Muszę przyznać, że nie zareagowałem ze zbyt dużą ekscytacją na wieść o wyprawie na brzozy. Po ostatnim, dość bliskim spotkaniu z drzewem (a raczej pniem), mój zapał nieco osłabł i teraz do drzew podchodziłem z większą ostrożnością. Nie powiem tego nikomu, ale odkąd wbiegłem w tamto drzewo, to wydaje mi się, że mój nosek jest jakby bardziej…płaski… Ale co zrobić? Znaczy, wiem, co. Trzeba zrobić, jak Kurka karze.
No bo tak trzeba. Tak trzeba.
— No… No dobra.
Podążyłem krok w krok z Kurką w stronę wyjścia z obozu. Nie zwracałem do końca uwagi na drogę, którą szliśmy, gdyż skupiony byłem na tym, by stawiać łapki tak, żeby nie nadepnąć na żaden patyczek. Nie szliśmy długo, w końcu zatrzymaliśmy się przed… dziwnym, białym drzewem. Białym. Drzewem…?
— Huh. Ale… ale czemu to… to białe jest? Drzewa nie są białe. Drzewa są brązowe.
Zmrużyłem oczka, mierząc hochsztaplera nieufnym wzrokiem.
— Wcale nie! — powiedział Kurka, uśmiechając się z lekkim zdziwieniem. — Drzewa mają różne kolory. Większość jest faktycznie brązowa lub ma korę w ciemniejszym lub jaśniejszym jego odcieniu. Ale! Niektóre z nich mogą być też białe. To nic nadzwyczajnego.
— Hm. Ale to jest białe. Nie znam żadnego białego drzewa.
— No to teraz już znasz! Dalej spróbujemy się wspiąć.
— Ja spróbuję.
— Dokładnie.
Mruknąłem nisko, nadal niedowierzając słowom mentora. Nie jemu. Tylko jego słowom. W mentora nie można wątpić. Ale w słowa tak. W słowa wręcz należy wątpić. Dlatego, żeby we mnie nikt nie wątpił, nie mówię dużo.
Próbowałem stopniowo przypomnieć sobie wszystkie instrukcje Kurki dane mi na przestrzeni ostatnich dni, dotyczące wspinaczki na drzewa. Nie mam pojęcia, czy działają one również na białe drzewa. Ale chyba starszy kocur by mnie nie oszukał. Ja to wymagam dużo od innych. Wymagam dużo od mojego mentora. W zamian robię to, co mi każe, i nie narzekam. Zachowuję się logicznie. I pracuję nad sobą. Czasami. Jestem dobrym uczniem. Jestem dobrym uczniem.
— Uhh… No dobra…
Podszedłem niepewnie do drzewa. Muszę przyznać, że nabrałem do nich dość sporego respektu w ostatnim czasie…
Spojrzałem niepewnie na mentora, a ten kiwnął zachęcająco. Pokręciłem główką z niedowierzania i zażenowania. To nie skończy się dobrze.
Spiąłem się i oparłem łapki o pień, wysuwając pazury, które miękko wbiły się w korę i rdzeń białego drzewa. Białe drzewo musiało również być młode. Już chyba umiem to rozpoznać.
Po dłuższej scenie walki, udało mi się wgramolić na najniższą gałąź. Wysokość była podobna do poprzedniego drzewa, na które udało mi się wejść. Za pierwszym razem była to wysokość akceptowalna. Jednak teraz…teraz…
W mojej małej główce pojawił się dobrze mi znany głos, będący odbiciem i kreacją moich najgłębszych ambicji.
Możesz lepiej. Możesz wejść wyżej. Możesz wyżej. Wyżej. Wyżej.
Wiem, że mogę. Oczywiście, że mogę. Jedyne, co mnie ogranicza, to mój strach. I może brak jakichkolwiek umiejętności. I oceniający – choć niecelowo zapewne – wzrok Kurki. I… parę innych czynników.
Wyżej. Wyżej.
Zacząłem się wspinać. Druga gałąź przyszła dość ciężko. Z każdą kolejną było coraz lepiej.
— Borowiku! Może nie tak wysoko, co? Na razie lepiej zostać przy niższych gałęziach…
Powiedział Kurka, robiąc kilka kroków w stronę pnia. Jego ton z jakiegoś powodu nie brzmiał spokojnie.
— Mhm… — mruknąłem, próbując utrzymać równowagę na gałęzi. Po chwili zdałem sobie sprawę, że mentor nie mógł tego usłyszeć, więc dodałem. – Dobrze. Dobrze. Jeszcze tylko jedna.
Wyżej. Wyżej.
Starałem się nie patrzeć w dół, gdy moje pazurki wbiły się w ostatnią gałąź. Spiąłem się i wybiłem lekko, lądując u celu. Była ona stosunkowo wąska i cienka, ale dzięki mojemu niedużemu wzrostowi i wadze była dla mnie w sam raz.
Yay. Moje ambicje na dziś zostały spełnione.
Objąłem wzrokiem las dookoła. Widok był… porażający. Byłem o wiele wyżej niż myślałem. Zakręciło mi się nagle w głowie… Na szczęście przed upadkiem i nagłą śmiercią spowodowaną upadkiem z wysokości uratowała mnie moja szczególna umiejętność – jak mi się kręci w głowie, to nie odpływam, moje mięśnie się nie rozluźniają, lecz napinają jeszcze bardziej, więc po prostu ścisnąłem gałąź mocniej.
Au.
Zabolał mnie lewy pazurek u prawej łapki.
Mam nadzieję, że się nie złamał. To by było smutne.
— Borowiku! Już wystarczy, zejdź na dół!
Powiedział Kurka bardziej stanowczo.
— Uhh… No… ja to… bardzo chętnie, tyle że…
Skrzywiłem się lekko.
— No zejść nie umiem.
Nie nauczyłem się jeszcze zchodzić z drzew. Z pierwszego to…no, nawet na nie nie wszedłem, lecz w nie wbiegłem. Z drugiego zeskoczyłem, bo było nisko. No, a teraz to ja umarłbym, jakbym skoczył. A może nie?
— To ja…skoczę może?
— Nie! Czekaj tam. Zaraz do ciebie wejdę i ci pomogę…
— Nie no. Skoczę po prostu. Szybciej będzie.
— Nie żartuj nawet!
— Dobra, to skaczę.
— Czekaj-
Puściłem gałąź.
A.
Chwila.
Jednak nie.
Moje pazurki… wbiły się tak głęboko, że w sumie to nie bardzo mogę je wyciągnąć.
— Aha. Jednak fałszywy alarm. Um. Sorki.
— Wszechmatko…
Nie widziałem wyraźnie twarzy mentora, gdyż moje oczy skupione były na wszystkim, tylko nie na ziemi i wszystkim, co przyziemne. Ale z tonu jego głosu wywnioskowałem, że musiał być chyba niezbyt szczęśliwy. Ciekawe, dlaczego. Muszę go potem zapytać, czemu mu smutno.
— Dobra. Nowy pomysł.
— Nie! — Nie jestem w stanie tego zobaczyć, ale zapewne jego pełne zgrozy oczy musiały się rozszerzyć jeszcze bardziej. Po chwili dodał trochę spokojniej. — Nie, nie. Zaczekaj tam. Wejdę.
— Ale nie. Nie. Serio. Chwilka. Pomysł mam. Dobry pomysł. Obiecuję, że nie umrę na twoim treningu.
Nie wiem, co zrobił Kurka, ale nie mówił nic. Milczenie uznałem za aprobatę, a przynajmniej brak sprzeciwu. Wyjąłem ostrożnie każdy wbity pazurek moich łapek z gałęzi, więc mogłem się już poruszać.
Po krótkiej analizie wymyśliłem genialny plan. Gałąź była długa i cienka. Nie ugina się, jako że stoję blisko jej trzonu, w najgrubszej i najstabilniejszej części. Ale gdybym stanął na jej końcu…
Zacząłem ostrożnie czołgać się po gałęzi do przodu. Nie czułem przerażenia. Chyba pogodziłem się ze śmiercią. To znaczy, wierzyłem w moje wybitne umiejętności. Tak. Bo nie mogę umrzeć. Nie dziś. Bo obiecałem. Jak umrę, to będą mówić, że jestem kłamcą. Nie zniósłbym tego.
Kurka chyba zdążył zrozumieć mój plan i nie próbował mi przeszkodzić.
Z każdym przesunięciem gałąź uginała się trochę bardziej. W końcu dotarłem na sam jej kraniec, ciasno obejmując ją łapkami. Byłem teraz trochę bliżej ziemi. Nie bardzo blisko, ale na tyle, żeby może nie zginąć od razu.
— Dobra, puszczam teraz. Teraz.
No to puściłem.
Tym razem na serio.
W locie obróciłem się i wylądowałem na ziemi na krzaku pod białym drzewem, na czterech łapkach.
Po krótkim starciu pokonałem krzak i udało mi się z niego wynurzyć. Cały umorusany, z podrapanym brzuszkiem i nastroszonym futerkiem, bez pazurka. Spojrzałem w górę na Kurkę, który stał przede mną, z wyrazem pyska trudnym do wpisania w kategorię smutny czy szczęśliwy. Ale szczęśliwy nie był na pewno.
— Ah, Borowiku…!
— Ja wiem. Więcej nie wejdę na żadne drzewo. Uh. Do następnego treningu wspinaczki, znaczy. To był najgorszy dzień w moim życiu. Zaraz po dniu, w którym ktoś wymienił mi moje zwykłe posłanie na czyste… To było straszne.
Nie wiem, dlaczego czułem taką potrzebę tłumaczenia się mentorowi. Może chciałem go uspokoić. Ale dlaczego? Nie muszę go uspokajać. Nie ma logicznej podstawy, bym czuł się w jakikolwiek sposób odpowiedzialny za jego emocje…um…no dobra, może i są. Ale to nie tak…
— Ale… ale wlazłem. Na… na górę. I… zszedłem sam. To… dobrze. Dobrze. Prawda… że dobrze…? Powiedz, że dobrze, Kurko.
Chwila.
Jednak nie.
Moje pazurki… wbiły się tak głęboko, że w sumie to nie bardzo mogę je wyciągnąć.
— Aha. Jednak fałszywy alarm. Um. Sorki.
— Wszechmatko…
Nie widziałem wyraźnie twarzy mentora, gdyż moje oczy skupione były na wszystkim, tylko nie na ziemi i wszystkim, co przyziemne. Ale z tonu jego głosu wywnioskowałem, że musiał być chyba niezbyt szczęśliwy. Ciekawe, dlaczego. Muszę go potem zapytać, czemu mu smutno.
— Dobra. Nowy pomysł.
— Nie! — Nie jestem w stanie tego zobaczyć, ale zapewne jego pełne zgrozy oczy musiały się rozszerzyć jeszcze bardziej. Po chwili dodał trochę spokojniej. — Nie, nie. Zaczekaj tam. Wejdę.
— Ale nie. Nie. Serio. Chwilka. Pomysł mam. Dobry pomysł. Obiecuję, że nie umrę na twoim treningu.
Nie wiem, co zrobił Kurka, ale nie mówił nic. Milczenie uznałem za aprobatę, a przynajmniej brak sprzeciwu. Wyjąłem ostrożnie każdy wbity pazurek moich łapek z gałęzi, więc mogłem się już poruszać.
Po krótkiej analizie wymyśliłem genialny plan. Gałąź była długa i cienka. Nie ugina się, jako że stoję blisko jej trzonu, w najgrubszej i najstabilniejszej części. Ale gdybym stanął na jej końcu…
Zacząłem ostrożnie czołgać się po gałęzi do przodu. Nie czułem przerażenia. Chyba pogodziłem się ze śmiercią. To znaczy, wierzyłem w moje wybitne umiejętności. Tak. Bo nie mogę umrzeć. Nie dziś. Bo obiecałem. Jak umrę, to będą mówić, że jestem kłamcą. Nie zniósłbym tego.
Kurka chyba zdążył zrozumieć mój plan i nie próbował mi przeszkodzić.
Z każdym przesunięciem gałąź uginała się trochę bardziej. W końcu dotarłem na sam jej kraniec, ciasno obejmując ją łapkami. Byłem teraz trochę bliżej ziemi. Nie bardzo blisko, ale na tyle, żeby może nie zginąć od razu.
— Dobra, puszczam teraz. Teraz.
No to puściłem.
Tym razem na serio.
W locie obróciłem się i wylądowałem na ziemi na krzaku pod białym drzewem, na czterech łapkach.
Po krótkim starciu pokonałem krzak i udało mi się z niego wynurzyć. Cały umorusany, z podrapanym brzuszkiem i nastroszonym futerkiem, bez pazurka. Spojrzałem w górę na Kurkę, który stał przede mną, z wyrazem pyska trudnym do wpisania w kategorię smutny czy szczęśliwy. Ale szczęśliwy nie był na pewno.
— Ah, Borowiku…!
— Ja wiem. Więcej nie wejdę na żadne drzewo. Uh. Do następnego treningu wspinaczki, znaczy. To był najgorszy dzień w moim życiu. Zaraz po dniu, w którym ktoś wymienił mi moje zwykłe posłanie na czyste… To było straszne.
Nie wiem, dlaczego czułem taką potrzebę tłumaczenia się mentorowi. Może chciałem go uspokoić. Ale dlaczego? Nie muszę go uspokajać. Nie ma logicznej podstawy, bym czuł się w jakikolwiek sposób odpowiedzialny za jego emocje…um…no dobra, może i są. Ale to nie tak…
— Ale… ale wlazłem. Na… na górę. I… zszedłem sam. To… dobrze. Dobrze. Prawda… że dobrze…? Powiedz, że dobrze, Kurko.
[wspinaczka na drzewa]
[1214 słów]
[24% + 5%]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz