Strzepnął ogonem i poruszył nieco wąsami. Mocny zapach ziół drapał go w nos. Po chwili, którą spędził stojąc nieco złowrogo w wejściu, jak gdyby nigdy nic, ruszył do środka. Minął starsze kotki, nieco schylając głowę w kierunku Mandarynkowej Gwiazdy, która nie spuszczała wzroku z jego osoby. Przez ten cały czas nawet się nie odezwał. Cisza wisiała niezręcznie i gęsto między trójką obecnych kotów. On nie śpieszył się; nie widział powodu. Nie robił nic złego. Tak naprawdę to po prostu wykonywał swoje obowiązki, a to konkretne zadanie zostało mu powierzone przez księżniczkę, która teraz wodziła za nim oczyma, jakby wręcz wymagała od niego ponownego zniknięcia. W końcu Klekoczący Bocian położył zawiniątko na boku i po raz pierwszy od dłuższej chwili nawiązał z czarną kontakt wzrokowy. Zwrócił się też do niej bezpośrednio.
— To zioła na twój katar. Nazbierałem więcej rumianku; obrodził niedaleko obozu — oznajmił zwięźle, przeskakując na moment na pysk babki, która wpatrywała się w niego z tą kapką... nieufności. To była nowość. Starał się nie wychylać i nie obijać na tyle, aby ktokolwiek mógł być względem niego nastawiony otwarcie wrogo czy nieprzystępnie. A na pewno nie liderka, której zwyczajnie nie chciał pchać się pod łapy.
— To zioła na twój katar. Nazbierałem więcej rumianku; obrodził niedaleko obozu — oznajmił zwięźle, przeskakując na moment na pysk babki, która wpatrywała się w niego z tą kapką... nieufności. To była nowość. Starał się nie wychylać i nie obijać na tyle, aby ktokolwiek mógł być względem niego nastawiony otwarcie wrogo czy nieprzystępnie. A na pewno nie liderka, której zwyczajnie nie chciał pchać się pod łapy.
— Dobrze, dziękuję, Klekoczący Bocianie. Możesz wyjść — powiedziała prędko Róża. Przez moment kocur stał nieruchomo. Raczej nie spodziewał się, że zostanie tak... otwarcie wyrzucony z legowiska, w którym mieszkał. Nie wiedział, co ze sobą począć. W planach miał zaszyć się w swoim kącie i zwyczajnie przeczekać ten kolejny, nudny i paskudny dzień, ale… teraz wszystko się zepsuło. W końcu zielonooka chyba zrozumiała, że nie tego spodziewał się jej asystent i wymyśliła coś na szybko. — A czy chciałbyś przejść się do Nenufarowego Kielicha? Narzekała ostatnio na bóle stawów i pleców, a w dodatku na pewno będzie jej miło, że zwyczajnie też do niej wpadniesz.
Kocur skinął łbem i równie nieśpiesznie wyszedł z legowiska. Przez moment miał nawet ochotę, aby zaczaić się gdzieś przy wejściu i nasłuchiwać rozmów dwóch starszych Nocniaczek, ale prędko doszedł do wniosku, że nic dobrego by z tego nie wyszło. Nie był też aż tak wścibski czy zwyczajnie przejęty ową sytuacją, aby pchać się pod pazury i kły losu, który i tak najpewniej by go pokarał, jak robił to od wielu księżyców.
Jego wizyta u samotnej starszej przebiegła nawet miło. Klekotek lubił ją. Była przyjemna w obyciu i spokojna, a w dodatku nie sprawiała zbyt wielu problemów medycznych, zwłaszcza jak na kota w jej wieku. Porozmawiali przez moment o tym, co mogło dziać się w Klanie Nocy pod nosami wszystkich kotów, ale nie zagłębiali się w żadne przedziwne teorie spiskowe, których młody medyk miał już i tak po dziurki w nosie, nawet bez interesowania się nimi. Kiedy wyślizgnął się z powrotem na otwarty obóz, z legowiska obok właśnie wychodziła Mandarynkowa Gwiazda. Za nią widać było jeszcze przez moment mordkę Różanej Woni, która szeptała do niej ostatnie słówka.
<Mandaryna?>
Wyleczeni: Różana Woń
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz