— Czego chcesz, starucho!? – pisnął jej w pysk.
— Pogadać, bo raczej nie możesz mi tego zabronić, zwłaszcza z tego co wiem, to musisz czuć się osamotniony bez rodziców.
Pierzasta Łapa cofnął się i odwrócił.
— Gówno cię to obchodzi! Lepiej patrz czy twój niewychowany bachor nie zakopie się pod ziemią! — warknął, odchodząc w nerwach. Chciała go osłabić? Ha! No to się jej udało…
Kotka nie odstąpiła; podążała za nim wszędzie. Kocurek zrobił nawet dwa kółka wokół obozu, a ta wciąż pytała o to samo.
— J… ja już o tym wiedziałem! Oooood s…sa…sameeeego p…p…początku! — jąkał się, w końcu wyjawiając prawdę. — Brzoza się mnie pytała jak byłem jeszcze mały… czy… chciałbym z nią iść. Wtedy byłem zbyt głupi i się n…nie zgodziiiiłem, ale gdybym miał się cofnąć w czasie to bym już wtedy od was uciekł…
Po czym odbiegł przez natłok emocji i ponurych myśli. Zapewne trening z Cyklonowym Okiem źle się skończy, a kocur znów będzie trenować zamiast w dzień to pod osłoną nocy. Przy okazji zobaczy jak zachowują się te białe koty, które nie mogą wychodzić na słońce. Ciekawe, czy znaleźliby wspólny język.
***
Teraźniejszość
Warta składała się z nieporządnych kotów, które zasnęły w połowie pilnowania Burzaków. Mianowicie była to Pozłacana Pszenica i Dryfujący Fluoryt. Pierzasta Łapa siedział przed wyjściem z obozu, korzystając z nieuwagi wojowniczek. Będzie musiał to zgłosić zastępcy; w końcu jakoś trzeba było odbudować reputację. Nawet jeśli chodziło się po trupach własnych pobratymców.
Na niebie szarości ze sobą igrały, tworząc białe zygzaki na ich ziemi. Powietrze było ciężkie; niektórym mogłoby się zdawać, że taka gęsta, nieprzyjemna atmosfera stworzona została przez ostatnie tragedie, które dotknęły obecnych królikożerców. Nie każdy jednak miał na tyle odwagi w sobie, aby pomyśleć: “A co, jeśli Klan Burzy… się kończy?”. Większość chciała być samolubna i wierzyć w swoje słodkie kłamstwa, wiedząc jakie paskudztwo się z nich zaraz wylęgnie. To tylko kwestia czasu, aż wszystko legnie w gruzach. Paskudek o tym pamięta. Paskudek będzie pielęgnował to wspomnienie, tą złotą myśl, która zakiełkowała w umyśle młodego ucznia zwanego… Pierzastą Łapą.
— Stary, ale wiesz, że oni nas zostawili na zbity pysk? — usłyszał rudy osobnik głos braciszka za sobą. Nie drgnął, choć wiatr nakazywał jego sierści tańczyć, skakać i biegać. Nie. Nad futrem może i nie miał kontroli… ale nad sobą już tak. Wiedział, do czego jego ciało i umysł są zdolne. Och, jak bardzo to wiedział… Paskudek byłby z niego taaaki dumny. Taki…
… rozczarowany zarazem, wiedząc, że uczeń nie raduje się śmiercią niewinnej istoty. Ten kot nie pragnął akurat tego. Akurat nie ten ból Pierze chciał zadać, ale przecież… Pierze to Pierze. Paskudek… to Paskudek. A… a Pierzasta Łapa? Ich wynikiem. Skutkiem. Konsekwencją. Czymś, co nie miało prawa bytu, przynajmniej dla jego imiennika, który wysławiał i cenił tą niepokojącą myśl ponad wszystko. Nie oszukujmy się, Pierze był niechciany od początku. Zwykłą pomyłką, ot co. Nie łudźmy się więc, że zostanie kimś… większym niż pomyłką, jaką się urodził. Czarna owca, która jako jedyna spośród wszystkich białych, czystych… ale ofiarnych baranków, zyskała umysł, świadomość. Myśl. Nie każdy ma ten dar, co te odrzutki. Dar do burzenia tradycji. Norm społecznych. Wszystkiego, czego tylko dotknie i co tylko tej czarnej owcy się nie spodoba. Lecz… ofiarne baranki tego nie zrozumieją. Ich celem jest poświęcenie. Są tylko ciałami, obiektami, które może i w środku mają dużo mięska… ale na zewnątrz? To zwykłe baranki. Czyste. Zadbane. Poukładane. Ofiarują się każdym wilkom, każdym osobom, które nie mają złych intencji. A czarna, mała owieczka? Ona… ona chce być tylko zaakceptowana, a więc… co jeszcze chce ta czarna, mała owieczka? Chce być zrozumiana. Ona chce czuć, że jest zrozumiana. Wiedzieć, że jest akceptowana, a jej słowa — niepodważalne, niczym królewicza z władzą absolutną. Ta chora potrzeba zrozumienia zamienia się w coś, czym na początku czarna, mała owieczka się brzydziła. Na końcu zostaje potworem. Potworem dla białych, czystych i ofiarnych baranków. A dla wilków? Cóż, istotą mądrą, sprytną. Mającą umysł i własne myśli, upodobania i decyzje. Ona nie chciała źle dla reszty. Ta czarna, mała owieczka po prostu zabłądziła na ciemnej dróżce. Dróżce, która doprowadzi ją w końcu do obłędu, a wtedy ofiarne baranki zrozumieją wilka, który z jakiegoś powodu przypominał im szalonego, czarnego odrzutka stada. A zanim dojdą do tej myśli, zostaną pożarte.
Owieczka czarna szukała tylko miłości, akceptacji i wyrozumiałości. To nie jej wina, że urodziła się pod ciemną gwiazdą, z rodziny owianej złą sławą. Ale czy jej winą jest mordowanie niewinnych baranków, które nie umiały myśleć za siebie? Które z niej szydziły, które zamiast podać pomocne kopytko odwracało wzrok i przyspieszało kroku, niczym dziecko szlachcica na widok bezdomnego. Czy zachowanie czarnej owieczki zostałoby usprawiedliwione, jeśli system nie dzieliłby baranki na czarne lub białe? Jeśli między tym, a tym, leżała dziwna, niezbadana szarość, która tkwiłaby w konflikcie głowy, a sercem? Gdyby to “pomiędzy” rozumiało czarną owieczkę, ale jednocześnie miałoby problem z jej usprawiedliwieniem w świecie winy i kary — i na odwrót, białego, ofiarnego baranka, który został tak zaprogramowany; który miał być “perfekcją”, ale w rzeczywistości był tylko zwykłą ofiarą kontroli wyższych sfer? Czy…!
— Szkoda, że z nimi nie poszliśmy — dodał głos, który wybił rudego osobnika z myśli. — Byliśmy zbyt mali, zbyt głupi, aby zrozumieć to, co się do nas mówi…! — westchnął. Usiadł przy Pierzastej Łapie i się o niego oparł. Rudy osobnik milczał, spoglądając w dal na wschodzące słońce. Usłyszał kolejne westchnięcie.
— Myślisz, że… że oni za nami tęsknią?
Pierzasta Łapa spojrzał na Aminkową Łapę.
— Nie.
Kremowy kocurek prychnął. Rudy przewrócił oczyma i je przymknął. Za każdym razem, gdy je zamykał, widział cały przebieg przesłuchania. Szkarłatny pysk Strzępotka. Wymiociny; ślady prowadzące do legowiska medyka. To spojrzenie Gadożerowej Łapy… nie… przerażenie pobratymców, głos Zawodzącego Echa, który zawodził i się powtarzał niczym echo. A jednak nie chciał ich otwierać. Czuł się winny. Czuł, że na to zasługiwał, ale… gdzieś w jego głowie wciąż panoszył się Paskudek. Kocurek, który pomoże mu zaraz czuć nicość. Musiał tylko poczekać. Paskudek przecież nie zapomina, a Pierzasta Łapa… też nie zapomni, ale nie z powodu zemsty; z powodu sumienia, dziwnego. Kiedy był na skale i wyzywał przywódców, czuł niby przypływ adrenaliny, pozytywny strach, który go napędzał do działań. Powinien czuć się szczęśliwy. Czuć się szczęściarzem, wybrańcem losu.
— … O czym tak myślisz?
Otworzył szmaragdowe oczy.
— Ja… — zaczął, choć nie wiedział nawet od czego. Wziął głęboki wdech i wydech. Kilkoma ruchami języka poprawił swoją lśniącą, gładką, gęstą, bujną, olśniewającą, śliską, miękką, szlachecką, lwią grzywę. Przymiotników padłoby więcej, gdyby Pierzasta Łapa zajrzał do kociej encyklopedii miauczenia. — Cóż… — zmarszczył brwi, wbijając wzrok prosto w połówkę słońca wychylającego się do góry. Burza obyła się bez obfitego deszczu, najwyraźniej psikusik ze strony Klanu Gwiazdy lub innych sił nadprzyrodzonych. Mówiąc szczerze, wiara Pierzastej Łapy ograniczyła się do wysokiego poziomu pewności siebie i w swoje działania. Czasem aby przeżyć, trzeba stać się egoistą, mówił w myślach za każdym razem, gdy paplał tylko o swojej osobie Lodówkowej Łapie czy innym uczniom. — Myślałem nad tym wszystkim. Myślałem… wiesz nad czym.
Aminkowa Łapa przytaknął akurat wtedy, gdy Pierzasta Łapa na niego spojrzał. Drugi odetchnął z ulgą. Aminek wpadł na pomysł i postanowił się podzielić z braciszkiem:
— Wniosek taki, że…
— … trzeba ich wyeliminować — dokończył za niego Pierze. Spojrzeli oboje na siebie i nastała cisza. Wiedzieli, co drugi chciał, a co pierwszy. Znali się. Czuli to samo. To tak, jakby byli ze sobą spleceni w jedno. Nie musieli sobie przekazywać informacji ustnie; oboje dobrze wiedzieli, co się dzieje w głowie drugiego i na odwrót. Szkoda, że więź z Bąbelkową Łapą nie jest tak silna jak jego z Aminkową Łapą.
Wyprostował się, ugniatając przednimi łapkami ziemię. Ziewnął przeciągle i się rozciągnął. Kiedy wszystko w jego ciele strzeliło, usiadł porządnie i spojrzał w burzowy nieboskłon.
— Potrzebujemy sojuszników — miauknął. — Bez nich gówno zdziałamy, Smrodzie.
Smrodek pociągnął dramatycznie nosem, niby się wzruszając. Na pysku Paskudka pojawił się łagodny uśmiech i o mało, co nie wybuchł śmiechem.
— Słuchałem Barszczowej Łodygi — zaczął Aminkowa Łapa. — Wujek powiedział, co takiego zrobiła ta ohydna Chomik. Ona… ona też została skrzywdzona przez Króliczego Bobka. Może zacznij od niej.
Pierzasta Łapa zmarszczył brwi.
— A czemu ja? Może sam byś ruszył dupę? — prychnął z nerwowym uśmieszkiem.
— To ty chcesz… — ziewnął — Pooooozbyyyć się Królika. Ja chciałem tylko pospać, a ty mnie obudziłeś, bo miałeś jakiś mokry sen z Śpiewającym Raniu…
Pierzasta Łapa bez żadnego ostrzeżenia zdzielił go w policzek. Po pysku Aminka zaczął spływać strumieniami szkarłat. Obie klatki piersiowe oddychały płytko. Pierzasta Łapa patrzył na niego zimno. Nie, nie patrzył na kremowego kocurka jak na braciszka ukochanego; teraz stał się obiektem. Pionkiem, który popełnił straszliwy błąd.
— Co ty, do kur…— próbował szepnąć drżącym głosem Aminek.
— Nie wypowiadaj imienia tej suki przy mojej osobie, Aminkowa Łapo — zaczął bez emocji, patrząc na niego z góry. Lustrował go szmaragdowymi, martwymi ślepiami. — Rozczarowujesz mnie. Popraw się — mówił twardo. Aminek, niegdyś tak samo zaciekły i groźny, przed Pierzastą Łapą kulił się jak zwykła mysz. — Idź do albinoski, nie powinna jeszcze się kłaść do spania. Powiedz, że to przez ciernie, o które się otarłeś w legowisku.
I Aminkowa Łapa czmychnął, zostawiając Pierzastą Łapę w samotności. Spojrzał na swoje szkarłatne pazury. Nie było nigdzie wody, więc postanowił je wyczyścić za pomocą trawy, a następnie kilkoma ruchami zakopać ślady przemocy za pomocą czarnej ziemi.
Bał się jak nigdy dotąd. Łapy przy każdym ruchu drżały, jakby były z galarety. Nie mógł złapać oddechu. Miał wrażenie, że zaraz zemdleje; obraz przed nim się co chwila rozmazywał i wyostrzał, doprowadzając kocurka do mdłości. Szedł w stronę legowiska uczniów tak, jakby ledwo co żył; był blady, miał tak szeroko otwarte oczy jakby zobaczył coś okropnego, a na dodatek po śmierci Strzępotka nieco schudł.
Drogę zagrodziła mu była więźniarka. Pierzasta Łapa westchnął i usiadł, dając łapom odpocząć. Spojrzał na Nieustraszonego Chomika i rzekł:
— Musimy pomówić. W cztery oczy. Za obozem — szepnął. — Warta nie wartuje, przejdziemy bez problemów i z niego wrócimy. Wyjaśnimy, że zabrałaś mnie na dodatkowy trening — szeptał jej do ucha. Wyglądał na nieźle wystraszonego, zdenerwowanego i zestresowanego.
<Chomik, proszę… nie zwlekajmy!>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz