*TW: atak paniki, samookaleczenie*
Biegł przed siebie, ile sił w łapach. Płuca piekły go od wysiłku, jednak głowa nie pozwalała przestać. Musiał biec. Znów musiał uciekać, chociaż już zaczynało się robić normalniej. Lecz iluzja tej zmiany pękła w jednej chwili, gdy rudy dowiedział się, że zostanie mentorem. Wtedy poczuł, jakby cała ziemia spod jego łap zaczęła uciekać, a on sam zaczął wpadać w wielką, ciemną otchłań. Był przerażony tym faktem. Nie chciał ucznia, doskonale wiedział, że nie był gotowy. Bał się, że skrzywdzi młodego Gołąbka swoimi problemami, które z dnia na dzień coraz bardziej zżerały go od środka. I chociaż powód paniki Poranku mógł okazać się błahy, dla kogoś, kto trzymał w sobie wszystko, było to jak wybuch, zakłócający mu ówczesny porządek. A to była jedyna rzecz, której rudy mógł się trzymać. Miał wrażenie, że wali mu się cały świat.
Zatrzymał się wreszcie na polanie, dysząc ciężko ze zmęczenia. Spuścił głowę, starając się powstrzymać łzy, cisnące mu się do oczu. Serce biło mu jak oszalałe, jakby również rwało się do ucieczki, byle jak najdalej od rzeczywistości. Byle jak najdalej od Chwastu.
Wtedy usłyszał złowieszcze krakanie wron, brzmiące prawie jak śmiech. Mroczne ptaki latały nad nim, jakby obserwując jego marny los. Śmiejąc się z jego istnienia, dokładnie jak szepty w jego snach.
– Zamknijcie się! – krzyknął łamiącym się głosem. – Co ja wam zrobiłem?! – warknął, spoglądając w górę, na wrony na tle zachmurzonego nieba. I chociaż tak strasznie pragnął usłyszeć ich odpowiedź, w zamian uzyskał tylko ciszę, pozostawiającą go w niewiedzy. Znów został sam. – Co jest ze mną nie tak, na Wszechmatkę! – łzy zaczęły spływać mu po policzkach, serce dudniło w uszach, a oddech, zamiast się uspokajać, tylko przyspieszał. Rudy otworzył szerzej oczy z przerażenia. Wiedział już, co to oznacza, ale nie wiedział, jak uciec.
– Poranku? – znajomy głos rozniósł się po polanie, nie przywracając jednak uzdrowiciela do rzeczywistości, jak zazwyczaj. Derwisz, wraz z Jaskier i Jeżogłówką, stali nieopodal Chwastu, wszyscy wyglądali na zdziwionych. – Poranku, wszystko dobrze? – zapytał od razu Derwisz, zostawiając swoich towarzyszy z tyłu. Rudy zjeżył sierść na karku, na widok starszego samotnika. Wzrok miał wbity w ziemię, nie był w stanie spojrzeć na Derwisza, zwłaszcza w takim stanie. Ten jednak wydawał się nie zwracać na to większej uwagi. Powoli podchodził do uzdrowiciela, analizując jego stan.
– O-Odsuń się – powiedział przez łzy Poranek.
– Poranku nic ci nie zrobię – zapewniał Derwisz, nie słuchając próśb rudego. – Jestem tu by ci pomóc.
– K-Kłamiesz! – warknął Chwast, czując jak jego oddech tylko przyspiesza ze stresu. To było już za dużo. Potrzebował spokoju. Potrzebował samotności. Potrzebował zniknąć.
– Spokojnie... – mruknął samotnik i wtedy złapał Owocniaka.
– Zostaw mnie! – syknął przerażony Chwast. Od razu zaczął się miotać, byleby starszy kocur go puścił. Ten jednak nie ustępował, dalej starając się przytrzymać rudego.
– Poranku spokojnie, nie chce zrobić ci krzywdy!
Chwast dalej się miotał. W końcu wyciągnął pazury i zamknął oczy, a ostatnie co pamiętał z tamtej chwili, to krzyk kogoś w oddali. Gdy otworzył oczy Derwisz leżał obok na ziemi. Wpatrywał się w rudego z czymś nieodgadnionym w oczach.
– Co ty wyrabiasz?! – krzyk Jaskiera odbił się echem w jego uszach. Młodszy kocur szybko stanął między dwójką starszych. Dopiero po chwili doszła do nich Jeżogłówka, która od razu przycupła przy Derwiszu. – On chciał ci przecież pomóc! – syknął Jaskier. Poranek dalej stał w tym samym miejscu. Z oczu dalej leciały mu łzy, tym razem jednak patrzył prosto na Derwisza. Poczuł jak coś ostrego łapie go za gardło. Niczym szpony, pozbawiające go możliwości prawidłowego oddychania. Szybko zaczął dyszeć, przyciągając tym samym uwagę Jeżogłówki. Jednak on sam się tym nie przejmował. Jedne o czym myślał to leżący na ziemi Derwisz, którego zranił.
– J-Ja przepraszam... – wydukał po chwili. – To nie tak miało wyglądać. To... Ja... – wyszeptał, próbując kurczowo złapać oddech pomiędzy każdym słowem. W końcu odwrócił głowę i szybko pobiegł na oślep przed siebie, chcąc tylko zniknąć samotnikom z oczu. Płuca piekły go z wysiłku. Mimo to biegł dalej, nie odwracając się za siebie. Czuł się strasznie, a każda myśl upewniała go w fakcie, że wszystko zepsuł. Fala negatywów zalewała go z każdym uderzeniem serca, a on sam czuł się jak pod wodą. Dokładnie jakby tonął i nie miał kontroli nad tym, co się dzieje. W końcu się zatrzymał. Dysząc ciężko usiadł na ziemi. Potrzebował czegoś by się uspokoić. Czegokolwiek...
***
*TW: dalej samookaleczenie*
Włóczył się po terenach Owocowego Lasu. Ból promieniował z jego łapy, jednak ten się tym nie przejmował. To ten ból jakkolwiek go uspokoił. Mimo to Poranek nie czuł się na siłach by wrócić do "domu". Nie chciał by ktokolwiek widział go w tym stanie. Zwłaszcza jego siostry czy ktokolwiek z legowiska uzdrowicieli.
Słońce powoli znikało za drzewami, tworząc na niebie ładną, pomarańczową poświatę. Zimny wiatr mierzwił futro na grzbiecie Chwastu, gdy ten przedzierał się przez krzaki do swojego drzewa. W końcu jego oczom ukazała się wielka roślina, którą odwiedzał zdecydowanie za często. Powoli podszedł do pnia i wtedy zauważył Derwisza. Kocur siedział z zamkniętymi oczami. Pysk miał zwrócony ku górze, jakby rozkoszował się lekkim jesiennym wiatrem. Otworzył oczy i spojrzał spokojnie na Chwasta, który stał w bezruchu, z przerażeniem wypisanym na twarzy.
– Możemy porozmawiać? – zapytał tylko, dalej z tym samym spokojem.
– Nie chce rozmawiać – powiedział Chwast, drżącym głosem.
– Proszę Poranku. To ważne. Widzę w jakim jesteś stanie. Wiele kotów się o ciebie martwi, w tym ja – odparł Derwisz. Coś w jego głosie przekonywało rudego. Może cały ten spokój? A może po prostu fakt, że Derwisz był spoza Owocowego Lasu. Niezależnie od przyczyny, skutek był jeden - Poranek się zgodził i usiadł obok samotnika.
– O czym chcesz rozmawiać?
– O tym czego byłem świadkiem – oznajmił starszy kocur, wzdychając ciężko. – Widzę, że się bardzo męczysz. I choć wiedziałem o tym już wcześniej, nie sądziłem, że wygląda to aż tak – mruknął.
– Skąd wiedziałeś? – zapytał Chwast, prawie że od razu.
– Od twoich sióstr – przyznał Derwisz. Nastała chwila przeszywającej ciszy. Poranek nie wiedział, co powiedzieć. Jego myśl znów przyspieszyły, a każda sytuacja w końcu zaczęła składać się w pełną całość.
– To przez nie tak się przejmujesz – wywnioskował rudy. – To one przekonały cię do pomocy mi. Nawet jeśli jej nie potrzebuje. A ja wierzyłem w te kłamstwa.
– To nie tak Poranku – zaczął Derwisz.
– To jak? Nagle zacząłeś się przejmować i pojawiać się w moim miejscu. I mówisz, że na pewno nie pokryło się to ze zmartwieniami moich sióstr?
– Wtedy gdy twoje siostry cię szukały, opowiedziały mi o tym co się stało. Jednak na tym skończyła się nasza rozmowa. Znalazłem cię przypadkiem, a już wcześniej widziałem, że nie jesteś w najlepszym stanie. Poranku nie mam celu w oszukiwaniu ciebie. Po prostu chciałem ci pomóc. Nie mogę patrzeć jak ktoś cierpi, nikt na to nie zasługuje. W tym ty – wyjaśnił Derwisz. – Twoje siostry nie mają w tym nic wspólnego. Nigdy nie miały – zapewniał. Poranek spuścił lekko głowę. Samotnik nie miał żadnego celu w oszukiwaniu go. Nawet jak rudy próbował się go doszukać, nie miał jak. Ledwo się znali, Derwisz i tak nie mieszkał w Owocowym Lesie, nie miał jak wykorzystać jego słabości. – Co stało ci się w łapę? – z zamyślenia wyrwał go głos kocura. Chwast nie odpowiedział i tylko schował łapę z dala od wzroku Derwisza. – Ty to zrobiłeś?
– To nie tak miało wyglądać – wydukał rudy. – To nic takiego.
– Poranku, to nie jest nawet opatrzone – zauważył samotnik. – To przez tę sytuację? Nie zraniłeś mnie Poranku. Naprawdę. Tylko mnie odepchnąłeś – powiedział przejęty Derwisz. Po chwili wstał i stanął przed Porankiem, by pokazać mu, że nie zranił go w żaden sposób. – Proszę nie rób tak więcej. To nie jest dobre – powiedział. Rudy za to się nie odezwał. Nie chciał rozmawiać z Derwiszem. Musiał już wracać do obozu i obydwoje doskonale o tym wiedzieli. – Daj mi ją opatrzeć – poprosił.
– Sam to zrobię jak wrócę – oznajmił cicho Chwast.
– A wrócisz?
– Tak – stwierdził uzdrowiciel po chwili. – Teraz mam ucznia. Muszę wrócić.
– Możemy się jeszcze spotkać i porozmawiać na spokojnie? – zapytał na koniec Derwisz. – Chociaż raz.
***
Spotkał się później z Derwiszem. Opowiedział mu o tym, jak się czuje. O tym, dlaczego to wszystko miało miejsce. Co siedzi w jego głowie. Pierwszy raz w ciągu całego swojego życia był tak szczery. Pierwszy raz poczuł, jak bardzo potrzebuje takich rozmów. Nie mógł już dłużej trzymać tego w sobie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz