— Ach do końskiego łajna z tym wszystkim! — fuknęła głośno, machając ogonem ze zdenerwowania. — Idę się przejść…
Jak koteczka postanowiła, tak też zrobiła. Żwawym krokiem opuściła legowisko medyka. Usiadła przed nim, rozglądając się po obozie. Kogo mogłaby tu zaczepić, żeby o czymś pogadać i odwrócić swoje myśli od tego trapiącego ją już od dłuższego czasu problemu? Wzburzony Kormoran? Nie… Postanowiła go zagadać kilka wschodów słońca temu i skończyło się to zwyzywaniem sobie nawzajem rodziny do kilku pokoleń wstecz. No i sprawiło to również, że kotka po raz pierwszy tak naprawdę zaczęła się zastanawiać, dlaczego jej rodzice oddali ją pod opiekę kotów z Klanu Klifu, nie próbując nawet ich wychować samodzielnie. Może Jenocia Kufa w takim razie? Nie, też nie — niecały księżyc temu nasłuchała się jej wywodu o „doskonałym przywódcy”, kiedy temat zszedł na Pikującą Jaskółkę. I podziękuję za drugą rundę tego nonsensu.
— Aldrowandowa Łapo! — Z rozmyślań kotkę wyrwał znany jej już dobrze głos Drzemiącego Słońca.
— Witaj, Drzemiące Słońce — Kotka skinęła głową, witając byłego mentora, gdy ten do niej podszedł.
— Jak ci idzie nauka pod okiem Jagnięcego Ukłonu? — spytał rudy kocur.
Uczennica westchnęła i wywróciła oczami.
— Nawet nie zaczynam… Tyle ziół do zapamiętania… — jęknęła, ale szybko się opamiętała. Niemądre byłoby teraz mówić o minusach, kiedy zmiana ścieżki treningu była jej własnym, nieprzymuszonym wyborem. Szczególnie nie wypadałoby tego mówić jej byłemu mentorowi... Tak więc wyprostowała się i narzuciła lżejszy ton następnym wypowiedzianym słowom. — Ale jakoś sobie radzę. Dam radę. Bo jak nie ja, to kto, hm?
Wojownik uśmiechnął się.
— Oczywiście, że dasz radę — miauknął zachęcająco kocur.
Dobrze wiedział, że pomimo całego swojego charakterku, Aldrowandowa Łapa była całkiem zdolna i szczerze wierzył, że sobie poradzi. Skłamałby, gdyby powiedział, że nie żałuje, iż niedane mu było być jej jedynym mentorem do samego końca. Ale mimo to cieszył się, że szylkretka znalazła nowe powołanie i że w przyszłości stanie się wspaniałym medykiem, który na czele, wraz z przywódcą i zastępcą, będzie pomagał prowadzić klan w mroczniejszych czasach.
Aldrowanda rozejrzała się ponownie po obozie. Pod wejściem do legowiska uczniów siedział Agatówkowa Łapa, rozmawiając właśnie z Tygrysią Łapą. Chociaż kotka rozmową by tego raczej nie nazwała — młodszy kocurek był dosyć głośny i nieco przekrzykiwał swojego rozmówcę. Szylkretka zmarszczyła brwi.
— Gratuluję potomstwa, swoją drogą, na pewno cieszysz się, że możesz być ojcem — miauknęła nagle kotka. Wojownik był już rodzicem od paru księżyców, ale dotąd jeszcze jakoś mu nie zdążyła pogratulować.
— Bardzo… Chociaż z początku się tego wszystkiego trochę obawiałem — przyznał, śmiejąc się cicho.
— Tak… Rozmawiałam z Agatówkową Łapą ostatnio… To dosyć ciekawy kocurek — mruknęła Aldrowanda, nie chcąc tak po prostu palnąć wprost, co myśli o tym mysim móżdżku przy jego własnym ojcu.
— Ach, Agatówkowa Łapa… Szczerze mówiąc, nie załapaliśmy jeszcze do końca wspólnego języka. Ale to chyba normalne, prawda? — Kocur spojrzał na uczennicę z nutką obawy. Widoczne było to, jak bardzo chciał on być dobrym ojcem.
— Z pewnością. Chociaż tak, nie do końca macie chyba o czym na razie rozmawiać. Bardziej podobna jest do ciebie Błyszcząca Łapa, moim zdaniem.
— Tak myślisz? Mnie się właśnie wydaje, że chyba bardziej jest jednak podobna do swojej mamy — Drzemiące Słońce zamyślił się nieco.
— Możliwe. — Przyszła medyczka machnęła ogonem. — Czasem tak jest, że kocięta nie mają za dużo podobieństw z ojcem. Ja na przykład jestem kopią mojej mamy.
Kotka nie zamierzała tego mówić wprost, ale definitywnie nie widziała w tych kociętach Drzemiącego Słońca. A już na pewno nie w tym małym, rozpuszczonym wodoroście, jakim jest Agatówkowa Łapa. Gdyby miała być szczera i nie znała lepiej Morświnowej Płetwy, to stwierdziłaby, że ojcem kociąt jest ktoś inny, że wojowniczka na boku spotykała się z kimś innym. Chociaż nie, nie zna za bardzo liliowej-białej wojowniczki. No, ale nie wygląda raczej na taką, co by mogła zdradzić. Wręcz przeciwnie, wygląda na bardzo lojalną i kochającą partnerkę. Chociaż kto ich tam wie? Różne rzeczy się w tych kocich klanach dzieją. Gdyby się okazało, że jakaś kotka miałaby kocięta z ojcem nie z jej klanu, to by się nawet nie zdziwiła. Ale nie, może lepiej nie zakładać takich rzeczy, bo takimi słowami mogłaby urazić Drzemiące Słońce — jednego z niewielu kotów, które szczerze jakkolwiek polubiła w Klanie Klifu.
— Pewnie masz rację. Wybacz, nadal się trochę tym wszystkim stresuję — zaśmiał się wojownik nieco nerwowo.
— A za co ty w ogóle przepraszasz? Za to, że chcesz być dobrym rodzicem? Nie denerwuj mnie nawet — prychnęła kotka, rzucając mu znaczące spojrzenie.
Dwójka kotów rozmawiała jeszcze dobre parę chwil, nim do obozu weszła z ziołami Jagnięcy Ukłon, która przywołała do siebie swoją uczennicę, po czym weszła do swojej małej „komnaty”.
— Wybacz, Drzemiące Słońce, ale najwidoczniej jestem teraz potrzebna — przeprosiła młodsza, wstając z zimnego kamienia.
— Oczywiście. Powodzenia życzę. — Skinął głową kocur.
— Dziękuję. I pilnuj tych swoich małych glonów — odparła kotka, a następnie lekkim krokiem ruszyła do legowiska medyka za swoją mentorką.
[827 słów]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz