Kiedy Byzka i Skowronek byli jeszcze kociętami.
Noc nie mógł się nacieszyć swoimi maleństwami. Najpierw tak drobnymi, jak kwiatuszki, delikatnymi jak niezapominajki na wietrze. A potem te dwa łobuzy uchyliły oczka. Te cztery piękne ślepia, które wbijały się w niego jak w obrazek. Prawie od razu Nocny Śpiewak mógł stwierdzić, że te dwa maluchy będą jego całym światem. Może nawet trochę bardziej niż jego dotychczasowa rodzina.
Pierwsze tygodnie były rutyną. Nocny Śpiewak robił wszystko to, co leżało w jego obowiązkach wojownika, po czym znikał w żłóbku. Nie mógł się nacieszyć tymi tygodniami, zanim miną odpowiednie księżyce i jego dzieci wylecą z jego bezpiecznych objęć.
— Dzień dobry Skowronku. — Przywitał się z synem u samego próg. Młodzik był bardzo chętny do przebywania ze swoim tatą. Opowiadał mu przeróżne historie, słuchał uważnie opowieści o Mrocznej puszczy i był bardzo podekscytowany każdą minutą spędzoną ze swoim ojcem.
— Dzień dobry, tato! — i zaraz zaczęła się kolejna rozmowa, która pewnie trwałaby w nieskończoność, gdyby nie córeczka Nocy. Bryzka podskoczyła do nich z szerokim uśmiechem.
— Tato, pobawisz się z nami? — zapytała. I jak Noc mógłby odmówić? Na pewno nie swoim dzieciom. — pobawmy się w wyznawcę Klanu Gwiazdy i wojowników Klanu Wilka! — zaproponowała, jak dostrzegła niepocieszoną minę swojego brata.
Nocny Śpiewak uśmiechnął się szeroko, zarówno zadowolony z propozycji, jak i zachowania swojej córeczki. Uwzględniała swojego brata w swoich zabawach i to cieszyło Noc. Wyglądało na to, że się będą dogadywać i pozostało tylko prosić przodków, aby tak pozostało na dłużej niż tylko w trakcie ich kocięcych lat.
— Oczywiście… — szepnął do siebie. Ich więź powinna pozostać tak silna, jak Nocy, Chudego i Grubego. — Nie przejdziecie ani skrawka dalej! Przegonię was z naszych terenów innowiercy! — ogłosił Noc i napinając się jak łuk. I wkrótce został zaatakowany przez dwie kuleczki futra. Opadł na podłogę żłobka z dramatem opadającego drzewa i zaległ tam przez chwilę udając martwego. Dopóki jego kochana córeczka nie zaczęła zaczepiać go za uszy. Noc roześmiał się i łapą przyciągnął ją tylko bliżej do siebie, zaraz sięgając po syna, a kiedy oba kociaki były w jego ramionach, zaczął je dokładnie myć.
I wkrótce oba kociaki drzemały słodko, jeszcze odrobinę za małe, żeby brykać cały dzień.
Dzień za dniem i noc za nocą, Nocny Śpiewak zaglądał na niebo i liczył wygląd księżyca. Musiał się całkiem wysilić, aby znaleźć oblicze jasnego okręgu na niebie, ale uporczywie czekał. Czekał i liczył, że ten moment nadejdzie i nie. Chciał, aby jego dzieci rosły zdrowe i silne, jednak nie chciał jeszcze wypuszczać ich w uczniowskie lekcje i objęcia mentorów. Nie był do końca na to gotowy. Chciał jeszcze swoim malcolm tyle pokazać. Któregoś wieczoru słuchając Skowronka, naszła go pewna myśl. Jego maluchy były tak duże. Już tak duże, że w ich głosach przestał słyszeć nieśmiałość. Zamiast niezapominajek na silnym wietrze te dwa kwiatki zamieniły się w piękne lilie, dryfujące na jeziorach. Silne, ale jeszcze tak proste w manipulacji przez fale. Tak chłonne.
— To był bardzo ciekawy dzień… — Noc polizał Skowronka za uchem, po czym wstał. — Mam dla was niespodziankę. Chodźcie ze mną. Bryzka, ty też.
Noc wysunął się ze żłobka. Jego dzieci posłusznie wysunęły się za nim. Wojownik zajrzał na gałęzie zakrywające ciemniejące powoli niebo i podjął dość ryzykowną decyzję. Jednak jego maluchy zasługiwały na dozę piękna, zanim utkną na całą noc zamknięte w objęciach lasu. Powoli prowadził swoje dzieci w dobrze znanym sobie kierunku poza obozem.
—Tato? Dokąd idziemy? – zagadnęła Bryzka.
— Niespodzianka.
— Czy to już nasza próba? Bycia w lesie? — Jego synek zapytał, przylegając dość mocno go jego boku.
— Jeszcze nie, chociaż to już niedługo. Dzisiaj nie zostajecie sami i nie idziemy daleko. Już prawie. Wiem, że jest zimno i robi się ciepło, ale już… niedaleko. — mruknął Noc z uśmiechem. Zaprowadził ich na małą polankę. Tutaj drzewa wyciągały swoje gałęzie ku górze, jednak nie stykały się i nie mieszały ze sobą Przygarnął oba łobuzy do siebie, aby zagrzać je trochę na chłodzie powietrza i zagadał je. Bryzka i Skowronek bardzo chętnie słuchali jego opowieści o przodkach, aż nie zaczęli ziewać.
— Pokażę wam coś… zanim wrócimy spać…— Noc uśmiechnął się szeroko. Ciemność pokrywała już praktycznie każdy kawałek lasu. — Popatrzcie w górę.
Sam wojownik nie zadarł głowy, tak jak zrobiły to jego dzieci. Jeszcze nie. Mógł się za to przyglądać, jak Bryzka uchyliła pyszczek, jak Skowronkowi rozszerzyły się oczy w zaskoczeniu i podziwie. — Nie mogliście wychodzić poza żłobek, a nasz obóz pokrywają gęste gałęzie… A niebo jest takie piękne w tak chłodne noce. — Noc uniósł oczy w kierunku nieba. Było wyjątkowo przejrzyste, gdyż księżyc toczył się powoli ku swojej pełni. Było Jasne, wbijające się w fiolety, błękity i róże, które ostały się jeszcze z resztek słońca, obsypane tysiącami małych kropek. — Tam na górze… czasem coś spada. Zostawia za sobą sznur jasnego światła, a potem znika razem z nim. Słyszałem, że jeśli się to zjawisko zaobserwuje i pomyśli o swoich marzeniach wystarczająco silnie… to się spełnią.
Tej Nocy Śpiewak otulił swoje dzieci szczelniej ogonem, chciał je zagrzać. Ich wyprawa w końcu nie należała do najbezpieczniejszych. Wkrótce na jego maluchy czekała także próba… Już tak niedaleko.
Jego dzieci przetrwały. Nie uważał, że mogłoby być inaczej. W końcu Skowronek i Bryzka mieli w sobie tyle zapału i siły. Zawsze. Byli jego oczkiem w głowie. Więc jakiż był jego szok i niedowierzanie, kiedy Bryzka, a raczej już Bryzowa Łapa, trafiła pod krzywe łapy jego brata. Uczennica medyka… Z jej zaparciem i siłą, Noc uważał, że spisałaby się jako wojownik bez wątpienia, jednak… Skoro ta droga wydawała się dla niej ścieżką, którą chce obrać, nie zamierzał jej zatrzymywać. Wręcz przeciwnie. Po skończonym mianowaniu podszedł do córki.
— Jestem z ciebie bardzo dumny. — oświadczył. Przytulił ją mocno do swojego boku. — Bardzo dumny. Z was obu. — sięgnął po syna i przycisnął go do swojej piersi. — Chudy Grzbiet i Sowi Zmierzch zajmą się wami doskonale!
Niedługo potem Noc otrzymał swojego własnego ucznia. Niedźwiedzia Łapa bywał niepewny i nieco przerażony konceptem wchodzenia na drzewa. Nie wychodziło mu to też za mocno, ale miał inne zalety. Inne talenty.
Któregoś pięknego dnia Noc przystanął pod jednym z wysokich świerków. Niedźwiedzia Łapa przestąpił z łapy na łapę obok niego.
— Nie chcę się już wspinać… — odparł. Jego uszy były położone w dół, a oczy wielkie i błagalne.
— Nie unikniesz tego. Żeby być wojownikiem w Klanie Wilka, musisz umieć, chociaż odrobinę się na nie wspinać. Pomaga to unikać kontaktów z psami, lisami, borsukami, a nawet dwunogami. Nawet jeśli nie robisz tego dobrze czy zgrabnie jest to umiejętność, której ci nie odpuszczę. Nauczysz się, chociaż na te drzewa uciekać… — oznajmił Noc. Z zacięciem spojrzał na swojego ucznia, który pogrążył się w chwili zamyślenia.
— No dobrze. — w końcu zgodził się ze swoim mentorem. Nie, żeby miał jakiś większy wybór. Noc nie zamierzał mu tego odpuścić. Była to w końcu jego słabość, a takową należało wyeliminować.
Niedźwiedzia Łapa był niecierpliwy. Jego pozycja polowania była niedokładna, a jego kroki trochę zbyt nierozważne. To były ich pierwsze ćwiczenia i Śpiewak już wiedział, że będzie musiał tego dzieciaka nieźle przećwiczyć w umiejętności skupienia. Nie czekał na to. Nie była to część treningu, jaka ekscytowała dla żadnego ucznia. Nocny Śpiewak machnął ogonem z irytacją. Czekała go przeprawa przez mękę.
Następnego dnia odpuścił trening o poranku i kazał swojemu uczniowi zażyć sporej ilości snu, gdyż ich planem było wyjść w nocy. I tak też zrobili. O zmierzchu zniknęli w odmętach lasu. Dorosły wojownik zaprowadził swojego ucznia prosto na jakąś polanę i posadził ich na samym jej środku.
— Zi… Zimno trochę. — odparł młody kocur. Nocny Śpiewak przysunął go więc bliżej siebie. — Dziękuję.
— Proszę cię bardzo. A teraz. Spójrz na niebo. — polecił uczniowi. Ten zadarł głowę w zastanowieniu. — Co widzisz?
— Gwiazdy? I… chmury. — odparł kocur.
— Policz… Ile widzisz chmur. — Nocny śpiewak sam spojrzał w górę. — Cierpliwie i powoli. Napawać się tą pięknością, ale licz je. Jak przesuwają się po niebie. Sprawdź. ile jesteś w stanie wskazać osobnych gwiazd. — uczeń zmrużył oczy i po cichu mruczał do siebie odpowiedzi. Ale uspokoił się. Skupił. Może i dla niego niebo okaże się czymś wyjątkowo bliskim jak dla Śpiewaka.
Jednak mimo to Śpiewak widział do pewnego czasu w Niedźwiedziej Łapie prawie same słabości. Może był silnym kotem, jednak jego rozpraszanie się sprawiało, że ta siła nie odnajdywała odpowiedniego upustu. Dlatego też zaskoczony był, kiedy zabrał młodego kota do tuneli. Chciał przedstawić mu swoje ulubione zajęcia za czasów uczniowskich. Pamiętał. jak straszył Tropiącą Łaskę w tych tunelach, za co mu się czasem obrywało.
— Tunele… to nie żart. Ciemność, jaka cię tam otacza, nie jest taka jak ciemność nocy. — wyjaśnił Niedźwiedziej Łapie pokrótce, po czym weszli do środka. Jak się okazało Nocny Śpiewak nie musiał się martwić o nic. w przypadku tego kociaka. Jego uczeń od razu podchwycił jego wskazówki, a wewnątrz tuneli czuł się jak w domu. Nocy, nieco ulżyło. Jednak w tym niecierpliwym uczniu krył się jakiś talent!
Więc życie toczyło się swoim biegiem, tak jak to często bywa, kiedy rutyna wedrze się w nie siłą. Nocny Śpiewak pilnował, aby Niedźwiedzia Łapa chłonął wiedzę. Pilnował, aby Skowronek nabrał odrobinę samodzielności, poza cieniem swojego ojca. I pilnował, aby jego córka pamiętała, że istnieje.
Tego pięknego dnia zajrzał do medyków z uśmiechem. Jego brak rzucił mu podejrzliwe spojrzenie, praktycznie od progu.
— Coś ci dolega? — zagadnął.
— Samotność. — odrzekł Noc wkładając w tę odpowiedź całą siłę dramatu, jaką mógł.
— Doprawdy? — Chudy odwrócił oczami i odetchnął ciężko. Bryzowa Łapa zerknęła na nich kątem oka.
— Mogę ukraść Ci moją córkę, tak na jeden wieczór. — Nocny Śpiewak puścił bratu oko na jego reakcję. Ten tylko uniósł brew i się zastanowił. Po czym wzruszył ramionami i odpowiedział jednym słowem.
— Możesz.
I tak w ten sposób Bryzowa Łapa szła spokojnie obok swojego taty. Nocny Śpiewak spojrzał na nią od czasu do czasu. Jego łapy automatycznie poprowadziły go w znane mu już miejsce. Tam, gdzie po raz pierwszy pokazał swoim dzieciom nocne niebo. Teraz kiedy słońce chyliło się ku horyzontowi, całe to niebo wymalowane było błękitem, różem i fioletem. Pięknem, innymi słowy.
— Powiedz mi… Jak ci idzie trening medyka? Jak się czujesz w swojej roli?
<Bryzko?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz