Słuchała z rosnącym przerażeniem Mglistej Łapy. Szylkretka chciała tylko się zabawić z kłamstwem na temat bólu głowy, a tu uczennica medyka znalazła w nich inną przypadłość. Zespół niespokojnych łap. To brzmiało tak strasznie, strasznie, strasznie! Mogła umrzeć, a tak bardzo tego nie chciała! Miała tyle dni do rozrabiania przed sobą, mamusia musi dać jej i Kaczorkowi wiele kar, a tatuś... Tatuś nawet nie zdoła utulić ich dwójki do snu.
- T... Tata też na to choruje! On potrafi biegać bardzo długo! Zaraziliśmy go! - miauknęła przerażona Malinka. Sprawiła, że rodzic otrzymał trudną do wymówienia chorobę! Przez nią! Nie podobała jej się ta myśl, a przecież tylko biegała po obozie! Nie robiła nic okropnego! Dlaczego czekoladowy? Dlaczego nie Jesiotr czy Truskawkowa Łamaga? Oni bardziej zasługiwali na to paskudztwo!- O nie.... Nie chcę stracić taty! - powiedział smutnym tonem Kaczorek. - Pomóż nam, Mglista Łapo. Wiesz, jak nas uzdrowić - poprosił rudzielec.
Szylkretka przewróciła oczami. Coś jej się nie podobało w tym całym gadaniu czarnej. Wywołała w nich strach, każe sprzątać zioła i mówi o śmierci... Próbuje ich nastraszyć? Wykorzystać? Główka kotki pracowała, lecz nie posiadała wiedzy medycznej, aby móc potwierdzić swoje wątpliwości. Dodatkowo rozrabiali, więc... Wpadali w szał?
- Sprzątajcie zioła. Uspokoicie swoją energię, szaleństwo minie, a głowa przestanie boleć. Zaraziliście Jesionowy Wicher, taka prawda. On tego nie przeżyje, jeśli się nie weźmiecie za własne zdrowie - mówiła Mgiełka poważnym tonem.
Oczy Malinki rozszerzyły się do wielkości ogromnych spodków UFO. Powieka drgnęła. Nie! Nie pozwoli tacie umrzeć! Tyle razy wyciągał ją z dziur z powodu ataków paniki, a skończy przedwcześnie w grobie przez głupotę jedynej córki! Od razu zaczęła rozgrzebywać zioła, lekko zakopane przez pył ziemi. Rozdzielała je, w lepszy czy gorszy sposób. Kaczorek również przystąpił do dzieła.
Względnie szybko uporali się z terapią od uczennicy Porannej Zorzy. Malinka spojrzała na starszą i zauważyła usmieszek drwiny na jej pysku. Szylkretka zwęziła oczy. Zrozumiała od razu, nieprędko się polubią. O ile w ogóle do tego dojdzie. Samice są takie ciężkie do zrozumienia. Tym bardziej, jeśli podążają medyczną ścieżką.
po śmierci Zdołowanej Łapy
Leżała nadal w legowisku medyków, z polecenia Porannej Zorzy. Spędzała godziny w jednym miejscu, bez ruchu. Raz na jakiś czas Mglista Łapa podsuwała Malinowej Łapie połowę ziarna maku, aby szylkretka nie dostała ataku szału. Brązowooka uczennica nadal chciała głośno krzyczeć, że nie zrobiła nic Zdołowanej Łapie. Miała ogromną pokusę, aby wbić pazury w korę drzewa, naprawdę głęboko, i zrobić w roślinie szramy. Albo pójść do legowiska Aroniowej Gwiazdy i rzucać w niego kulkami mchu. Ewentualnie rzucić się na Jesiotra i gryźć go bardzo mocno w ucho. Zrobiłaby cokolwiek, żeby pozbyć się paskudnego uczucia, które towarzyszyło jej od momentu ułamania gałęzi i upadku Zdołowanej Łapy.
Zupełnie inaczej wyobrażała sobie trening na wojownika.
Prócz niej u medyków przebywali Żółwi Brzask i Szakłakowy Cień, dwójka braci, najstarsi w klanie. Dopadła ich tajemnicza choroba i ani Mglista Łapa, ani Poranna Zorza nie potrafili jej nazwać. Najprawdopodobniej dopadło ich to samo, ale z zupełnie innymi objawami. Żółwi Brzask kaszlał, wymiotował po zjedzeniu każdej ryby, mizerniał z dnia na dzień. Żył tylko na wodzie, ziołach od medyków i drobnych kawałkach innego mięsa niż tego z rzeki. Szakłakowy Cień przeżywał chorobę o wiele łagodniej. Kaszlał mniej, mógł jeść wszystko, ale nie czuł smaku potrawy i po kilku kęsach czuł nasycenie. Dodatkowo z dnia na dzień coraz dłużej spał i budził się zmęczony.
Malinowa Łapa leżała blisko nich i słuchała tego, o czym mówią. Nie były to pogodne rozmowy, często bracia patrzyli sobie w oczy, jakby przekazywali sobie wiadomości w myślach.
- Nie patrz tak na nich. Nie uzdrowisz ich spojrzeniem - mówiła raz po raz Mglista Łapa, gdy przynosiła szylkretce kolejną porcję maku.
Kotka współczuła kocurom. Wyglądali na naprawdę zgrany duet, jak ona i Kaczorek. Wróciła myślami do brata, kochanego rudzielca. Może on spisywał się lepiej ze swoim mentorem? Może już nauczył się więcej? Może sam dokopał Mgiełce w ramach zemsty za sprzątanie ziół za karę pod pretekstem terapii?
W nocy wybudził ją czyiś płacz i głos Szakłakowego Cienia.
- Żegnaj, braciszku... - mówił.
Podniosła głowę i zauważyła liliowego, wtulonego w niebieską sierść własnego brata. Stanęła na nogi, z trudem, lecz zdołała i podpełzła do chorych. Działanie maku okazało się skuteczne. Dodając do tego leżenie przez długie godziny bez najmniejszego ruchu, za którym tęskniła czekoladowa.
Znalazła się tuż przy nich. Szakłak spojrzał na kotkę ze łzami w oczach, lecz uśmiechnął się delikatnie. Wiedział, że stała przed nim córka Jesionowego Wichru, któremu pomógł zdobyć serce Brzoskwiniowej Bryzy.
Kotka dotknęła nosem ciała niebieskiego. Wydawało się tak samo nieżywe jak Zdołowanej Łapy. Skrzywiła się od razu, nie minęło kilka dni od jednej śmierci, a ona jak magnes przyciągnęła kolejną. Wydała cichy jęk, próbując się rozpłakać się na środku legowiska. Nie pokaże się Mglistej Łapie w takim stanie! Nigdy w życiu.
- Odszedł... Kochałem go tak bardzo... - miauczał Szakłakowy Cień. - I ty musisz to widzieć, skarbie... Wiedziałem, że ta chwila nadejdzie. Medycy nie byli w stanie nam pomóc. I tak żyliśmy długo jak na Nocniaków.
- Ja... Śmierć jest paskudna - powiedziała krótko Malinowa Łapa po chwili milczenia.
- Mój czas też nadchodzi... Czuję to w kościach - rzekł liliowy, kładąc głowę na niebieskim. Polizał czule Żółwi Brzask po czole.
- Nie... Nie! Nie możesz teraz! Jesteś w lepszym stanie! Znajdę zioła, jakiekolwiek, i ci je podam. Musi być sposób na uratowanie ciebie. Każdy wojownik jest ważny dla klanu, a ty masz dużo doświadczenia! - miauczała szylkretka. Podeszła szybko do górki ziół i rozgrzebała ją łapą. Spoglądała na liście, niektóre rozpoznając z zapachu. Nie znała ich nazw ani zastosowania. Działała pod wpływem impulsu. Pod jego wpływem rozgrzebała inne zioła, podobnie jak podczas biegu z Kaczorkiem w dzieciństwie.
- Nie, nie... Niemożliwe... Nie ma żadnego zioła, które wygląda na działajcie cuda... - Wzięła kilka głębokich oddechów, próbując nie krzyknąć z irytacji. - Uspokój się.. Już... Już... CHOLERA, NIE MA! - warknęła, mając głęboko w poważaniu, czy obudziła medyków, czy nie.
- Podejdź do mnie, córko Jesionowego Wichru - powiedział Szakłakowy Cień.
Szylkretka spojrzała na liliowego i postąpiła zgodnie z jego słowami.
- Życzę ci jak najlepiej w życiu. Obyś podążała drogą naszych przodków i mogła znaleźć swój cel... Znałem twojego ojca. Wiele razy mu pomogłem... To aż dziwne, że rozmawiam z jego dzieckiem - zaśmiał się. - Za chwilę dołączę do Żółwiego Brzasku.
- Nie! Nie możesz! Nie pozwalam ci! Nie decydujesz o swojej śmierci! Nikt nie decyduje! - miauczała głośno. Nie wiedziała sama, dlaczego mówiła takie rzeczy. Przecież go nie znała, ani nie zdołała nawiązać jakiejkolwiek relacji. Jednak śmierć kolejnego kota nie była wymarzonym wydarzeniem w życiu kotki.
- Nie zrobisz nic więcej. Zrobiłaś bałagan - uśmiechnął się lekko, widząc ilość ziół wokoło. - Potrafisz się poświęcić... Wykorzystaj to dobrze... - Spojrzał kotce prosto w oczy. - I przekż Jesionowemu Wichrowi, że będzie dobrym przywodcą. Niech nie polega tylko na Aroniowej Gwieździe i... W moich oczach pozostaje bohaterem. - Liliowy zamknął swoje ślepia, chwilę potem przestał oddychać. Umarł wtulony w Żółwi Blask.
wiat ponownie zwolnił, jak podczas upadku Dołek. W tamtym momencie kotka nie czuła strachu, zamiast niego dziwny spokój i ogromny smutek. Coś ugrzęzło w jej gardle, nie pozwalając na wydanie jakiegokolwiek dźwięku. Serce biło spokojnym rytmem. Patrzyła na niebieskiego i liliowego, wyglądali jak pogrążeni w głębokim śnie wojownicy po ciężkim polowaniu.
Płożyła się tuż przy nich, wyobrażając sobie, że leży blisko Kaczorka i Jesiotra, że przebywa w żłobku, że za chwilę mama wybudzi ich wszystkich lizaniem po głowie. Płakała cicho.
Następnego dnia obudziło ją potrącanie nogą przez Mglistą Łapę.
- Co ty zrobiłaś? - zapytała się z wyrzutem.
Malinowa Łapa otworzyła powoli oczy, w legowisku było pusto. Nadal leżeli za nią martwi bracia, a przed nią piętrzyła się góra porozrzucanych ziół.
W uszach zadźwięczał głos Szakłakowego Cienia i ostatni kaszel Żółwiego Brzasku. Umarli przy niej kolejni wojownicy. Kto będzie następny?
- Nic - odparła oschle Malinowa Łapa. Nie zamierzała ukrywać przed czarną swojego niezadowolenia czy innych uczuć. - Umarli. Chciałam znaleźć zioła dla Szakłaka, bo spaliście. Rozumiesz, zespół niespokojnych łap nadal działa. Kiedyś przez niego umrę, medyczko, gdy będziesz spać.
Zupełnie inaczej wyobrażała sobie trening na wojownika.
Prócz niej u medyków przebywali Żółwi Brzask i Szakłakowy Cień, dwójka braci, najstarsi w klanie. Dopadła ich tajemnicza choroba i ani Mglista Łapa, ani Poranna Zorza nie potrafili jej nazwać. Najprawdopodobniej dopadło ich to samo, ale z zupełnie innymi objawami. Żółwi Brzask kaszlał, wymiotował po zjedzeniu każdej ryby, mizerniał z dnia na dzień. Żył tylko na wodzie, ziołach od medyków i drobnych kawałkach innego mięsa niż tego z rzeki. Szakłakowy Cień przeżywał chorobę o wiele łagodniej. Kaszlał mniej, mógł jeść wszystko, ale nie czuł smaku potrawy i po kilku kęsach czuł nasycenie. Dodatkowo z dnia na dzień coraz dłużej spał i budził się zmęczony.
Malinowa Łapa leżała blisko nich i słuchała tego, o czym mówią. Nie były to pogodne rozmowy, często bracia patrzyli sobie w oczy, jakby przekazywali sobie wiadomości w myślach.
- Nie patrz tak na nich. Nie uzdrowisz ich spojrzeniem - mówiła raz po raz Mglista Łapa, gdy przynosiła szylkretce kolejną porcję maku.
Kotka współczuła kocurom. Wyglądali na naprawdę zgrany duet, jak ona i Kaczorek. Wróciła myślami do brata, kochanego rudzielca. Może on spisywał się lepiej ze swoim mentorem? Może już nauczył się więcej? Może sam dokopał Mgiełce w ramach zemsty za sprzątanie ziół za karę pod pretekstem terapii?
W nocy wybudził ją czyiś płacz i głos Szakłakowego Cienia.
- Żegnaj, braciszku... - mówił.
Podniosła głowę i zauważyła liliowego, wtulonego w niebieską sierść własnego brata. Stanęła na nogi, z trudem, lecz zdołała i podpełzła do chorych. Działanie maku okazało się skuteczne. Dodając do tego leżenie przez długie godziny bez najmniejszego ruchu, za którym tęskniła czekoladowa.
Znalazła się tuż przy nich. Szakłak spojrzał na kotkę ze łzami w oczach, lecz uśmiechnął się delikatnie. Wiedział, że stała przed nim córka Jesionowego Wichru, któremu pomógł zdobyć serce Brzoskwiniowej Bryzy.
Kotka dotknęła nosem ciała niebieskiego. Wydawało się tak samo nieżywe jak Zdołowanej Łapy. Skrzywiła się od razu, nie minęło kilka dni od jednej śmierci, a ona jak magnes przyciągnęła kolejną. Wydała cichy jęk, próbując się rozpłakać się na środku legowiska. Nie pokaże się Mglistej Łapie w takim stanie! Nigdy w życiu.
- Odszedł... Kochałem go tak bardzo... - miauczał Szakłakowy Cień. - I ty musisz to widzieć, skarbie... Wiedziałem, że ta chwila nadejdzie. Medycy nie byli w stanie nam pomóc. I tak żyliśmy długo jak na Nocniaków.
- Ja... Śmierć jest paskudna - powiedziała krótko Malinowa Łapa po chwili milczenia.
- Mój czas też nadchodzi... Czuję to w kościach - rzekł liliowy, kładąc głowę na niebieskim. Polizał czule Żółwi Brzask po czole.
- Nie... Nie! Nie możesz teraz! Jesteś w lepszym stanie! Znajdę zioła, jakiekolwiek, i ci je podam. Musi być sposób na uratowanie ciebie. Każdy wojownik jest ważny dla klanu, a ty masz dużo doświadczenia! - miauczała szylkretka. Podeszła szybko do górki ziół i rozgrzebała ją łapą. Spoglądała na liście, niektóre rozpoznając z zapachu. Nie znała ich nazw ani zastosowania. Działała pod wpływem impulsu. Pod jego wpływem rozgrzebała inne zioła, podobnie jak podczas biegu z Kaczorkiem w dzieciństwie.
- Nie, nie... Niemożliwe... Nie ma żadnego zioła, które wygląda na działajcie cuda... - Wzięła kilka głębokich oddechów, próbując nie krzyknąć z irytacji. - Uspokój się.. Już... Już... CHOLERA, NIE MA! - warknęła, mając głęboko w poważaniu, czy obudziła medyków, czy nie.
- Podejdź do mnie, córko Jesionowego Wichru - powiedział Szakłakowy Cień.
Szylkretka spojrzała na liliowego i postąpiła zgodnie z jego słowami.
- Życzę ci jak najlepiej w życiu. Obyś podążała drogą naszych przodków i mogła znaleźć swój cel... Znałem twojego ojca. Wiele razy mu pomogłem... To aż dziwne, że rozmawiam z jego dzieckiem - zaśmiał się. - Za chwilę dołączę do Żółwiego Brzasku.
- Nie! Nie możesz! Nie pozwalam ci! Nie decydujesz o swojej śmierci! Nikt nie decyduje! - miauczała głośno. Nie wiedziała sama, dlaczego mówiła takie rzeczy. Przecież go nie znała, ani nie zdołała nawiązać jakiejkolwiek relacji. Jednak śmierć kolejnego kota nie była wymarzonym wydarzeniem w życiu kotki.
- Nie zrobisz nic więcej. Zrobiłaś bałagan - uśmiechnął się lekko, widząc ilość ziół wokoło. - Potrafisz się poświęcić... Wykorzystaj to dobrze... - Spojrzał kotce prosto w oczy. - I przekż Jesionowemu Wichrowi, że będzie dobrym przywodcą. Niech nie polega tylko na Aroniowej Gwieździe i... W moich oczach pozostaje bohaterem. - Liliowy zamknął swoje ślepia, chwilę potem przestał oddychać. Umarł wtulony w Żółwi Blask.
wiat ponownie zwolnił, jak podczas upadku Dołek. W tamtym momencie kotka nie czuła strachu, zamiast niego dziwny spokój i ogromny smutek. Coś ugrzęzło w jej gardle, nie pozwalając na wydanie jakiegokolwiek dźwięku. Serce biło spokojnym rytmem. Patrzyła na niebieskiego i liliowego, wyglądali jak pogrążeni w głębokim śnie wojownicy po ciężkim polowaniu.
Płożyła się tuż przy nich, wyobrażając sobie, że leży blisko Kaczorka i Jesiotra, że przebywa w żłobku, że za chwilę mama wybudzi ich wszystkich lizaniem po głowie. Płakała cicho.
Następnego dnia obudziło ją potrącanie nogą przez Mglistą Łapę.
- Co ty zrobiłaś? - zapytała się z wyrzutem.
Malinowa Łapa otworzyła powoli oczy, w legowisku było pusto. Nadal leżeli za nią martwi bracia, a przed nią piętrzyła się góra porozrzucanych ziół.
W uszach zadźwięczał głos Szakłakowego Cienia i ostatni kaszel Żółwiego Brzasku. Umarli przy niej kolejni wojownicy. Kto będzie następny?
- Nic - odparła oschle Malinowa Łapa. Nie zamierzała ukrywać przed czarną swojego niezadowolenia czy innych uczuć. - Umarli. Chciałam znaleźć zioła dla Szakłaka, bo spaliście. Rozumiesz, zespół niespokojnych łap nadal działa. Kiedyś przez niego umrę, medyczko, gdy będziesz spać.
<Mgiełko?>
co to za anty Aroniowa propaganda Szakłak :aronia_glupiebaby:
OdpowiedzUsuńtak to jest, jak się go tak namiętnie skazuje na śmierć :blush_pigwa:
Usuń