Sporej wielkości maszyna raz po raz podrygiwała przy zetknięciu z nierównościami drogi, dość głośno domagając się wymiany amortyzatorów. Zakręty również sprawiały jej kłopot, bo gdy kierownica skręcała w którymś kierunku, to chociaż auto trzymało się wszystkimi oponami czarnej powierzchni, to wszystkie przedmioty we wnętrzu jego brzucha, które nie miały szczęścia i nie zostały pobłogosławione przez bozię (czy inną siłę wyższą) nogami czy rękami którymi mogłyby się przytrzymać; frunęły w kierunku, w którym akurat popchnęła je niewidzialna siła. Jedynym, co chroniło od tego nieprzyjemnego losu Księżycowego Odłamka było dziwne, plastikowe pudło z, jak się okazało, nieprzegryzalną, twardą, plastikową siatką, przez którą mógł patrzeć na zewnątrz. Albo przynajmniej mógłby. Nigdy tak bardzo nie pragnął by coś móc zobaczyć, jak teraz. Nie mógł wyjść, obijał się o coś, co nie było ani drewnem, ani kamieniem, ani niczym, co znał. Gdy nawoływał, nie dostawał żadnej odpowiedzi i końcowo zamilkł, bojąc się odezwać i jedynie nasłuchując otoczenia, mając nadzieję na jakieś wskazówki odnośnie swojego miejsca położenia. Był świadom, że się przemieszcza, tyle wiedział, natomiast z zapachu nic wywnioskować nie mógł. Obca, słodkawa, syntetyczna woń gilgotała go po nosie, a nowe ilości unoszącego się kurzu skutecznie przeszkadzały mu w dalszym obeznaniu terenu, końcowo niemal całkiem zabierając mu możliwości czucia. To w czym był, nie miało możliwości wyjścia, a na domiar złego, dźwięki rozbrzmiewające w aucie też nie były pomocne, mieszając ze sobą wycie z radia oraz rozmowę dwóch dwunożnych, którzy byli odpowiedzialni za jego obecny stan i drgawki, o których uświadomił sobie jakoś w połowie drogi. Z początku było mu gorąco ze stresu i adrenaliny, jednak teraz czuł jedynie nieprzyjemny ucisk w głowie, w żołądku i przejmujący chłód który zagnieździł mu się w kościach.
,,Chcę stąd wyjść. Chcę wyjść, chcę wyjść, chcę wyjść, chcę wyjść"
Nie miał jak. Jeśli wrócimy kilkanaście minut w tył by prześledzić, jak znaleźliśmy się w tej sytuacji, moglibyśmy oczami przeciętnego klanowego kota zobaczyć tą samą dwójkę ludzi, która teraz siedziała na przednich siedzeniach gderając ze sobą z przejęciem, trzymających jedzenie czy inne smaczki kocie, dzięki którym mieli złapać kilka osobników, chociaż, szczęście w nieszczęściu, skończyło się na jednym. Jednym klanowym i jednym, którego zgarnęli gdzieś po drodze, jednak srebrny szybko zrozumiał, że nawiązanie jakiejkolwiek konwersacji z drugim porwanym było niemożliwe, a Księżyc nie mógł stwierdzić, czy to dlatego, że jest niemy, czy po prostu tak samo sparaliżowany jak on sam. Nadal czuł silne łapy, które chwyciły go za boki i pomogły we włożeniu go do obecnego więzienia, podczas, gdy dziwna linka owinęła mu się wokół gardła. Przejechał powoli łapą po krtani, przełykając ciężko ślinę, znów wracając myślami w przeszłość. Dryfujący Fluoryt powinna już zawiadomić cały klan o zajściu i Księżyc nieco obawiał się o los towarzyszki. To ona była z nim na spacerze, najpierw próbując walczyć, kończąc z przymusem ucieczki, jeśli sama chciała uniknąć olbrzymich łap owitych w coś, przez co ciężko się było dostać do prawdziwej skóry dwunożnego. Jeszcze z początku myślał, że może to wina Rybiej Łapy, że może coś nagadała dwunożnemu, jednak szybko się opamiętał gdy pojął, że nie jest to możliwe... raczej. W końcu dwunożni nie rozumieli jego słów, więc jak mogliby zrozumieć jej? Zwinął się mozolnie w kłębek, wciskając jak najgłębiej w róg pudła by schować się pod swoimi uszami, nerwowo wygryzając sobie sierść na łapach, witając się z przyjemną pustką w głowie.
,,Chcę stąd wyjść. Chcę wyjść, chcę wyjść, chcę wyjść, chcę wyjść"
Nie miał jak. Jeśli wrócimy kilkanaście minut w tył by prześledzić, jak znaleźliśmy się w tej sytuacji, moglibyśmy oczami przeciętnego klanowego kota zobaczyć tą samą dwójkę ludzi, która teraz siedziała na przednich siedzeniach gderając ze sobą z przejęciem, trzymających jedzenie czy inne smaczki kocie, dzięki którym mieli złapać kilka osobników, chociaż, szczęście w nieszczęściu, skończyło się na jednym. Jednym klanowym i jednym, którego zgarnęli gdzieś po drodze, jednak srebrny szybko zrozumiał, że nawiązanie jakiejkolwiek konwersacji z drugim porwanym było niemożliwe, a Księżyc nie mógł stwierdzić, czy to dlatego, że jest niemy, czy po prostu tak samo sparaliżowany jak on sam. Nadal czuł silne łapy, które chwyciły go za boki i pomogły we włożeniu go do obecnego więzienia, podczas, gdy dziwna linka owinęła mu się wokół gardła. Przejechał powoli łapą po krtani, przełykając ciężko ślinę, znów wracając myślami w przeszłość. Dryfujący Fluoryt powinna już zawiadomić cały klan o zajściu i Księżyc nieco obawiał się o los towarzyszki. To ona była z nim na spacerze, najpierw próbując walczyć, kończąc z przymusem ucieczki, jeśli sama chciała uniknąć olbrzymich łap owitych w coś, przez co ciężko się było dostać do prawdziwej skóry dwunożnego. Jeszcze z początku myślał, że może to wina Rybiej Łapy, że może coś nagadała dwunożnemu, jednak szybko się opamiętał gdy pojął, że nie jest to możliwe... raczej. W końcu dwunożni nie rozumieli jego słów, więc jak mogliby zrozumieć jej? Zwinął się mozolnie w kłębek, wciskając jak najgłębiej w róg pudła by schować się pod swoimi uszami, nerwowo wygryzając sobie sierść na łapach, witając się z przyjemną pustką w głowie.
┈◦☽⭒┈𝄪⚪𝄪┈⭒☾◦----
Nigdy nie był świadom jak bardzo nienawidzi dotyku, aż do teraz. Z początku sparaliżowany strachem, stał skamieniały na czymś zimnym i gładkim, pozwalając, żeby łapy stworów go badały, jednak szybko osiągnął swoje limity wytrzymałości, co doprowadziło do jego próby ucieczki. W ten sposób skończył w jakiejś naprawdę paskudnej i mocnej pajęczynie, która za żadne skarby nie chciała dać się przegryźć ani przerwać. Nie pamiętał szczegółów tego paskudnego zdarzenia, gdy odstawiono go z powrotem do znanego już pudła, jednak niekomfortowe uczucie w oczach nie dało o sobie zapomnieć. Coś mu wkropili i teraz miał wrażenie, jakby został mu wtarty w nie jakiś intruz, nawet nie rejestrując faktu, że teraz są całkiem dobrze nawilżone. Bardziej przerażający i za razem interesujący był fakt, że otoczenie dookoła niego było tak nasączone smrodem należącym do zwierząt różnego rodzaju, mieszając się z czymś dziwnym, obcym i syntetycznym, że nie wiedział, czy marszczyć nos, czy wymiotować. Jak bardzo obszczane przez psy było to miejsce? Rzucą go im do rozszarpania? Dla zabawy? Może jako pożywienie? Zadrżał mimowolnie, znów odczuwając nieprzyjemne ciarki na plecach. Czy teraz maltretowali tego drugiego kota?
- Hej! Hej ty! - ktoś zawołał. Do niego? - Hej, ty! Głuchy jesteś? Coś taki niemrawy, jaja ci odcięli? - zarechotał znów głos, który wyraźnie należał do jakiegoś starszego kocura... chociaż, czy starszego...? Po głosie może odrobinę, ale kto wie, jak było naprawdę.
- Te, może rzeczywiście niemowa. Albo głuchy. Ajajaj, słuchaj, co ty, pierwszy raz tu jesteś? Jak ci jeszcze nic nie zabrali, to masz jeszcze czas, żeby się pomodlić! Może wtedy chociaż połowę zostawią - znów zarechotał i Księżyc nabrał przekonania, że rozmawia z kimś niezwykle... osobliwym. Chociaż rozmowa to za wiele powiedziane, patrząc na to, że nie wydobył ze swojej strony ani słowa, a gdy otworzył pysk, z zaskoczeniem zauważył, że struny z nim nie współpracują, wydobywając z siebie coś na przełomie powietrza i cichego załamania. Odchrząknął.
- Do mnie... mówisz?
- Jednak gada, patrzcie no. A widzisz tu gdzieś innego kota? W kącie jakiś przerośnięty szczur siedzi, dziwny, tłusty, bez ogona... ale co mam do niego, zakwiczeć?
- Nie.. to... przepraszam. Właśnie nie do końca-
- Tak, tak, każdy się może trochę przestraszyć pierwszej wizyty, ale mógłbyś chociaż gębę otworzyć. No, powiedzmy, że wybaczone. Ciastek na mnie wołają moi dwunożni, ale matula mnie moja ochrzciła Ogonem, więc i tak się możesz do mnie zwracać, co? No, a na ciebie to jak trzeba, jaką łatkę dostałeś, co? Dziwne, że cię jeszcze nie wykastrowali, chociaż jak się tak przyjrzę jednym okiem, to... no, wyjdźże z tej ciemności, bo nie widzę, co ty... dobra, nie ważne. Może i mają powody. Moje też są na swoim miejscu, ale u biednego Chochlika... eh, szkoda strzępić wąsów - przerwano mu, nie mógł wyjaśnić, dlaczego nie odpowiadał i przede wszystkim, do reszty zagadano.
,,Niekomfortowy" przeszło mu przez myśl.
- No, to jak cię tam zwali?
- Księżycowy Odł...amek. - wypowiedział niespójnie, w połowie zastanawiając się, czy wymawiać pełne imię, które dla większości pewnie byłoby śmiesznie brzmiące i jak się okazało, wcale się nie mylił.
- Pffft, a kto cię to tak skrzywdził, nie mogła się mateczka zdecydować? Czy łysi ci tak dali.
- Łysi? Nie, to imię rodzinne. - próbował wyjaśnić tak, by dotarło do łebka rozmówcy. W końcu mógł się dopytać o to, co tu robi, co to za miejsce, czemu mieliby mu coś obcinać i czy w takim razie nie zostaną pożarci, ale ciężko było mu się jakkolwiek przebić z tym tematem! Co prawda na jedno już mógł sobie odpowiedzieć, w końcu gdyby mieli być zjedzeni, to Ogon nie byłby tak luźny i rozgadany, ani nie mówiłby o pierwszej wizycie.
- No, prości, różowi, ludzie - wymieniał - No ci twoi. Chyba, że ci oni twoi nie są.
- ... Nie? - srebrny był coraz bardziej zmieszany. Wiedział już, że chodzi o dwunożnych, ale co miał na myśli, że ,,twoi". Czyżby był jak Alba? Kotem, żyjącym z ....
,,Aleś ty głupi, to pieszczoch"
Zaskakujące było dla niego, jak długo zajęło mu przeanalizowanie w logiczny sposób sytuacji. Skoro był tu pieszczoch, to raczej nic mu nie groziło, a to oznaczało, że większość jego zmartwień, teorii i planów można było wyrzucić do kosza. Zostaje jeden, najważniejszy. Jak stąd wyjść i wrócić do domu.
- Hej, słuchaj, wiesz, jak stąd się wydostać? Muszę wrócić do siebie, nie mogę tu być. - spytał szybko, chcąc w końcu przebić się przez możliwy słowotok nieznajomego, nim ten zdążył otworzyć swój pysk.
- Wydostać? A po 'kie licho? Boś ty dziki? Słuchaj, ja to tam wiem jak działa życie poza domostwem i oj, brachu, wierz mi na słowo, z tymi tu nie zginiesz. Dają ci jeść i jeszcze nic w zamian nie wymagają! O, twoi wychodzą. - rzeczywiście, odgłosy się wzmogły wraz z otwarciem drzwi i już po chwili jego tymczasowe więzienie zachwiało się i wzniosło w górę, sprawiając, że Księżyc na moment stracił równowagę.
- Powodzenia, świeżaku. Może kiedy nam się przyjdzie spotkać! - usłyszał jeszcze, zanim uderzyła w niego woń opadłych liści i powiew zewnętrznego powietrza. Krótko się jednak nimi nacieszył, zanim znów wylądował w brzuchu potwora.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz