Kocimiętka nie była zachwycona tym, że Zalotna Gwiazda wybrała ją do misji odbicia Tropiącej Łaski. Właściwie miała wrażenie, że przywódczyni zrobiła to specjalnie. Być może chciała ją w ten sposób ukarać. W końcu to przez Kocimiętkowy Wir Sroce udało się wtedy uciec i powiadomić swoich wspólników o istnieniu grupy, która im zagrażała. To przez nią Nadciągający Pomrok i Rozbity Księżyc zostali zaatakowani, a szylkretowa wojowniczka porwana.
Rudofutra nie była jednak zniechęcona do tej misji, tylko dlatego, że traktowała ją jako karę. Najbardziej nie podobało jej się to, że musiała teraz nadstawiać karku, by uratować kultystkę. I to taką, która niedawno pozbawiła życia jej własną matkę. Kocimiętka nie potrafiła znieść myśli, że musi ryzykować własnym zdrowiem, by uwolnić morderczynię Dyniowej Skórki z łap samotników. Wcześniej nie była negatywnie nastawiona do Tropiącej Łaski. Właściwie nawet ją szanowała, ponieważ Zalotna Gwiazda zdawała się ją lubić. Tamtej nocy wszystko się jednak zmieniło. Kocimiętka nie potrafiła już patrzeć na szylkretową wojowniczkę tak samo, jak wcześniej. Widziała w niej jedynie brutalną wyznawczynię Mrocznej Puszczy, która niczym nie różniła się od pozostałych członków kultu.
Choć była to dość drastyczna myśl, zielonooka skrycie miała nadzieję, że misja zakończy się niepowodzeniem. Oczywiście nie życzyła nikomu krzywdy. Nie chciała być taka jak inni i nie zależało jej na tym, by którykolwiek z czwórki kotów, z którymi miała wyruszyć do Betonowego Świata, został poważnie ranny. Nie czułaby się jednak zawiedziona, gdyby samotnikom udało się przepędzić Wilczaków z miasta. Może wtedy Tropiąca Łaska mogłaby zostać z nimi na dłużej, a nawet na zawsze.
Kocimiętkowy Wir westchnęła ciężko, obserwując, jak do legowiska wojowników wpada coraz mniej światła. Zbliżał się wieczór, co oznaczało, że musieli wkrótce wyruszyć, jeśli chcieli dotrzeć na miejsce w nocy. Mistrzyni podniosła głowę i rozejrzała się wokół. Przesunęła wzrokiem po każdym z wojowników, z którym miała udać się na patrol, po czym wstała z miejsca.
— Zaraz wyruszamy — oznajmiła, ruszając w stronę wyjścia.
Następnie skierowała się do legowiska więźniów, by wyprowadzić stamtąd Srokę. Wraz z nią stanęła przy wyjściu z azylu i czekała na pozostałą czwórkę.
Jako pierwszy zjawił się przy niej Rozbity Księżyc. Przywitał się z nią krótko, po czym osunął się gdzieś na bok. W międzyczasie Wilczy Skowyt leniwie do nich podszedł.
— Na kogo jeszcze czekamy? — zapytał zachrypniętym głosem.
Nim ktokolwiek zdążył mu odpowiedzieć, na miejscu pojawił się również Cętkowany Tęgosz, a następnie Skowronkowa Rozkosz.
— Cześć wam! — młody przywitał się pogodnie. — Jak długo będziemy iść? Nigdy nie byłem w okolicach Betonowego Światu! Czy są tam jakieś ładne kwiaty? — zapytał, uśmiechając się szeroko.
— Nim nadejdzie świt, będziemy na miejscu, o ile nic nam nie przeszkodzi i będziecie trzymać tempo... — odpowiedziała mu Sroka.
— Super! Czyli powinniśmy szybko wrócić i wszystko opowiem mojemu tatusiowi! — odparł kocurek.
Po chwili więźniarka przeniosła spojrzenie na Kocimiętkowy Wir, a potem jej złote oczy spoczęły na Rozbitym Księżycu.
— Mój ojciec mawiał, że białe koty przynoszą pecha. Jeśli naprawdę zależy wam na odbiciu waszej towarzyszki, może lepiej będzie, jeśli on zostanie w obozie…
— Byłoby lepiej, gdybyś to ty została ze swoją grupą tam, gdzie wasze miejsce. Wtedy nasza towarzyszka nigdy nie zostałaby zabrana — odparł białofutry przesłodzonym głosem. — Jak na razie jedyny kto nam przynosi nieszczęście to ty i twoja parszywa banda.
Mistrzyni wpatrywała się w Srokę i Rozbitego Księżyca zmęczonym wzrokiem. Nie miała już nawet ochoty ani siły, by się na nich złościć. Patrol nie zdążył jeszcze opuścić azylu, a atmosfera już zaczęła się zagęszczać. Kocimiętkowy Wir zaczęła wątpić w to, czy wszyscy dotrą do Betonowego Świata w jednym kawałku, jeśli nie przestaną kłócić się o takie błahostki.
— Prosiłabym was, żebyście zachowywali się odpowiednio do swojego wieku — oznajmiła, spoglądając to na białofutrego kocura, to na żółtooką kotkę. — Kolor futra członków tego patrolu nie wpłynie na to, czy misja się powiedzie, czy nie. No chyba, że dalej będziecie się przezywać z tak błahego powodu i na miejscu ściągniecie na siebie niepotrzebną uwagę — dodała.
Przez moment wszyscy stali w ciszy, aż w końcu mistrzyni machnęła ogonem i wyszła z obozu.
— Ruszajmy, nie ma co marnować czasu.
Dotychczas na przedzie grupy znajdowała się Kocimiętkowy Wir, jednak gdy dotarły na drugą stronę mostu, będącym zwykłymi śliskimi kamieniami, przewodzenie przypadło Sroce. W końcu szóstka kotów dotarła do Drogi Grzmotu. Sroka bez zawahania się postawiła swoje białe łapy na chropowatej powietrzni. Wystarczyło parę susów, by znalazła się po drugiej stronie.
— Na co czekacie? — spytała, dostrzegając na pyskach Wilczaków konsternację. — No dalej, szybko! Póki nie ma żadnego Potwora!
Mistrzyni spojrzała po swoich pobratymcach. Choć nie przepadała za nimi zbyt bardzo, nie mogła pozwolić na to, by któryś z nich został rozdeptany przez Potwora Dwunożnych! W przeciwnym razie chyba nie miałaby czego szukać w Klanie Wilka. W końcu to ona dowodziła patrolem i to na jej barkach spoczywało bezpieczeństwo całej ekipy. Miała więc szczerą nadzieję, że w Betonowym Świecie nie narobią zbyt wiele hałasu i nie obudzą członków samotniczej bandy, którzy według planu mieli spać i nie stanowić większej przeszkody.
Kocimiętkowy Wir odchrząknęła, wycofując się na tył grupy.
— Szybko, przechodźcie! — zaczęła poganiać czwórkę kotów, jednocześnie nerwowo rozglądając się na boki. Obawiała się, że zaraz dostrzeże świecące oczy tych bestii.
Gdy powietrze rozciął ryk Potwora, a Skowronek znalazł się na Drodze Grzmotu, Kocimiętkowy Wir cała się spięła. Nim jednak zdążyła krzyknąć, młody odskoczył do tyłu, unikając uderzenia. Kamień spadł jej z serca, gdy zobaczyła, że wojownik wciąż był cały i zdrowy.
Kiedy wszyscy członkowie patrolu znaleźli się po drugiej stronie, Kocimiętka wreszcie przekroczyła Drogę Grzmotu i stanęła obok Sroki, posyłając jej ponaglające spojrzenie.
— W Betonowym Świecie drogi różnią się od znanych wam Dróg Grzmotu. Łączą się i przeplatają ze wszystkich stron. Jeden fałszywy ruch i po tobie. I to nie są jedyne czyhające na was ze wszystkich stron niebezpieczeństwa, o ile będziemy poruszać się po ziemi. Czy kiedykolwiek mieliście okazję wspinać się po dachach? Nie? — westchnęła Sroka, gdy grupa pokręciła łbami. — To jak wspinaczka po drzewach... no prawie
— Nie, Sroko. Nie będziemy ryzykować upadku z wysokości — mruknęła rudofutra, przypominając sobie ogromne budynki, których złowrogie cienie często przykrywały ziemię, gdy jeszcze mieszkała w Betonowym Mieście z rodzicami. Na obrzeżach znajdowały się co prawda nieco mniejsze budowle, po których być może dałoby się przemieszczać, jednak Kocimiętka nie sądziła, by byli w stanie skakać między tymi większymi. O ile w ogóle zdołaliby się na nie wspiąć.
— A no… Daleko nam zostało? Powinniśmy się chyba pospieszyć — mruknął nagle Wilczy Skowyt, spoglądając na resztę kotów.
Sroka zmarszczyła pysk, gdy większość kotów wpatrywała się na nią wyczekująco.
— Już niedaleko... — fuknęła. — Cierpliwości. Kocimiętkowy Wirze... Sama widzisz, twoim towarzyszom zależy na szybkim dotarciu do bazy grupy, której byłam jeszcze chwilę temu członkinią i odbiciu waszej drogiej... towarzyszki. Droga w Betonowym Świecie wzdłuż dróg, po których poruszają się Potwory, będzie niebezpieczna. Tym bardziej dla niego. — Wskazała pyskiem na Skowronka. — Szybciej i bezpieczniej będzie, przemieszczając się po dachach i murach. Po prostu wyobraźcie sobie, że to są drzewa, które otaczają ze wszystkich stron wasze tereny.... a ich gałęzie są stałe lub giętkie, śliskie lub chropowate. Poza tym dla mieszkańców Betonowego Świata będziemy rzucać się w oczy, poruszając się sześcioosobową grupą na ziemi... jeśli naprawdę wam zależy na odbiciu tej kotki i wyjściu z tego bez szwanku, posłuchajcie mnie. Kogoś, kto połowę swojego życia spędził w Betonowym Świecie i rozumie jak on działa! Jeśli nie ONI to inna grupa może udaremnić wam akcję ratunkową…
Kocimiętce nie podobał się plan Sroki. Nie sądziła, by miał zadziałać, dlatego postanowiła, że zanim wyruszą w dalszą drogę, przedyskutuje go z nią. Nie mogła pozwolić na to, by misja odbyła się inaczej, niż to sobie wyobrażała. W końcu to ona dowodziła tym patrolem i to ona wydawała rozkazy.
— Skoro wiesz, że w Betonowym Świecie koty również przemieszczają się na wysokościach, to co broni im zaatakować nas właśnie tam? Obawiam się, że nie obejdziemy się bez walki, Sroko. A jeśli już mamy walczyć, to raczej na ziemi niż na murach czy dachach, na których koty, które zapewne od maleńkości uczyły się po nich poruszać, mają przewagę. Nie zamierzam narażać patrolu na takie ryzyko, skoro możemy tego uniknąć. Zakładam, że nie będzie dla nich trudne strącić nas na dół — mruknęła, mierząc czarno-białą podejrzliwym wzrokiem. — Wolę zginąć w walce, niż zostać kaleką przez nieszczęśliwy upadek z wysokości — dodała.
— Gdyby nas zechcieli zaatakować, gdy będziemy na wysokościach, martwych kotów nie byłaby szóstka, a większa ilość... nawet samotnicy zamiast otwartego ataku, wolą obserwować i wyczekiwać dogodnego moment, aby uderzyć. Poza tym, jeśli będziemy poruszać się na wysokości, wtopimy się w tłum. Tym bardziej, jeśli to ja będę szła na przedzie... większość kotów uzna, że jesteście potencjalnymi członkami Felidae. Niektórzy z własnej woli zostają do nich wcielonych, inni nie mają tego szczęścia…
Kocimiętkowy Wir uniosła brew do góry.
— Tłum? Proszę cię, jest środek nocy! Obawiam się, że i tak nie unikniemy tego, że będziemy odstawać, no chyba, że ci twoi dawni przyjaciele jednak nie śpią po nocach i wolą szlajać się po dachach. Wtedy może będziemy mogli rozmawiać o jakimś “wtapianiu się w tłum” — mruknęła. — Poza tym łatwiej uciekać, gdy jest się na ziemi. Jeśli wrogów zrobi się za dużo, kiedy będziemy na jakimś dachu, istnieje duże ryzyko, że nie damy rady się stamtąd wydostać. A mówiąc “my”, mam na myśli Wilczaków. Ty mogłabyś zostawić nas na pastwę losu i uciec, skoro jesteś taka doświadczona i dobrze znasz Betonowy Świat — kontynuowała, nie zamierzając ustąpić Sroce. Wciąż nie była przekonana, czy powinna ufać jej radom, zwłaszcza że czarno-biała mogła mieć powody, by poprowadzić patrol na pewną śmierć. — No jasne. Najlepiej będzie wprowadzić nas w niebezpieczne miejsce, którego nie znamy, a potem nas zostawić. Przykro mi, Sroko, lecz mimo wszystko jesteś więźniem. Nie masz powodu, by pomagać nam swoimi radami, a ja nie mam powodu, by ci ufać.
— Cieszę się, że co do jednego jesteśmy zgodne. I niestety, moi “przyjaciele” wolą szlajać się po zmierzchu, podobnie jak co poniektóre jednostki u was... — Sroka spojrzała wymownie na przywódczynię ich grupy. — W Betonowym Świecie życie zaczyna się po zmroku. Tyczy się to kotów, jak i Dwunożnych oraz gryzoni. Przeważnie śpimy za dnia, rzadziej w nocy. Podobnie z polowaniem czy innymi aktywnościami. Zawsze ktoś czuwa, gdy inni śpią. I przykro mi to mówić, ale nie mam powodu, aby narazić was na niebezpieczeństwo... — mruknęła. — Myślisz, że dobrowolnie zgodziłam się na oszpecenie swojego pyska? Oboje jesteście tacy sami…
Kocimiętce ta samotniczka coraz bardziej działała na nerwy. A mogła jej wtedy nie ratować…
— Czyli co? Zamierzasz wejść z grupą pięciu rosłych kotów między całą masę innych kotów? I to jeszcze na dachu? Pachnąc nami, a nie twoją dawną grupą? Kto ci uwierzy, że jesteśmy twoimi więźniami? Nie było cię w Betonowym Świecie przez jakiś księżyc, a teraz nagle wracasz do niego z zakładnikami, którzy mogliby cię pokonać jednym skinieniem palca, gdyby tylko chcieli? Jeśli ktoś się skapnie, że nasza obecność w Betonowym Świecie to podstęp, będzie po nas, rozumiesz? — zdenerwowała się. — Wystarczy jeden kot, który uzna naszą obecność za podejrzaną, a zaraz cały, jak to powiedziałaś, “tłum” rzuci się nam do gardeł. Przynajmniej na ziemi możemy skryć się w jakichś uliczkach czy między srebrnymi głazami, a na dachach nie ma dokąd uciec. Będziemy otoczeni wyłącznie przez samotników, którzy nie zawahają się przed tym, by poderżnąć nam gardła — mówiła dalej, lecz po chwili dotarło do niej, że chyba nie zdoła przemówić Sroce do rozsądku, nieważne, jak głupie wydawały jej się jej argumenty.
W końcu odwróciła się do reszty patrolu.
— A może wy macie coś w tej sprawie do powiedzenia? — spytała. — Chętnie wysłucham waszych propozycji odnośnie do tego, jak powinniśmy poruszać się po Betonowym Świecie.
— Moim zdaniem lepiej będzie przejść ziemią. Na dachach może być niebezpiecznie, któremuś z nas osunie się łapa i co wtedy? Gdy przejdziemy dołem, unikniemy możliwego wypadku — mruknął Wilczy Skowyt, po czym spojrzał na mistrzynię.
— Górą czy dołem, mi to na serio obojętnie. Umiem w końcu walczyć na wysokości, jak i na ziemi — wtrącił Cętkowany Tęgosz.
— J-ja… uważam, że Sroka ma rację… Ona tam mieszka i nie miałaby powodu, aby nas okłamywać! — wydukał niezręcznie dymny.
Gdy rudofutra usłyszała głos Skowronkowej Rozkoszy, na moment wstrzymała oddech, nie dowierzając własnym uszom.
— Mieszka? Chyba raczej mieszkała, póki siłą nie wzięliśmy jej jako zakładniczki i nie umieściliśmy w jakiejś dziurze pod ciągłym nadzorem — odparła szorstko. Widząc jednak, że dymny wyraźnie stresuje się tą sytuacją, postanowiła nieco złagodzić ton. — To znaczy, mam na myśli, że ma wszelkie powody, by nas nienawidzić. Gdyby to ciebie porwano i zabrano do tego podmiejskiego klanu, chyba też nie byłbyś zbyt zadowolony, prawda? — mruknęła, tym razem łagodniej. — Rozumiem, że Sroka może z pozoru wydawać się całkiem… przyjazna… lecz nie każdy kot jest taki, jak nam się wydaje. Ty oczywiście jesteś jeszcze młody, więc zakładam, że wiele przed tobą i sporo się jeszcze nauczysz — dodała.
— Uch… no niby nie byłbym… ale ciężko mi sobie wyobrazić taką sytuację! — odparł cicho kocur, wpatrując się w swoje łapy. — A nie ma jakiejś… okrężnej drogi? Albo może pójdziemy na kompromis… nie chce się kłócić — wydukał.
Wtem Sroka postanowiła wtrącić się do rozmowy:
— No właśnie, co powiesz na kompromis, Kocimiętkowy Wirze? Wystarczająco czasu już zmarnowaliśmy na rozmowę, a czas nas nagli. Zawsze może część przejść dołem, a część górą i wszyscy będą zadowoleni.
Mistrzyni już otwarła pysk, by się odezwać, gdy nagle przerwał jej Rozbity Księżyc:
— Tam, gdzie Sraka, nie idę na pewno — mruknął, jakby go oświeciło. — Obie opcje są równie niebezpieczne. Z kotami możemy walczyć, z upadkiem z wysokości już nie.
Kocimiętkowy Wir westchnęła ciężko. Powoli zaczynała powątpiewać w to, czy przy takim nastawieniu uda im się wrócić do azylu w jednym kawałku. Skoro nie potrafili dogadać się w tak prostej sprawie, a połowa patrolu już zdążyła znienawidzić drugą połowę, to z każdą chwilą zapewne będzie tylko gorzej.
— Obawiam się, Sroko, że nie masz racji — zaczęła, ignorując nieco słowa białofutrego kocura. — Musimy trzymać się razem, a nie rozdzielać. Weź pod uwagę, że większość kotów w tym patrolu jest w Betonowym Świecie po raz pierwszy. Nie pozwolę na to, by jedna z grup gdzieś się zgubiła, a potem, zamiast szybko wrócić z Tropiącą Łaską do obozu, będziemy musieli szlajać się po niebezpiecznym mieście i szukać siebie nawzajem — dodała. — Poza tym, jeśli jedna z grup zostanie zaatakowana, druga nie będzie miała jak jej pomóc. Przynajmniej w szóstkę mamy większe szanse na pokonanie członków podmiejskiego klanu.
— Skoro mamy wszystko ustalone, możemy ruszać dalej, nie zwlekając ani chwili dłużej — skwitowała Sroka, najwidoczniej poddając się już w dyskusji z mistrzynią.
Kocimiętkowy Wir nie czuła się usatysfakcjonowana wymianą zdań z samotniczką, lecz ostatecznie skinęła głową i zgodziła się podążyć za nią w stronę Betonowego Świata.
Tak dawno tam nie była… Zastanawiała się, czy widok wszystkich tych budynków przywoła jakieś wspomnienia z dzieciństwa. Nie ukrywała jednak, że wolałaby, aby tamte chwile pozostały w odmętach jej pamięci. Wtedy była jedynie głupim kociakiem, który wierzył, że ojciec wciąż kocha ją i jej siostrę. Jak bardzo się myliła… Dobrze, że to wszystko miała już za sobą. Teraz jednak musiała zmagać się z nowymi problemami, które spotkały ją w Klanie Wilka. Cóż, najwyraźniej nigdzie na świecie nie mogło być idealnie.
Droga od Drogi Grzmotu do miasta była znacznie dłuższa niż od rzeki do Drogi Grzmotu, ale po dłuższej wędrówce patrolowi wreszcie udało się dotrzeć na obrzeża miasta. Zaczynały się tam pierwsze budynki, a sieć ulic stawała się coraz gęstsza. W dodatku spod łap Wilczaków szybko zniknęła trawa, ustępując miejsca szarej, chropowatej powierzchni.
Rudofutra przez cały czas trzymała uszy postawione, starając się zachować czujność. Potwory Dwunożnych nie jeździły tędy tak często, lecz zielonooka nie wiedziała, czy wynikało to z faktu, że wciąż nie dotarli do centrum, czy może z tego, że była noc. Sroka wspominała, że Dwunożni budzili się tu po zmierzchu, ale czy rzeczywiście tak było? W końcu oni również, jak wszystkie inne żywe istoty, musieli kiedyś odpoczywać. Nawet myszy i króliki spały nocą, więc dlaczego te wyprostowane stworzenia miałyby być wyjątkiem?
Patrol krążył po mieście jeszcze przez jakiś czas, aż w końcu Kocimiętka prychnęła coś pod nosem i zatrzymała się na rozwidleniu dróg. Zaraz potem przystanęła również reszta, spoglądając na nią ze zdziwieniem.
— Sroko, czy wiesz, gdzie dokładnie twój klan przetrzymuje więźniów? — postanowiła się upewnić. — To znaczy, czy ich legowisko znajduje się w głównej bazie, czy może przetrzymujecie ich w innym miejscu? Nie chcę, żebyśmy w razie czego poszli do głównego skupiska kotów tylko po to, by na miejscu odkryć, że Tropiącej Łaski tam nie ma.
— W przeciwieństwie do was, nie przetrzymujemy więźniów w miejscu, w którym odpoczywamy i jemy. Są dwa miejsca, w którym mogą przetrzymywać Tropiącą Łaskę. Jedno jest na wschód, drugie na zachód miasta. Do tego pierwszego miałam okazję dwukrotnie się udać, natomiast zachodniego znam jedynie przybliżoną lokalizację. Musi być w jednym z nich. Jestem tego pewna — wyjaśniła Sroka.
Kocimiętkowy Wir była nieco zirytowana tym, że nie znali dokładnego położenia więzienia. Na domiar złego nie pamiętała już nawet, po której stronie wschodziło i zachodziło słońce.
— Czyli teraz na rozwidleniu pójdziemy w lewo? Bo możemy też iść prosto — mruknęła, rozglądając się wokół. — Ale jeśli nie jesteś pewna, gdzie dokładnie znajduje się to miejsce, to może powinniśmy podejmować decyzje grupowo? Skoro i tak tylko od losu zależy, czy uda nam się dotrzeć tam, gdzie przetrzymują Tropiącą Łaskę — zaproponowała, po czym rozejrzała się po członkach patrolu, by następnie znów przenieść wzrok na Srokę. — Masz chociaż jakiś opis miejsc, których szukamy? Jeśli to budynki takie jak każde inne, to chyba spędzimy tu najbliższy księżyc, zanim je znajdziemy.
— Zaufacie mi? — miauknęła samotniczka, wpatrując się w Kocimiętkę swoimi dużymi, złotymi oczętami. — Wdrapię się na pobliski budynek i zorientuje się w naszym położeniu. Jak już mówiłam, nie mam potrzeby, aby was wystawić czy narazić na niebezpieczeństwo... Zajmie mi to chwilę i będę w stanie przestawić wam najlepszą, moim zdaniem, opcję drogi. Obok zachodniego znajdował się park oraz dziwna szpiczasta budowla, przy której zbierało się dużo Dwunożnych.
Mistrzyni uniosła brew. Nie miała jednak powodu, by nie zgodzić się na propozycję Sroki. Miała tylko nadzieję, że budynek, do którego się udadzą, okaże się tym właściwym.
— Niech ci będzie — stwierdziła. — Tylko się pośpiesz i wróć tu, zanim twoi koledzy zdążą nas wywęszyć — dodała jeszcze, mierząc Srokę ponaglającym spojrzeniem.
Nie trzeba było samotniczce powtarzać dwa razy. Odbijając się od ziemi, bez problemów wdrapała się na sąsiadujący murek wzdłuż drogi, którą się poruszali, by chwilę później znaleźć się na balustradzie jednego z balkonu kamienicy.
— Wyglądacie, jak mrówki — mruknęła, spoglądając na koty znajdującego się na chodniku. — Droga do celu jest prosta. Wystarczy skręcić w lewo i poruszać się wzdłuż portu, przejść obok szpiczastej budowli i małego lasu.
Kocimiętkowy Wir skinęła głową, mimo iż w rzeczywistości nie miała pojęcia, jak prowadziła ta droga, którą wskazała kocica. Po chwili Sroka zeszła z budynku i ponownie dołączyła do piątki kotów, by następnie skręcić w lewo na rozwidleniu i machnąć ogonem, zachęcając resztę do podążenia za nią.
Rudofutra nie miała zbyt dużego wyboru. Rozejrzała się po członkach patrolu, po czym ruszyła za samotniczką, aż wreszcie zrównała się z nią krokiem. Za sobą słyszała tupot łap swoich pobratymców, którzy szli w kompletnej ciszy. Może to i lepiej? Gdyby zaczęli hałasować, na pewno ściągnęliby na siebie uwagę kotów z podmiejskiego klanu. Zarówno tych wędrujących ulicami, jak i tych, które siedziały teraz gdzieś na wysokościach.
Zielonooka uśmiechała się pod nosem, ponieważ przez dłuższy czas nie usłyszała w pobliżu ani jednego obcego miauknięcia. Czy mogło to oznaczać, że droga po ziemi wcale nie była taka niebezpieczna? Ponadto Potwory Dwunożnych, ani zresztą sami Dwunożni, nie pojawiali się tu zbyt często. Właściwie Kocimiętka nie dostrzegła jak dotąd ani jednego.
Gdy udało jej się nieco rozluźnić i przestać być w ciągłej gotowości do ucieczki, nagle z uliczki wybiegł przed patrol samotnik. Jego pysk naznaczony był taką samą blizną jak pysk Sroki i tamtej czarnofutrej kotki, którą zamordował kult. Kocimiętka zamarła w bezruchu, a futro na jej karku całe się zjeżyło.
Obcy nie był zbyt dużych rozmiarów. Był bardzo chudy, a jego matowe, pręgowane futro miało barwę trudną do określenia w panujących ciemnościach. Samotnik również zastygł w bezruchu na widok szóstki kotów, a jego żółte ślepia wytrzeszczyły się, gdy spojrzał na grupę Wilczaków z przerażeniem.
Nim Kocimiętka zdążyła zareagować, przemknął obok niej Cętkowany Tęgosz, chcąc zaatakować obcego. Nie udało mu się to jednak, a zamiast tego przywalił o ścianę budynku. Gdyby nie fakt, że znajdowali się w Betonowym Świecie, gdzie niebezpieczeństwo czyhało na nich na każdym kroku, mistrzyni może i by się zaśmiała. Teraz jednak czuła, jak supeł zaciska jej się na żołądku. Miała nadzieję, że wojownik szybko pokona tego zabliźnionego kocura.
Wpatrywała się w ich zaciętą walkę, co jakiś czas zastanawiając się, czy Tęgosz poradzi sobie z tym chudzielcem. Ostatecznie jednak udało mu się go zabić, przez co Kocimiętka odetchnęła z ulgą.
Wtem Sroka wyminęła ciało i kontynuowała wędrówkę w stronę więzienia.
— To była płotka. Nie chce mi się wierzyć, że poruszał się sam po zmroku... Jego towarzysz lub towarzysze muszą być niedaleko! — oznajmiła, na co zielonooka zmarszczyła brwi.
Nie chciało jej się wierzyć w to, że samotniczka mówi prawdę. Na pewno chciała ich tylko wystraszyć. Dlaczego ten samotnik nie mógłby być sam? Czy jego obecność naprawdę zwiastowała pojawienie się większej grupy przeciwników? Kocimiętka przełknęła ślinę i ruszyła za Sroką, która nawet nie czekała na resztę.
— Chodźcie, szybko — mruknęła jeszcze, oglądając się na Wilczaków. — Im prędzej wrócimy do obozu i rany Cętkowanego Tęgosza zostaną opatrzone, tym lepiej — oznajmiła.
Po jej słowach między Wilczakami wywiązała się rozmowa, lecz zielonooka nie starała się brać w niej udziału ani się na niej skupiać, toteż nie usłyszała ani jednego słowa. Wolała skoncentrować się na zachowaniu czujności, teraz już wiedząc, że to miejsce naprawdę może być niebezpieczne.
W pewnym momencie wydało jej się, że słyszy za sobą kroki. Zatrzymała się gwałtownie i odwróciła, a wtedy spostrzegła zapłakaną samotniczkę biegnącą w ich stronę. A konkretniej — w stronę białofutrego wojownika.
— Rozbity Księżycu! — krzyknęła mistrzyni, lecz było już za późno. Obca kotka odbiła się od ziemi i poszybowała wprost na kocura, uczepiając się jego pleców. Miała krótką sierść, najpewniej liliową lub niebieską, a na jej ciele widniało kilka białych plam. Jej oczy również miały żółtą barwę, a pysk, oprócz łez, zdobiła dobrze wszystkim znana blizna w kształcie litery “X”.
Kocimiętka obserwowała, jak dwójka kotów zaczęła ze sobą walczyć. Samotniczka nie była zbyt silna. Właściwie wyglądała na dosyć wychudzoną i lichą. Mistrzyni wcale to nie dziwiło. W końcu Betonowy Świat nie wyglądał na miejsce, w którym tłuste myszy same pchały się pod łapy. Jeśli już, był raczej pełen brudu i chorób, więc nic dziwnego, że dotychczas napotkani samotnicy z tego dziwnego podmiejskiego klanu nie byli okazami zdrowia. Na pewno nie mogli równać się z dobrze odżywionymi Wilczakami, którzy spędzali wiele księżyców na przygotowaniach do objęcia roli wojownika. Nawet po zakończeniu treningów wciąż doszkalali się pod okiem mistrzów. W przeciwnym razie nie byliby tak silni, a pokonywanie zbłąkanych samotników nie przychodziłoby kultystom równie łatwo.
Były uczeń mistrzyni na szczęście zwyciężył w walce, zabijając samotniczkę, która się na niego rzuciła. Kocimiętka domyśliła się, że kotka współpracowała z tamtym samotnikiem, którego pokonał Cętkowany Tęgosz, i dlatego teraz cała była we łzach. Cóż, może akurat w kwestii tego, że samotnicy nie poruszają się tutaj w pojedynkę, Sroka miała rację.
— U was w Klanie Wilka też macie przecież oznaczenia na ciele dotyczące przynależności do społeczności, prawda? — odezwała się nagle czarno-biała samotniczka. — Nie chce mi się wierzyć, że tyle kotów straciło lewy fragment ucha podczas walki. Chyba że toczycie bój ze złodziejami końcówek uszu…
Kocimiętkowy Wir zamarła na jej słowa. No tak, Sroka przecież wiedziała o istnieniu kultu w Klanie Wilka. Ruda zmusiła się do zachowania kamiennego wyrazu pyska. Przecież nie zależało jej już na tym, by pilnować, żeby kult nie został odkryty. Mimo wszystko… wciąż tkwiło w niej jakieś zakorzenione poczucie odpowiedzialności, które popychało ją do tego, by zaatakować Srokę. Gdyby nie śmierć Dyniowej Skórki i jej gdybanie, najpewniej już teraz zwarłaby się z zakładniczką w śmiertelnym uścisku, szamocząc się z nią po twardym, chropowatym podłożu, które pokrywało Betonowy Świat.
— Tak… w sumie tak to właśnie wygląda — odpowiedział jej Skowronkowa Rozkosz. — Przepraszam, nie chciałem cię urazić, Sroko — dodał jeszcze po chwili, po czym rozejrzał się po towarzyszach. — Musimy ich zabijać…? Nie wystarczy ich postraszyć? Nie chciałbym, aby ktoś przez nas cierpiał — mruknął nieśmiało.
Mistrzyni nie rozumiała, dlaczego dymny odpowiedział Sroce. Przecież nie wiedział nic o istnieniu kultu. Czy postanowił ją okłamać? Kocimiętkowy Wir westchnęła, nie chcąc dłużej się nad tym zastanawiać.
— Nie musielibyśmy ich zabijać, gdyby to oni nie chcieli zabić nas i porwać jednej z naszych wojowniczek — zauważyła.
Po jej słowach Sroka znów wysunęła się na czoło grupy, prowadząc ją w stronę docelowego budynku. Rudofutra czuła, jak żołądek wywraca jej się przy każdym kolejnym kroku. Czy naprawdę chcieli ryzykować życie, by uratować jakąś głupią kultystkę? Przecież Tropiąca Łaska zabiła swoją pobratymkę. Zabiła matkę Kocimiętki. Pręgowana nie chciała tu być, a tym bardziej przewodzić temu patrolowi. Obawiała się, że w końcu weźmie nad nią górę chęć przeszkodzenia Wilczakom w odbiciu czekoladowej szylkretki i ktoś odkryje, jakie naprawdę wyznaje przekonania. Musiała trzymać swoje emocje i uprzedzenia na wodzy, jeśli nie chciała zostać znienawidzona przez wszystkich Wilczaków — a przynajmniej przez wszystkich kultystów.
Wkrótce szóstce kotów udało się dotrzeć do budynku więzienia. Była to wysoka, kwadratowa budowla, delikatnie zwężona w dole. Kocimiętkowy Wir zadarła brodę, by przyjrzeć jej się dokładniej. Ściany były brzydkie — brązowo-szaro-białe. Całe obdrapane, brudne i przesiąknięte wilgocią. Ruda skrzywiła się na ten widok. Czy to naprawdę tutaj przetrzymywano więźniów? W takim razie głęboko im współczuła, gdyż to miejsce wyglądało gorzej, niż opisywane było Miejsce, Gdzie Brak Gwiazd.
W ścianie, na którą spoglądała Kocimiętkowy Wir, znajdowało się kilka otworów, przez które do środka musiało wpadać powietrze. Zielonooka dałaby sobie łapę uciąć, że w innych budynkach otwory te były strzeżone przez niewidzialną barierę. Tutaj jednak pozostawały zupełnie odsłonięte. Bez wątpienia dałoby się przez nie dostać do środka — problem w tym, że znajdowały się zbyt wysoko.
— Co teraz? — zwróciła się do Sroki. — Wiesz, którędy tam wejść? — dodała, unosząc jedną brew.
Samotniczka spojrzała na nią tak, jakby mistrzyni zadała jej najbardziej absurdalne pytanie na świecie.
— Jak już mówiłam, byłam w tym miejscu dwa razy. Jedne z drzwi prowadzących do środka są uszkodzone, co pozwalało nam dostać się do budynku bez obawy, że zatrzasną się za nami i nie będziemy w stanie ich otworzyć — zaczęła wyjaśniać, lecz zielonooka niewiele z tego rozumiała.
— Drzwi? — spytała zakłopotana. — Co to niby jest, Sroko? Pamiętaj, że nie wychowaliśmy się w Betonowym Mieście, a te wszystkie określenia na rzeczy należące do Dwunożnych są nam obce — zauważyła, marszcząc brwi.
— Zaraz się dowiecie — stwierdziła czarno-biała, spoglądając na resztę patrolu. — Chodźcie — rzuciła po chwili i ruszyła wzdłuż ściany budynku, a Wilczaki podążyły za nią. Uważnie przyglądała się mijanym wejściom, najwyraźniej szukając tego, o którym przed chwilą wspominała.
Czy to te prostokąty nazywano drzwiami? Na ścianach było ich kilka. Niektóre były białe, inne nawet niebieskie! Żadne z nich nie miały jednak widocznych uszkodzeń. Przynajmniej tak wydawało się Kocimiętkowemu Wirowi, dopóki jej uwagi nie przykuła ciemna plama na jednym z nich. Najpewniej właśnie tam znajdowało się przejście, o którym mówiła Sroka.
Samotniczka od razu przyspieszyła, zmierzając w stronę uszkodzonych drzwi, lecz wtem mistrzyni złapała ją za ogon. Nie chciała podnosić głosu, obawiając się, że wewnątrz mogą znajdować się strażnicy. Musiała jednak zatrzymać Srokę, zanim ta wpakowałaby ich wszystkich w kłopoty. Najpierw należało omówić plan odbicia Tropiącej Łaski.
Żółtooka odwróciła pysk w stronę rudofutrej. Nie wyglądała na zadowoloną, ale trudno było jej się dziwić.
— Byłabyś łaskawa mnie puścić? — miauknęła, z trudem zachowując spokój.
Kocimiętkowy Wir rozluźniła zgryz i wypuściła ogon samotniczki z pyska.
— Nie możemy tam po prostu wejść. Najpierw musimy ustalić jakiś plan — odezwała się stanowczo. — Ilu jest w środku strażników? Gdzie powinniśmy szukać Tropiącej Łaski? Nie możemy przecież błądzić tam w nieskończoność. Im dłużej będziemy przebywać w środku, tym większe ryzyko, że zwrócimy na siebie niechcianą uwagę albo obudzimy pozostałych więźniów. Zakładam, że nie jest tam sama, a ja nie wyobrażam sobie, żebyśmy wszyscy mieli przeciskać się przez tę niewielką dziurę w... drzwiach — kontynuowała.
— Wiem, Kocimiętkowy Wirze. Nie jestem głupia — odrzekła Sroka. — Nie mogę jednak powiedzieć wam, jak dokładnie wygląda to miejsce. Mimo wszystko byłam jedynie zwykłą członkinią podmiejskiego klanu i nie wiem wszystkiego na temat więzienia. Chciałam najpierw rozejrzeć się i przypomnieć sobie jego układ.
Pręgowana zmrużyła ślepia. Nie zamierzała jednak dłużej tracić czasu na dyskusje. W końcu to ona tutaj dowodziła. Wyminęła samotniczkę, nie czekając na jej dalsze wyjaśnienia, i ruszyła w stronę uszkodzonych drzwi. Ostrożnie wsunęła głowę przez powstały otwór i rozejrzała się po wnętrzu budynku. Dostrzegła jedynie ciemny korytarz, od którego odchodziło kilka bocznych przejść. Nie zamierzała jednak zapuszczać się dalej bez reszty patrolu. Kto wie, co mogło na nią czekać w środku?
Wycofała się i wróciła do pozostałych.
— Ilu może być tam samotników? Tak na oko? — zapytała, na co Sroka zmrużyła ślepia.
— Nie wiem. To więzienie jest mniejsze, więc zakładam, że na tym piętrze może czterech, pięciu, sześciu... — przyznała niepewnie.
Zielonooka skinęła głową.
— W takim razie chyba nie będą dla nas problemem? — zaczęła, tym razem nie siląc się już na szept. Zamiast tego celowo podniosła głos. Wszyscy spojrzeli na nią ze zdziwieniem. — Pokonaliśmy już dwóch, a nie ma na nas nawet zadrapania! No, prawie, ale powiedzmy sobie szczerze: tutejsi samotnicy i tak są potwornie słabi — zakpiła, uśmiechając się zadziornie.
— Co ty wyprawiasz? — syknęła cicho Sroka, nerwowo strzepując ogonem. — Zaraz ktoś cię usłyszy! — dodała zdenerwowanym głosem.
— No i co z tego, Sroko? — odparła Kocimiętkowy Wir, wciąż mówiąc głośno. — Skoro są tacy silni, niech przyjdą się z nami zmierzyć!
Samotniczka zwęziła źrenice, a futro na jej karku zjeżyło się. Otworzyła pysk, by odpowiedzieć, lecz w tej samej chwili do uszu Wilczaków dotarł odgłos kroków. Wszyscy zamarli. Nagle w otworze w drzwiach pojawił się pysk samotnika. Kot natychmiast obnażył zęby i syknął na nieproszonych gości.
— Kim wy jesteście?! Czego tu chcecie?! — warknął, po czym wyszedł z budynku, stanąwszy pyskiem w pysk z Kocimiętkowym Wirem. Zaraz za nim z otworu wyłoniła się jeszcze czwórka równie rozwścieczonych kotów. Ustawiły się obok siebie, mierząc patrol nienawistnymi spojrzeniami.
— Przyszliśmy odzyskać to, co nasze — odpowiedziała rudofutra, marszcząc brwi.
Wtem samotnik niespodziewanie wysunął pazury i zamachnął się łapą, celując w pysk mistrzyni. Ta nie zdążyła uskoczyć, przez co łapa obcego uderzyła w jej policzek.
Zielonooka parsknęła gniewnie, napięła mięśnie i rzuciła się na napastnika. Oboje zaczęli szamotać się na ziemi, a już chwilę później do uszu Kocimiętkowego Wiru dotarły warknięcia pozostałych samotników. Rzucili się oni na Wilczaki, rozpoczynając walkę.
W końcu rudofutra zdołała odepchnąć od siebie przeciwnika. Korzystając z chwili, w której ten był jeszcze oszołomiony, rzuciła się w stronę uszkodzonych drzwi. Nim jednak zdążyła przecisnąć się przez otwór, poczuła, jak ktoś chwyta zębami jej tylną łapę. Odwróciła się, cała zjeżona i nabuzowana, i dostrzegła Srokę rzucającą się na napastnika. Dzięki jej pomocy pręgowanej udało się uwolnić łapę i dostać do środka budynku.
Pobiegła korytarzem, aż dotarła do pierwszej odnogi. Było ich kilka, a Kocimiętkowy Wir obawiała się, że nie starczy jej czasu, by przeszukać je wszystkie. Mimo to szybko skręciła w jedną z nich, poruszając się sprawnie, ale bezszelestnie. Nie chciała przecież obudzić więźniów.
W ten sposób przeszukała już dwie odnogi, lecz bezskutecznie. Dopiero w trzeciej, gdy zajrzała do pomieszczenia pełnego śpiących, wychudzonych kotów, jej uwagę przykuło czekoladowe, szylkretowe futro. To bez wątpienia musiała być Tropiąca Łaska. Podeszła bliżej wojowniczki. Obok niej znajdowały się jeszcze dwa koty: starsza kocica i zapewne jej dziecko. Oboje wyglądali na słabych i schorowanych. Na ten widok serce Kocimiętkowego Wiru ścisnęło się z żalu.
Nie. Przyszła tu tylko po Tropiącą Łaskę. Nie obchodziło jej, kim była ta dwójka samotników ani dlaczego znaleźli się w więzieniu. Ale… ten kociak… Nie mógł przecież być niczemu winien, prawda? Zielonooka przełknęła ślinę i podeszła bliżej. Pochyliła się nad młodym i jego matką. Gdy westchnęła, ich futra zakołysały się nieznacznie.
Nagle samotniczka otworzyła oczy, a całe jej ciało momentalnie się spięło. Najpierw odszukała wzrokiem kocurka, po czym owinęła go ciaśniej ogonem, jakby chciała osłonić go przed jakimś zagrożeniem. Dopiero wtedy spojrzała na Kocimiętkowy Wir. W jej oczach malował się ból i strach. Przez kilka chwil uważnie przyglądała się pyskowi mistrzyni, jakby próbowała rozstrzygnąć, czy może jej zaufać.
— Ty… ty do nich nie należysz? — zapytała słabym, zachrypniętym głosem. — Nie masz na sobie tej… blizny.
Pręgowana skinęła głową, czując, jak serce podchodzi jej do gardła.
— Przyszłam tu, żeby uratować moją… znajomą — odrzekła, przenosząc wzrok na Tropiącą Łaskę.
Wciąż wpatrywała się w szylkretkę, gdy nagle poczuła, jak samotniczka kładzie łapę na jej własnej.
— Proszę, błagam… Zabierz ze sobą mojego synka… — wyrzuciła z siebie desperacko, nie tracąc ani chwili. — On… nie przeżyje tu dłużej! Proszę, proszę… Zabierz go ze sobą. Zasługuje na lepsze życie… — łkała, a w jej głosie pobrzmiewała rozpacz, której Kocimiętka nie mogła zignorować.
W międzyczasie kociak zdążył się obudzić i teraz obserwował całą scenę z konsternacją wymalowaną na pysku. Najwyraźniej nie rozumiał, dlaczego matka tak bardzo błaga obcą kotkę.
— Nie! — zaprotestował nagle, otwierając szerzej ślepia. — Nigdzie nie idę, mamo! Nie mogę cię tu zostawić! — Zaczął się wyrywać, lecz jego matka nie zwracała już na niego uwagi. Cały czas wpatrywała się w Kocimiętkowy Wir błagalnym wzrokiem.
— Ja… — zaczęła zielonooka. Zawahała się na moment, czując ciężar tej decyzji. Nie znała ani samotniczki, ani jej syna, i przecież przyszła tu w zupełnie innym celu. Mimo to nie potrafiła spojrzeć w oczy zrozpaczonej matce i odmówić. — Zabiorę go ze sobą — postanowiła w przypływie chwili, wiedząc, że inaczej gryzłoby ją poczucie winy.
— Dziękuję! Dziękuję ci, wybawicielko! Ja i Moroz jesteśmy ci dozgonnie wdzięczni! — wymamrotała samotniczka.
Kocimiętkowy Wir słyszała, jak wiele wysiłku kosztowało ją wypowiedzenie tych słów. Każde z nich zdawało się wymagać od niej ogromnego trudu, a mimo to nieznajoma nie przestawała wyrażać wdzięczności. Widok ten ścisnął serce mistrzyni. Nie wiedziała, co powiedzieć.
Następnie nieznajoma zwróciła się do synka.
— O mnie się nie martw, Morozku… Jakoś sobie tutaj poradzę — zapewniła go.
Mistrzyni nie miała jednak czasu, by dłużej zajmować się samotniczką. Odwróciła się od niej i przeniosła wzrok na czekoladową. Zaczęła trącać ją łapą, próbując ją obudzić.
— Tropiąca Łasko! Obudź się! — szepnęła jej do ucha, nie przestając potrząsać jej barkiem. — Wynosimy się stąd — oznajmiła, choć w środku coraz bardziej narastał w niej niepokój. Tamta samotniczka narobiła już zbyt dużo hałasu. Musiały się spieszyć. Jeśli szylkretka zaraz się nie ocknie, Kocimiętkowy Wir była gotowa nawet ją ugryźć, byle tylko wyrwać ją z tego snu.
* * *
Mistrzyni szła tuż za Tropiącą Łaską, mając srebrzystego kociaka u boku. Obie kotki zmierzały już ku wyjściu, choć Kocimiętkowy Wir mogłaby przysiąc, że gdzieś niedaleko słyszała kroki innych kotów, a także ich nikłe głosy. Czy ze zmęczenia dostawała już do głowy? Gdy znalazły się w głównym korytarzu, a od wyjścia dzieliło je tylko kilka lisich ogonów, Kocimiętkowy Wir zdecydowała się spojrzeć za siebie. Momentalnie jednak zdała sobie sprawę z tego, że wolałaby tego nie robić — okazało się, że kolejni strażnicy musieli zostać zaalarmowani hałasem z zewnątrz lub nawet samą rozmową między dwiema kotkami i zaczęli biec w stronę uciekającej trójki.
Zielonooka przyspieszyła, doganiając Tropiącą Łaskę, która już przeciskała się przez wyjście. Modliła się tylko w duchu, by nikomu z Wilczaków nie stało się nic poważnego podczas walki. Musieli teraz uciekać. Czy gdyby ktoś nie był w stanie biec, zostałby tu pozostawiony na pastwę losu? Na Mrocznych Przodków. Nie przemyślała tego!
Nim jednak zdążyła się tym zestresować, udało jej się pchnąć Moroza ku wyjściu i samej się wydostać. Stanęła tyłem do drzwi, szybko rozglądając się po swoich pobratymcach, by upewnić się, że każdy z nich żyje. Wypuściła powietrze z płuc, czując, jak kamień spada jej z serca. Wszyscy byli zdrowi. Kroki i głosy za nią były jednak coraz głośniejsze. Kocimiętkowy Wir nie zważała na to, że jej pobratymcy byli wyraźnie zdziwieni obecnością kolejnego gościa.
— Szybko! Musimy stąd uciekać! — wrzasnęła, czując, jak sierść jeży jej się na grzbiecie z nerwów.
Wilczaki prędko rzuciły się przed siebie, pozostawiając martwe ciała samotników przed budynkiem więzienia. Rudofutra zaczekała, aż wszyscy zaczną biec, i dopiero wtedy ruszyła ich śladem, pilnując tyłów. Nie zdawała sobie jednak sprawy z tego, że wyruszyła zbyt późno i już po chwili poczuła, jak ktoś rzuca się na nią od tyłu, wskakując na jej grzbiet. Mistrzyni ugięła się pod naporem ciężaru, odruchowo wydając z siebie stęknięcie. Wilczaki zniknęły już za rogiem ulicy, a ona poczuła, jak adrenalina rozlewa się po jej ciele. Zaczęła się wierzgać, w końcu strącając samotnika ze swoich pleców. Kot przeturlał się po ziemi, lecz nim zielonooka zdążyła jakkolwiek kontynuować z nim walkę, dopadł ją kolejny strażnik. Przekoziołkowała wraz z nim przez kilka długości lisich ogonów, splatając się z nim w uścisku.
Przez głowę przemknęła jej myśl, że to już jej koniec. Została tu sama, przeciwko dwóm kotom. W miejscu, w którym się urodziła, a które mimo to było jej zupełnie obce. W pewnym momencie została przygwożdżona przez przeciwnika do podłoża. Już miała kopnąć go tylnymi łapami w brzuch, gdy nagle spostrzegła, jak ktoś podbiega do niej z boku — i nie był to kolejny strażnik. Zamiast tego kocia sylwetka rzuciła się na strażnika, który przyszpilał mistrzynię do ziemi. Zielonooka, gdy tylko poczuła, że ciężar z niej zszedł, podniosła się na wszystkie łapy. Kotką, która ją uratowała, była Sroka.
Przez chwilę stała zdziwiona. Nie spodziewała się tego, że samotniczka po nią przyjdzie.
— Na co czekasz?! Uciekaj! — krzyknęła żółtooka, gdy udało jej się odrzucić od siebie strażnika.
Kocimiętkowy Wir szybko otrząsnęła się ze zdziwienia i zaczęła czym prędzej biec u boku Sroki.
* * *
Kocimiętkowy Wir czuła się trochę źle, maszerując obok swoich pokiereszowanych przez samotników pobratymców. W końcu to ona wymyśliła ten plan. To ona zaczęła hałasować, by przyciągnąć uwagę strażników. To ona skazała Wilczaków na walkę, a co za tym idzie — również na rany, które odnieśli. Sama natomiast nie miała na sobie ani jednego draśnięcia. Nie miała na skórze żadnej rany, która mogłaby ją szczypać. Odczuwała jedynie pieczenie w łapach związane ze zmęczeniem — jednak czy nie każdy członek tej grupy czuł się teraz tak samo? Musieli uciekać co sił przed samotnikami z podmiejskiego klanu, a teraz również wracać polanami z Betonowego Świata do Klanu Wilka.
Kocimiętka musiała przyznać, że droga do miasta zajęła im mniej czasu, lecz wcale jej to nie dziwiło. Teraz zatrzymywali się znacznie częściej i na dłużej, by ponownie wylizać swoje rany, a także dać łapom odpocząć. Nie dało się jednak zignorować faktu, że im wyżej wschodziło słońce i im więcej czasu mijało, tym bardziej podirytowani wydawali się jej pobratymcy. Mistrzyni słyszała, jak raz po raz każdemu z nich burczało w brzuchu. Sama również była głodna, a do tego spragniona. Nie mogła się doczekać, aż wreszcie wróci do azylu, coś przekąsi, a potem położy się na swoim posłaniu i prześpi aż do następnego ranka. Jeszcze kilka księżyców temu pomyślałaby o tym, by ułożyć się przy Ognikowej Słocie i nacieszyć jej obecnością, lecz teraz wolała samotność. Wciąż w głębi serca kochała partnerkę, ale ich relacja nie była już tak intensywna i szczera jak niegdyś.
Zielonooka pokręciła głową, nie chcąc zadręczać się tymi myślami podczas podróży. Musiała skupić się na tym, by zaraz nie paść z wyczerpania, a nie na rozmyślaniach o swojej skomplikowanej relacji z szylkretową mistrzynią. Nawet jeśli miała teraz na to czas i ochotę, a wcześniej starała się raczej unikać tego tematu.
Kocimiętkowy Wir zastanawiała się, czy powinna zapytać resztę, czy wszystko w porządku. Domyślała się jednak, że ich reakcje mogą być różne. W końcu gołym okiem było widać, że wszyscy byli raczej zmęczeni i na skraju wyczerpania. Zapewne nie będzie im się nawet chciało odpowiadać, dlatego mistrzyni zdecydowała się trzymać język za zębami. Bała się, że jeśli zaczęłaby teraz rozmawiać i zgrywać nieco żywszą od reszty, w końcu wygarnęliby jej, że posłała ich na morderczą walkę z samotnikami, a sama uniknęła bitwy. Nie licząc, rzecz jasna, krótkiego starcia z dwójką strażników, które szybko zostało przerwane przez Srokę.
Po kilku kolejnych godzinach marszu i przerwach, a także po przebyciu Drogi Grzmotu, przed Wilczakami zaczęła rysować się znajoma rzeka. Serce Kocimiętki zabiło szybciej, a ona sama rozwarła wyschnięty pysk, już nie mogąc się doczekać, by zanurzyć go w chłodnej wodzie. Rozejrzała się po swoich pobratymcach, a w jej oczach zalśniły iskierki ekscytacji.
— Nareszcie! — zaczęła pewnym głosem. — Już zaraz dotrzemy do obozu — dodała, na co reszta Wilczaków również nieco się rozpogodziła. Choć tylko na chwilę. Potem znów wszystkich przygniotło zmęczenie. Przynajmniej teraz byli zdeterminowani, by dotrzeć do rzeki.
Kocimiętkowy Wir mogłaby przysiąc, że udało im się nawet przyspieszyć tempo. Od Drogi Grzmotu do rzeki nie zrobili już ani jednej przerwy i zatrzymali się dopiero przed kamieniami, po których mieli przeskoczyć na tereny Klanu Wilka. Wówczas cały patrol, bez wyjątku, ustawił się wzdłuż brzegu i zaczął chłeptać wodę. Rudofutra przez chwilę była przekonana, że ten moment był najlepszym w jej życiu. Zimna, orzeźwiająca woda wypełniła jej pysk, skutecznie uwalniając ją od uczucia, jakby miała w nim pustynię.
Wszystko, co dobre, szybko się jednak kończy. W końcu mistrzyni przestała pić i odsunęła się od brzegu.
— Ruszajmy dalej. W końcu zostało nam jeszcze napełnienie brzuchów — mruknęła, po czym oblizała mordkę, z której skapywały krople wody.
Jej pobratymcy w końcu również odsunęli się od rzeki i zaczęli po kolei przeskakiwać po kamieniach, by przedostać się na drugi brzeg. Kocimiętka przekroczyła ją jako ostatnia i przez moment miała wrażenie, że nie zdoła utrzymać równowagi i wpadnie prosto w toń rzeki. Jej zmęczone łapy niemal się pod nią uginały, lecz ostatecznie mistrzyni udało się bezpiecznie dotrzeć na terytorium, do którego należała. Nienawidziła go. Nie cierpiała Klanu Wilka. Lecz w tym momencie jedyne, czego pragnęła, to właśnie bezpiecznego azylu, w którym jedzenia na stosie było pod dostatkiem.
Ostatnia prosta. Wilczaki dotarły do obozu bez problemu, mając drogę do niego wyrytą w pamięci. Kocimiętka zakładała, że byliby w stanie dotrzeć tam nawet na oślep, gdyby zaszła taka potrzeba! Jednak wtedy nie mogliby dostrzec reakcji kotów na ich powrót — a te były doprawdy różne. Przed wejściem do azylu mistrzyni wysunęła się naprzód grupy, by móc przyjrzeć się pyszczkom swoich pobratymców. Niektóre rozjaśniły się z ekscytacji, na innych pojawiła się ulga. Na niektórych dostrzec można było również zdziwienie, zapewne wtedy, gdy ich wzrok spoczął na nowym kocie — Morozie. Kocimiętkowy Wir przystanęła na środku obozu, a za nią ustawiła się reszta grupy. Przez moment napawała się reakcjami innych, a także widokiem znajomego azylu, aż w końcu ujrzała przed sobą Zalotną Gwiazdę, która zdążyła już wyjść ze swojej nory.
— Zapraszam, Kocimiętkowy Wirze — mruknęła, po czym odwróciła się i ruszyła w stronę swojego legowiska.
Mistrzyni najpierw podeszła jeszcze do stosu i zabrała z niego dosyć sporego królika, po czym wraz z nim zanurzyła się w półmroku jamy. Nie sądziła, by wypadało jeść w obecności liderki, lecz wiedziała, że inaczej nie będzie w stanie zdać jej raportu z misji — bo właśnie tego oczekiwała przywódczyni.
— Więc, Kocimiętkowy Wirze, opowiadaj śmiało. Jak zachowywali się członkowie patrolu? Jak zachowywała się Sroka? I przede wszystkim, dostrzegłam wśród was jakiegoś obcego kota. Kim on jest? Nie ma tej blizny co inni członkowie podmiejskiego klanu, więc skąd się wziął wśród was? — zaczęła zadawać pytania, podczas gdy mistrzyni zatopiła zęby w piszczce.
Wzięła pierwszy, soczysty i niezwykle smaczny kęs. Mięso uszaka wręcz rozpływało się w jej pysku, dając zielonookiej wrażenie, jakby to sami Przodkowie łaskotali ją po języku. Coś pięknego. Szybko jednak zmusiła się do przerwania tej chwili przyjemności i przełknęła kawałek mięsa, by skupić się na rozmowie z Zalotną Gwiazdą.
— Członkowie patrolu? Raczej zwyczajnie. Zaciekle walczyli ze strażnikami, podczas gdy ja szukałam Tropiącej Łaski w budynku więzienia. Co do tego kota, to nazywa się Moroz i również znalazłam go właśnie tam. Był razem ze swoją umierającą matką w tym samym pomieszczeniu co Tropiąca Łaska. Jego matka się obudziła i zaczęła mnie błagać, żebym zabrała go ze sobą i dała mu lepsze życie. Ja… — urwała na moment, by przełknąć ślinę i wbić spojrzenie w królika. — Cóż, nie mogłam tak po prostu zostawić tam tego kota. Na pewno przyda nam się jeszcze więcej członków, prawda? Wilczaków nigdy nie będzie za wiele — rzuciła żartem, chcąc ukryć swoje zaniepokojenie tym, czy Zalotna Gwiazda będzie zadowolona z nowego gościa.
— Mhm… Cóż, skoro już go tu przywlokłaś, to głupio byłoby kazać mu wracać taki kawał do Betonowego Miasta, czyż nie? — odezwała się szylkretka, uśmiechając się lekko do Kocimiętki, która zadarła brodę i nawiązała kontakt wzrokowy z liderką. — Mianuję go jeszcze dzisiaj, jak tylko skończymy rozmawiać, a więc opowiadaj dalej. Co ze Sroką? — dopytywała.
Zielonooka zastanawiała się nad tym, co powinna odpowiedzieć. Czy powinna wspomnieć o tym, że Sroka zauważyła nacięcia na uszach dużej liczby kotów? Nie. Przecież czarno-biała kotka uratowała jej życie. Nie mogła jej tak wkopać przed liderką.
— Sroka? Zachowywała się jak prawdziwy, rodowity Wilczak — przyznała w końcu, odwzajemniając uśmiech szylkretki. — I nawet nie żartuję! Doprowadziła nas do budynku więzienia bez żadnych oporów, a potem ramię w ramię walczyła u boku Wilczaków przeciwko swoim dawnym pobratymcom. W dodatku muszę przyznać, że uratowała mi życie. Gdy zaczęliśmy uciekać, dopadła mnie dwójka samotników. Myślałam, że to mój koniec — przyznała, trochę zawstydzona. — Jednak Sroka musiała zauważyć moją nieobecność i postanowiła się cofnąć, by mi pomóc — kontynuowała.
Zalotna Gwiazda skinęła głową, a w jej oczach pojawiło się coś na kształt radości i zadowolenia. Może nawet dumy. Tylko co wywołało w niej takie emocje? Czy tak bardzo cieszyła się z tego, że zakładniczka zaaklimatyzowała się wśród Wilczaków?
— To teraz opowiedz mi o całym przebiegu tej wyprawy, od momentu, gdy wyszliście z obozu, aż do waszego powrotu — zażądała.
Kocimiętkowy Wir skinęła głową, lecz nim zaczęła opowiadać, wzięła jeszcze kilka kęsów królika. Następnie przystąpiła do streszczenia całej misji.
Trwało to dosyć długo, lecz ostatecznie udało jej się dokończyć sprawozdanie. Wtedy też wraz z Zalotną Gwiazdą opuściła legowisko przywódczyni. Szylkretka od razu wdrapała się na mównicę, a Kocimiętkowy Wir ustawiła się przed nią, przygotowując się na to, że zaraz z każdej strony otoczy ją tłum kotów.
— Niech wszyscy członkowie Klanu Wilka zbiorą się pod mównicą! — oznajmiła liderka.
Gdy koty opuściły swoje legowiska niczym mrówki wychodzące z kopca, Zalotna Gwiazda zaczęła przesuwać wzrokiem po zgromadzonych pyskach.
— Zebraliśmy się tu przede wszystkim, by pogratulować wybawcom Tropiącej Łaski! — zaczęła, uśmiechając się do zgromadzonych Wilczaków. — Ta szanowana wśród nas wojowniczka nie miałaby dziś okazji zasnąć wśród znajomych pysków, gdyby nie szóstka odważnych i silnych kotów. Kocimiętkowy Wir, Rozbity Księżyc, Wilczy Skowyt, Cętkowany Tęgosz, Skowronkowa Rozkosz, a także nasza zakładniczka — Sroka — zasługują dziś na szczególną pochwałę. Każdy z nich udowodnił, że w razie zagrożenia my, jako Wilczacy, jesteśmy w stanie połączyć siły i przezwyciężyć każdą przeszkodę! — kontynuowała, wypinając dumnie pierś. — Doszły mnie również słuchy, że Sroka, choć dołączyła do nas dopiero niedawno, już ma zadatki na przykładnego Wilczaka. W nagrodę za doprowadzenie patrolu do celu i pomoc w odbiciu Tropiącej Łaski zdecydowałam się podjąć pewien krok. Sroko, wystąp!
Mistrzyni nie była zdziwiona postępowaniem liderki. Wiedziała, że kotka będzie chciała jakoś wynagrodzić więźniarkę.
Gdy żółtooka przedostała się przez tłum i stanęła przed mównicą, szylkretka kontynuowała:
— Nie będę trzymać cię w ciasnym legowisku więźniów, Sroko. Widzę w tobie ogromny potencjał na to, byś została jedną z najszlachetniejszych wojowniczek w Klanie Wilka. Wiem, że pod okiem odpowiedniego mentora nauczysz się każdego skrawka terenu na pamięć, a także wspinać się na drzewa czy nawigować w tunelach. Jestem pewna, że to Ognikowa Słota będzie dla ciebie odpowiednią mentorką i przekaże ci całą potrzebną wiedzę — wygłosiła, patrząc na młodszą kotkę z niemal matczyną dumą. — Sroko, od dzisiaj będziesz zwała się Sroczym Cieniem. Przysługują ci te same prawa co reszcie uczniów, lecz wiedz, że twoim nowym mianem pragnę uhonorować twoje zasługi dla Klanu Wilka. Mam nadzieję, że w przyszłości pokażesz mi, że postąpiłam słusznie i nie okryjesz swojego wojowniczego imienia hańbą — dokończyła, po czym pozwoliła Ognikowej Słocie zetknąć się nosem ze Sroką.
Kocimiętkowy Wir czuła się teraz zmieszana całą tą sytuacją. Dlaczego Zalotna Gwiazda tak bardzo lubiła czarno-białą kotkę? Czy aby na pewno były dla siebie nieznajomymi? Dlaczego ta zwykle chłodna i poważna liderka zachowywała się przy Sroce, jakby była jej matką?
— Jest jeszcze jeden kot, który dziś wstąpi w szeregi uczniów. Morozie, wystąp — poleciła.
Srebrzysty kocurek wysunął się z tłumu.
— Od dziś, aż do otrzymania imienia wojownika, będziesz się nazywać Soplową Łapą. Twoją mentorką będzie Biały Barszcz. Mam nadzieję, że przekaże ci całą swoją wiedzę — mówiła dalej. — Może i nie przeżyłeś nocy w lesie, lecz wierzę, że twoja podróż z Betonowego Miasta aż do azylu Klanu Wilka jest świadectwem twojej wytrzymałości — dodała jeszcze, po czym zwróciła się do biało-liliowej wojowniczki:
— Biały Barszczu, jesteś gotowa do szkolenia własnego ucznia. Otrzymałaś od swojego mentora, Sowiego Zmierzchu, doskonałe szkolenie i pokazałaś swoją siłę oraz zaciekłość. Będziesz mentorką Soplowej Łapy i mam nadzieję, że przekażesz mu całą swoją wiedzę.
Po jej słowach jasnofutra kotka zetknęła się nosem ze srebrzystym kocurkiem, a chwilę później rozległy się okrzyki:
— Sroczy Cień! Soplowa Łapa! Sroczy Cień! Soplowa Łapa!
Po zakończonej ceremonii Kocimiętkowy Wir zagoniła wszystkich uczestników wyprawy do medyków. W lecznicy szybko zrobiło się tłoczno, a Chudy Grzbiet zaczął krzyczeć na koty, by ustawiły się w kolejce. Rudofutra skończyła więc wraz z czekoladową szylkretką na jej końcu, podczas gdy medycy opatrywali Cętkowanego Tęgosza i Rozbitego Księżyca. Zielonooka nie mogła ukryć, że w obecności Tropiącej Łaski jej mięśnie wbrew jej woli się spinały, a futro stawało dęba.
Morderczyni.
Czuła niesmak na podniebieniu, gdy wpatrywała się w łapy czekoladowej. Nie mogła uwierzyć, że śmiała nimi tknąć Dyniową Skórkę. Nie potrafiła sobie nawet tego wyobrazić.
— No, Tropiąca Łasko, to może opowiesz mi, jak minął ci pobyt w Betonowym Świecie? — postanowiła zagadnąć szylkretkę, licząc na to, że podczas rozmowy uda jej się choć trochę jej dogryźć.
<Tropiąca Łasko?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz