"Krucze Pióro!" — wyszeptała, a w jej głosie zabrzmiała nagła ulga, niemal desperacka nadzieja. Tym razem nie czekała. Pobiegła. Las zdawał się rozstępować przed nią, choć gałęzie smagały jej bok, a ciernie zahaczały o futro. Widziała go tylko przez ułamki sekund, sylwetkę przemykającą między drzewami, cień, który znikał, gdy tylko próbowała się skupić. I wtedy usłyszała jego śmiech. Cichy i gardłowy, lekki jak ocieranie się ich futer, gdy się mijali, zawadiacki, czyli taki, jaki był wiele księżyców temu. Dokładnie taki, jaki pamiętała i chciała zapamiętać na zawsze. Serce ścisnęło jej się z ulgi. Przyspieszyła, niemal zapominając o wszystkim innym, o strachu, o wizji Pajęczynki, o dziwności tego znajomego i nieznajomego zarazem miejsca. Liczył się tylko on, zawsze liczył się tylko on.
"Poczekaj!” — zawołała, choć głos ugrzązł jej w gardle. I nagle zniknął. Tak po prostu. Jakby nigdy go tam nie było.Kwaśna Kocanka zatrzymała się gwałtownie. Cisza, która ją otoczyła, była ogłuszająca. Nie było śmiechu. Nie było kroków. Nawet liście przestały szeleścić. Nieubłagana cisza zalewała jej umysł, jak wielka ulewa mogła zalewać rzeki. Coś było nie tak. Bardzo nie tak. Stała przez chwilę, nasłuchując, czując, jak chłód wpełza jej pod skórę. Powoli zaczęła się rozglądać, każdy ruch ostrożny, napięty. I wtedy go zobaczyła. Stał niedaleko. Nieruchomy. Przez moment jej umysł odmówił przyjęcia tego, co widzi. Sylwetka była zniekształcona, nienaturalna. W pierwszej chwili pomyślała, że to lis, coś obcego, groźnego, gotowego do ataku. Ale to był on. Krucze Pióro. A raczej… coś, co go przypominało. Zrobiła niepewny krok do przodu.
"Krucze Pióro…?" — jej głos zadrżał. Nie odpowiedział. Jego zielone oczy… nie były już zielone. Zalała je krew, gęsta, ciemna, sącząca się z oczodołów i spływająca po pysku. Nie mrugał. Nie poruszał się. Las zdawał się wstrzymać oddech razem z nią. Nagle z jego gardła wydobył się dźwięk, cichy, urwany, zupełnie agonalny. Jak ostatni oddech kogoś, kto już dawno powinien być martwy. Ten dźwięk przeciął ciszę jak ostrze. Pręguska zamarła. A potem zobaczyła wszystko wyraźnie. Jego głowa była zmiażdżona, zdeformowana w sposób, który nie pozostawiał żadnych wątpliwości. Kości musiały zostać roztrzaskane, futro sklejone krwią, a mięśnie rozszarpane. Obok jego ciała rozlewała się gęsta, ciemnoczerwona ciecz, tworząc nieregularne plamy na ziemi. Jego szyja była wykrzywiona pod nienaturalnym kątem jak złamana gałąź po potężnej wichurze, bez życia, bez szansy na powrót do dawnej formy. Stał, a jednocześnie wyglądał, jakby już dawno upadł. Jakby śmierć nie zdążyła jeszcze zabrać jego ciała. Srebrzysta kotka nie była w stanie się poruszyć. Nie była w stanie oddychać. Patrzyła tylko, wpatrzona w poszarpane zwłoki, które jeszcze przed chwilą się poruszały, śmiały, uciekały przed nią. I w tej ciszy zrozumiała jedno. To nie był las, który znała. To nie mogła być prawda! Pręguska stała nieruchomo, jakby jej łapy wrosły w ziemię. Obraz przed nią był zbyt okrutny, zbyt nielogiczny, a jednak nie potrafiła odwrócić wzroku. Coś w tym wszystkim było nie tylko przerażające… ale i znajome. Z początku była to ledwie uchwytna myśl, cień na skraju świadomości. Delikatne ukłucie, które trudno nazwać. Jej oddech był płytki, nierówny, a serce biło zbyt szybko. Już to widziała. Zmarszczyła lekko powieki, jakby próbowała skupić wzrok nie na ciele Kruczego Pióra, lecz na samej pamięci. Na tym uczuciu. Coś się nie zgadzało. Ten las… ta cisza… ta krew, która wydawała się zbyt ciemna, zbyt gęsta, niemal nierzeczywista. I nagle obraz Pajęczynki wrócił. Leżąca pod jeżyną. Te same oczy. To samo spojrzenie, które nie należało już do żywej istoty. I to samo uczucie, paraliżującego strachu pomieszanego z czymś głębszym. Z bezsilnością. Kwaśna Kocanka drgnęła. Te wszystkie wydarzenia miały już miejsce. Nie dziś. Nie w tym lesie. W jej głowie zaczęły pojawiać się urywki, rozmyte, niepełne, jak wspomnienia, które próbują się przebić przez mgłę. Biegła. Zawsze biegła. Zawsze ktoś znikał. Zawsze znajdowała ich zbyt późno. Zawsze było za późno. Zrobiła krok w tył. A potem kolejny. Jej spojrzenie znów padło na Krucze Pióro, na jego nienaturalnie wykrzywione ciało, na krew, która nie przestawała płynąć, choć przecież powinna już dawno zaschnąć. Na oczy, które… nie patrzyły. Nigdy naprawdę nie patrzyły. Coś w niej pękło. To nie było wspomnienie. Nie mogła pamiętać zwłok Pajęczynki. Zmarła zbyt wiele sezonów temu. Jej oddech przyspieszył gwałtownie, a źrenice rozszerzyły się. Potrząsnęła głową, cofając się jeszcze bardziej. Las zdawał się falować. Drzewa nie były już stałe, ich kształty drgały, jak odbicie w poruszonej wodzie. Cienie wydłużały się i skracały w sposób, który nie miał sensu. Cisza była zbyt absolutna. Zbyt nienaturalna. Kwaśna Kocanka zacisnęła powieki, próbując się skupić. To nie dzieje się naprawdę. Powtarzała to w myślach, coraz szybciej, coraz bardziej rozpaczliwie. To nie dzieje się naprawdę. Zaczęła sobie przypominać. Noce, w których budziła się gwałtownie, z sercem bijącym jak oszalałe. Obrazy, które nie chciały zniknąć nawet po otwarciu oczu. Ekspresje, nie, pyski — tych, których traciła. Za każdym razem inne szczegóły, ale ten sam rdzeń. Śmierć. Spóźnienie. Bezsilność. To nie pierwszy raz. To kolejny sen! Jej ciało zaczęło drżeć, nie ze strachu, lecz z nagłego, przytłaczającego zrozumienia.
"Śnię…" — wyszeptała, a to słowo zabrzmiało obco, jakby dawno go nie używała. W tej samej chwili ciało Kruczego Pióra drgnęło. Wojowniczka poderwała głowę. Nie, to nie było prawdziwe poruszenie. To był błąd. Jakby obraz się rozpadł na ułamek sekundy. Jakby coś nie nadążyło za własną iluzją. Krew przestała płynąć, a potem całkowicie cofnęła się, jakby ktoś pokazywał jej śmierć Kruczego Pióra od końca do początku. Las zadrżał. Dźwięk, niski, głuchy, przeszedł przez przestrzeń, choć nie było źródła, z którego mógłby pochodzić. Wszystko zaczęło się rozmywać. Kolory blakły, kształty traciły ostrość. Niebieskooka cofnęła się jeszcze o krok, choć nie czuła już ziemi pod łapami.
"Obudź się…" — wyszeptała do siebie, coraz bardziej świadoma. To zawsze kończyło się tak samo. Zacisnęła oczy. "Obudź się!" Cisza roztrzaskała się.
Kwaśna Kocanka wyrwała się ze snu gwałtownie, jakby coś brutalnie wyrzuciło ją z głębin, w których tonęła. Jej ciało spięło się natychmiast, mięśnie napięły się boleśnie, a pazury wbiły się w ziemię tak mocno, że poczuła wilgoć chłodnego mchu między opuszkami. Wciągnęła powietrze z ostrym, urwanym świstem, jakby zapomniała, jak się oddycha. Przez ułamek sekundy wciąż była tam, widziała tę krew, cisza dudniła jej w uszach i ciążyła na czaszce, ciężar przygniatał ją od środka i miażdżył nadzieję na lepsze jutro. Dopiero po chwili coś zaczęło się zmieniać, czuła zapach, ciepło i tą znajomą i wszechobecną bliskość. Zamrugała gwałtownie, jakby próbowała przebić się przez resztki snu. Obraz przed jej oczami rozpadł się powoli, ustępując znajomym kształtom obozu, miękkim oddechom śpiących kotów, ciepłu wspólnego gniazda. I wtedy to poczuła. Jego obecność. Odwróciła głowę gwałtownie. Krucze Pióro już nie spał. Leżał jeszcze przez moment, ale jego głowa była uniesiona, a oczy, choć przydymione snem, błyszczały, a jego postawione na sztorc uszy wskazywały stan najwyższej gotowości i czujności. Jego uszy były skierowane w jej stronę, a futro na karku lekko nastroszone, jak u kogoś, kto nie do końca wie, co się stało, ale jest gotów zareagować.
— Kocanko…? — odezwał się cicho, nisko, jego głos był jeszcze chropowaty, ale wyraźnie napięty — Co się stało? — Nie odpowiedziała od razu. Wpatrywała się w niego odrobinę za długo. Jej spojrzenie było niespokojne, przesuwające się po nim, jakby próbowała upewnić się, że wszystko jest na swoim miejscu. Zatrzymywało się na jego łapach, na barkach, na pysku, jakby szukała śladów, które mogły dowieść, że okrutny sen miał, chociaż najmniejsze pokrycie z rzeczywistością. Nie było tej deformacji, tego przerażającego obrazu ze snu. Był cały, oddychał i żył. Wojowniczka przełknęła ślinę i powoli usiadła, jakby każdy ruch wymagał od niej wysiłku. Owinęła ogon wokół łap, przyciskając go mocno, jakby próbowała się w ten sposób uziemić. Krucze Pióro podniósł się i bez słowa przesunął bliżej. Na tyle, że ich boki niemal się stykały. Czuła ciepło jego ciała, równy rytm oddechu. Tak jak miał w zwyczaju, nie naciskał, nie pytał ponownie, a jedynie był przy niej, kiedy najbardziej tego potrzebowała. Cisza między nimi była ciężka, ale nie bez znaczenia, raczej wypełniona tym, czego żadne z nich jeszcze nie wypowiedziało. Srebrna kotka zamknęła na moment oczy. I wtedy wspomnienie przyszło samo, bardziej barwne niż kiedykolwiek wcześniej, nie jak sen, jak coś ostrego, prawdziwego. Las, ale nie ten martwy i cichy. Ten żywy, rozszalały, pełen wrzasków, zapachu krwi i rozrywanej ziemi. Bitwa z Klanem Klifu znów rozgrywała się w jej głowie z brutalną wyrazistością. Znowu widziała Krucze Pióro, rannego i upartego. Szukającego medyka, choć sam ledwo trzymał się na łapach. Widziała siebie, biegnącą do niego bez wahania, z sercem bijącym zbyt szybko, z czymś, czego wtedy nie chciała nazwać. Strachem. Jej łapy drgnęły lekko, jakby znów stała na tamtym polu walki.
"Powinniśmy wrócić…" — usłyszała w myślach własny głos, napięty, zbyt stanowczy: "Klan nas potrzebował".
A potem jego odpowiedź. Jak stanął jej na drodze. Jak nie pozwolił jej przejść. Jak patrzył na nią, nie jak na uczennicę, nie jak na kogoś słabszego. Jak na kogoś… kogo nie chciał stracić. Pręguska otworzyła oczy. Powoli odwróciła głowę w jego stronę.
— Wtedy… — zaczęła cicho, jej głos był jeszcze lekko chropowaty — podczas bitwy… — zawahała się na moment, jakby dobierała słowa. — Myślałam, że zwariowałeś. — Ucho Kruczego Pióra drgnęło od niechcenia, ale nic nie powiedział. — Stałeś ledwo żywy, a próbowałeś mnie zatrzymać… — Jej spojrzenie przesunęło się na jego łapę, jakby znów widziała tamte rany — Myślałam, że to głupie. — Zamilkła — Teraz wiem, że nie było. — Cisza znów na moment ich otoczyła. Jej myśli jednak nie zatrzymały się na nim. Myślała dalej, o tej pustce, która wtedy była aż nazbyt uwidoczniona. Srebrzysta Łuna. Jej matki tam nie było. Podczas gdy inni walczyli, krwawili, ginęli, jej miejsce było puste. Nikt nie stał tam, gdzie powinien. Nikt nie zasłaniał jej pleców. Kwaśna Kocanka spuściła lekko głowę, jej wąsy zadrżały.
— Byliśmy tam sami — powiedziała ciszej — bardziej niż powinniśmy. — Jej ogon przesunął się niespokojnie po ziemi. — A ty… — Uniosła wzrok — i tak próbowałeś mnie zatrzymać. — Ich spojrzenia się spotkały. I tym razem nie uciekła. Coś w niej pękło w niecodzienny sposób, uwrażliwiona przez wizję ze snu i rozpamiętując bitwę, podczas której mogła zginąć, potrzebowała jego obecności. Zrobiła pół kroku bliżej. Ich futra zetknęły się wyraźniej.
— Pajęczynka nie żyje — powiedziała spokojnie, ale jej głos miał w sobie ciężar czegoś ostatecznego — nie wróci. — Odetchnęła głęboko — Moja matka… nie była tam, kiedy powinna. Nie potrafiła służyć na wyższą chwałę Klanu. — Jej spojrzenie przygasło na moment. — A mój brat… — zawahała się, jakby to słowo smakowało gorzko — nigdy nie będzie kimś, na kim można się oprzeć. — Zamilkła na sekundę. A potem spojrzała na niego. — Zostałeś tylko ty. Ty żyjesz. Walczysz. Masz znaczenie. — Powoli wyciągnęła ogon i owinęła go wokół jego grzbietu, tym razem pewniej. — I nie odszedłeś. — Jej spojrzenie stało się intensywne, niemal palące. — Nie zostawiłeś mnie wtedy. I nie chcę, żebyś kiedykolwiek to zrobił. —Przysunęła się jeszcze odrobinę, aż ich barki zetknęły się wyraźnie. — Krucze Pióro… — Jej głos zadrżał minimalnie, ale nie cofnęła się — zostań przy mnie tak, jak wtedy. Nie odchodź. Trwaj przy mnie… jakkolwiek to nazwiesz. Ale bądź. — Nie odwróciła wzroku. Jakby to było jedyne, co trzymało ją teraz w rzeczywistości. Krucze Pióro przez dłuższą chwilę nic nie mówił. Jego spojrzenie było trudne do odczytania, nie tak chłodne, jak zwykle, ale też nie całkiem miękkie. Nie było to też spojrzenie zarezerwowane dla innych pobratymców, bo jasne było, że Kocanka, Kocankowa Łapa i Kwaśna Kocanka nie były dla niego jak reszta. Jego ogon drgnął lekko pod dotykiem jej ogona, lecz nie odsunął się. Kotka też nie mówiła. Cisza, która zapadła, rozciągała się w nieskończoność. Powoli opuściła wzrok, ale nie odsunęła się ani o krok.
— Wiesz… — zaczęła cicho, niemal ostrożnie, jakby każde słowo było czymś, co łatwo mogło zaprzepaścić ich relację — kiedy jestem sama, wszystko wydaje się… głośniejsze. Myśli. Wspomnienia. To, czego już nie ma… i to, czego nigdy nie było. — Trąciła jego bark nosem — Ale kiedy jesteś obok… — zawahała się na moment, jakby nie była pewna, czy powinna to powiedzieć — to wszystko cichnie. — Uniosła głowę, spoglądając gdzieś przed siebie, nie do końca na niego. — Nie znika. — dodała ciszej — Ale przestaje mieć nade mną władzę. — To dziwne — mruknęła pod nosem, z cieniem gorzkiego rozbawienia — bo nigdy nie potrzebowałam nikogo w ten sposób. — A jednak… — Jej głos zmiękł, niemal niezauważalnie — przy tobie nie czuję, że muszę zasłaniać się i stosować wymówki. Jestem niezaprzeczalnie sobą, jestem silniejsza i nie muszę cię za to przepraszać — Jej spojrzenie było spokojniejsze niż wcześniej, ale głębsze. Bardziej odsłonięte. — I chyba… — urwała, jakby słowa utknęły jej w gardle, ale zmusiła się, by je wypowiedzieć — nie chcę, żeby to się zmieniło. Delikatnie musnęła jego bark swoim, bardziej świadomie niż wcześniej. — Więc jeśli masz gdzieś być… — dodała cicho — to właśnie tutaj. — Jej głos niemal zniknął przy ostatnich słowach.— W Klanie Wilka, ze mną.
Kocur patrzył na nią z nieodgadnionym wyrazem pyska. Być może było to zamyślenie, a może coś innego? Kotka czasami sama nie wiedziała, co siedzi dymnemu w głowie. On jednak po chwili ciszy schylił się w jej stronę i delikatnie polizał jej ucho. Nie spodziewała się chyba tego ruchu z jego strony. Ten gest był tak niewinny, lekki, delikatny jak trzepot skrzydeł motyla, a pochodził od kota, który nigdy nie okazywał żadnych emocji. Srebrna wtuliła się w niego, a Krucze Pióro po chwili owinął ogon wokół niej, kontynuując wylizywanie teraz już jej karku.
— Nie zostawię cię, obiecuję, Kwaśna Kocanko. Zawsze będziesz u mojego boku. Obiecuję.
Delikatnie przymknęła oczy, wsłuchując się w rytm jego oddechu. Powoli dopasowała się do niego, aż ich oddechy zaczęły się wyrównywać, spokojne, miarowe, wspólne. Jej ciało w końcu przestało drżeć. Koszmar oddalał się, zostawało jedynie ciepło i on. Lekko poruszyła głową, opierając ją wygodniej o jego bark, pozwalając sobie na coś, na co rzadko sobie pozwalała, na spokój. Las poza obozem szumiał cicho, noc wracała do swojego naturalnego rytmu, jakby nic się nie wydarzyło. A jednak dla niej wszystko było inne. Tym razem już nie walczyła ze snem. Wtulona w jego ciepło, wsłuchana w jego oddech, zasnęła, spokojniej niż od wielu nocy. A Krucze Pióro, choć jeszcze przez chwilę czuwał, nie odsunął się ani na moment. W końcu i on przymknął oczy. I tak, spleceni ze sobą cicho i nieruchomo, zasnęli obok siebie, jakby noc nie miała już nad nimi żadnej władzy.
— Byliśmy tam sami — powiedziała ciszej — bardziej niż powinniśmy. — Jej ogon przesunął się niespokojnie po ziemi. — A ty… — Uniosła wzrok — i tak próbowałeś mnie zatrzymać. — Ich spojrzenia się spotkały. I tym razem nie uciekła. Coś w niej pękło w niecodzienny sposób, uwrażliwiona przez wizję ze snu i rozpamiętując bitwę, podczas której mogła zginąć, potrzebowała jego obecności. Zrobiła pół kroku bliżej. Ich futra zetknęły się wyraźniej.
— Pajęczynka nie żyje — powiedziała spokojnie, ale jej głos miał w sobie ciężar czegoś ostatecznego — nie wróci. — Odetchnęła głęboko — Moja matka… nie była tam, kiedy powinna. Nie potrafiła służyć na wyższą chwałę Klanu. — Jej spojrzenie przygasło na moment. — A mój brat… — zawahała się, jakby to słowo smakowało gorzko — nigdy nie będzie kimś, na kim można się oprzeć. — Zamilkła na sekundę. A potem spojrzała na niego. — Zostałeś tylko ty. Ty żyjesz. Walczysz. Masz znaczenie. — Powoli wyciągnęła ogon i owinęła go wokół jego grzbietu, tym razem pewniej. — I nie odszedłeś. — Jej spojrzenie stało się intensywne, niemal palące. — Nie zostawiłeś mnie wtedy. I nie chcę, żebyś kiedykolwiek to zrobił. —Przysunęła się jeszcze odrobinę, aż ich barki zetknęły się wyraźnie. — Krucze Pióro… — Jej głos zadrżał minimalnie, ale nie cofnęła się — zostań przy mnie tak, jak wtedy. Nie odchodź. Trwaj przy mnie… jakkolwiek to nazwiesz. Ale bądź. — Nie odwróciła wzroku. Jakby to było jedyne, co trzymało ją teraz w rzeczywistości. Krucze Pióro przez dłuższą chwilę nic nie mówił. Jego spojrzenie było trudne do odczytania, nie tak chłodne, jak zwykle, ale też nie całkiem miękkie. Nie było to też spojrzenie zarezerwowane dla innych pobratymców, bo jasne było, że Kocanka, Kocankowa Łapa i Kwaśna Kocanka nie były dla niego jak reszta. Jego ogon drgnął lekko pod dotykiem jej ogona, lecz nie odsunął się. Kotka też nie mówiła. Cisza, która zapadła, rozciągała się w nieskończoność. Powoli opuściła wzrok, ale nie odsunęła się ani o krok.
— Wiesz… — zaczęła cicho, niemal ostrożnie, jakby każde słowo było czymś, co łatwo mogło zaprzepaścić ich relację — kiedy jestem sama, wszystko wydaje się… głośniejsze. Myśli. Wspomnienia. To, czego już nie ma… i to, czego nigdy nie było. — Trąciła jego bark nosem — Ale kiedy jesteś obok… — zawahała się na moment, jakby nie była pewna, czy powinna to powiedzieć — to wszystko cichnie. — Uniosła głowę, spoglądając gdzieś przed siebie, nie do końca na niego. — Nie znika. — dodała ciszej — Ale przestaje mieć nade mną władzę. — To dziwne — mruknęła pod nosem, z cieniem gorzkiego rozbawienia — bo nigdy nie potrzebowałam nikogo w ten sposób. — A jednak… — Jej głos zmiękł, niemal niezauważalnie — przy tobie nie czuję, że muszę zasłaniać się i stosować wymówki. Jestem niezaprzeczalnie sobą, jestem silniejsza i nie muszę cię za to przepraszać — Jej spojrzenie było spokojniejsze niż wcześniej, ale głębsze. Bardziej odsłonięte. — I chyba… — urwała, jakby słowa utknęły jej w gardle, ale zmusiła się, by je wypowiedzieć — nie chcę, żeby to się zmieniło. Delikatnie musnęła jego bark swoim, bardziej świadomie niż wcześniej. — Więc jeśli masz gdzieś być… — dodała cicho — to właśnie tutaj. — Jej głos niemal zniknął przy ostatnich słowach.— W Klanie Wilka, ze mną.
Kocur patrzył na nią z nieodgadnionym wyrazem pyska. Być może było to zamyślenie, a może coś innego? Kotka czasami sama nie wiedziała, co siedzi dymnemu w głowie. On jednak po chwili ciszy schylił się w jej stronę i delikatnie polizał jej ucho. Nie spodziewała się chyba tego ruchu z jego strony. Ten gest był tak niewinny, lekki, delikatny jak trzepot skrzydeł motyla, a pochodził od kota, który nigdy nie okazywał żadnych emocji. Srebrna wtuliła się w niego, a Krucze Pióro po chwili owinął ogon wokół niej, kontynuując wylizywanie teraz już jej karku.
— Nie zostawię cię, obiecuję, Kwaśna Kocanko. Zawsze będziesz u mojego boku. Obiecuję.
Delikatnie przymknęła oczy, wsłuchując się w rytm jego oddechu. Powoli dopasowała się do niego, aż ich oddechy zaczęły się wyrównywać, spokojne, miarowe, wspólne. Jej ciało w końcu przestało drżeć. Koszmar oddalał się, zostawało jedynie ciepło i on. Lekko poruszyła głową, opierając ją wygodniej o jego bark, pozwalając sobie na coś, na co rzadko sobie pozwalała, na spokój. Las poza obozem szumiał cicho, noc wracała do swojego naturalnego rytmu, jakby nic się nie wydarzyło. A jednak dla niej wszystko było inne. Tym razem już nie walczyła ze snem. Wtulona w jego ciepło, wsłuchana w jego oddech, zasnęła, spokojniej niż od wielu nocy. A Krucze Pióro, choć jeszcze przez chwilę czuwał, nie odsunął się ani na moment. W końcu i on przymknął oczy. I tak, spleceni ze sobą cicho i nieruchomo, zasnęli obok siebie, jakby noc nie miała już nad nimi żadnej władzy.
<Krucze Pióro?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz