tw: krew, walka, śmierć
Gdy tylko Pieczarka ogłosiła nabór kotów do walki z bobrami, Guziczek się zgłosił. Oczywiście, że tak. Po pierwsze, musiał pomścić ojca i zadbać o bezpieczeństwo Owocowego Lasu na późniejsze lata. Tym bardziej, teraz gdy z Kurką wyznali sobie miłość i myśleli nad potomkami. Po drugie, uważał, że będzie to dobra okazja, aby pokazać, jakim dobrym jest wojownikiem, a może w kryzysowej sytuacji i liderem! W przyszłości mogłoby mu to pomóc w zdobyciu władzy.
Niecierpliwie czekał, aż koty się zbiorą do walki. A gdy wreszcie nadszedł ten dzień, Guziczek był gotowy. Stąpał pewnie, gdy wraz z innymi kotami szli nad tamę. Oczywiście, że wewnętrznie się bał – bobry wydawały się silne. Ale obecność Kurki obok, obecność wszystkich kotów i sama myśl, że to jest dla przyszłych pokoleń… Nie pozwoliła mu się poddać.
* * *
Wszystko działo się szybko. Zbyt szybko. Walka zaczęła się nagle, lecz przeciwnicy okazali się silniejsi, niż Guziczek sobie wyobrażał. Nie wiedział nawet, w którym momencie było tak dużo rannych. Po prostu walczył. Skakał na drzewa, atakował z zaskoczenia, pracował w parze z Kurką. Gdy jednak stawał na sekundę, aby złapać oddech, to widział jedynie krew. Szkarłatna ciecz osiadła na jego łapach i futrze, a on nawet nie był pewien czy należy do wrogów, czy sprzymierzeńców. Nie wiedział, czy chce wiedzieć.
Adrenalina, która wrzała w jego żyłach, sprawiała, że zwiadowca nie odczuwał tak dużego bólu, gdy bobry okaleczały jego ciało. W pewnym momencie nawet zostało mu dość agresywnie naderwane ucho. Nie przejmował się tym, nie poddawał się.
To pisk Kurki sprawił, że Guziczek się otrząsnął. Spojrzał na ukochanego, na to, jak kuleje, a jednak i tak staje obok czarno-białego, by pokonać kolejnego bobra. Nie pozwolił jednak liliowemu się przemęczać bardziej i odesłał go do uzdrowicieli, którzy ciągle pomagali poszkodowanym.
* * *
Kocur nie był pewien, ile to wszystko trwało. Był obolały, mięśnie w pewnym momencie zaczęły odmawiać mu posłuszeństwa, lecz ten i tak walczył. Bobrów było wiele, były silne, narobiły dużo szkód, lecz Owocniaki wreszcie wygrali. Ale straty nie były tak wielkie. Jeden zmarły kot i kilku bardziej poszkodowanych. Wszyscy pewnie będą nosić blizny tej walki, lecz… W przyszłości odetchną z ulgą.
– Guziczek… – uzdrowiciel chciał obejrzeć rany kocura, na których już zaschła krew.
Czarno-biały jednak pierwsze, co zrobił, gdy udało im się wygrać tę bitwę, było podbiegnięcie do Kurki i wtulenie się w jego futro. Był ciepły, oddychał, żył. Miał wybity bark, miał rany, ale żył. Obydwoje żyli. Obalali, pokryci krwią, ale żyli. Tylko tyle liczyło się dla Guziczka.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz