na niego, mrużąc oczy. — Nie potrafię. Nie potrafię widzieć w tobie kogoś dobrego. Nie po tym co zrobiła twoja matka. Nie chcę mieć nic wspólnego z czymkolwiek co jest związane z Rysim Puchem. Wybacz. Idę sobie. Nie zawracaj już sobie głowy. Zostaw mnie w spokoju.
— Lśniący nie! Nie odchodź. Błagam — Chłodna Łapa wbiegł do strumienia, by skrócić między nimi dystans. — Lśniący... ja... ja cię kocham! — Położył po sobie uszy, czując jak serce ma zamiar wyskoczyć mu z piersi.
Co.
Czuł jakby oddech mu zamarł. Biały ogon albinosa bił nerwowo na wszystkie boki.
Syn Rysiego Puchu.
Zakochany.
W nim.
Miał ochotę syknąć mu w twarz, by się nie zbliżał. Było mu żal. Cholernie. Osoba, której tak ufał, okazała się być...
Albinos położył po sobie uszy, czując jak serce zaczyna bić mu szybkiej.
— Kochasz... Jak — pokręcił głową. — Cofnij się! Odejdź ode mnie! Wracaj do Wilczaków... Nie podzielam twojej miłości. Po prostu zostaw mnie w spokoju i nie naruszaj granic terytoriów, chyba, że mam cię przegonić — pogroził.
Młodszy zatrzymał się, czując jak woda obmywa mu łapy. Przygarbił się, wyglądając naprawdę żałośnie.
— Przepraszam. — załkał. — Już... sobie idę. — mimo to nadal tam stał, niezdolny do ruchu.
— To idź. I nie wracaj. — prychnął Lśniący cicho i odwrócił się, ale nie mógł postawić kroku w przód. Spuścił wzrok na własne łapy, czując jak pojedyncze łzy z niego skapują. Zacisnął zęby i ruszył do przodu, pozostawiając kocura samego.
Jakaś część kazała mu, żeby tam wrócił, przeprosił, żeby żyli razem spokojnie. Żeby powiedzieli sobie wszystko co mieli sobie powiedzieć. Ale nie potrafił. Jego serce kruszyło się na kawałki, i choć płynęły z niego łzy, spiął wszystkie mięśnie, zmuszając się do powrotu do własnego obozu.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz