BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Na skutek pożaru oraz spisku, który miał miejsce w szeregach Burzaków, doszło do zamachu na poprzedniego lidera oraz objęcie rządów przez jego syna, Zawodzącą Gwiazdę. Grupa spiskowców, wśród których odkryto Tańcujące Pierze, Gradobijącego Ciernia, Rudzikowe Skrzydełko, Zwiewny Mak oraz Dzikiego Berberysa, została ukarana według głosu publiczności. Jednak wydanie wyroku nie równało się z powrotem do normalnego trybu życia – klan musiał zmierzyć się ze stratą domu, bliskich, jak i terenów, na których mogli polować. Nie zostanie zapomniana pomocna łapa, którą w stronę Burzaków wyciągnęła władza Owocowego Lasu, zacieśniając tym sojusz. Tymczasowy obóz w Grocie Pamięci zamienił się w przeszukiwanie pobliskich tuneli, wybieranie jaskiń odpowiednich na legowiska, żmudne zbieranie materiałów ze starego obozu… Jednak, mimo trudności i łap pełnych roboty, Klan Burzy z powrotem staje na nogi.

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Nocy!
(dwa wolne miejsca!)

Miot w Owocowym Lesie!
(dwa wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 27 września, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Drzemlik x Lipieniek. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Drzemlik x Lipieniek. Pokaż wszystkie posty

01 września 2026

Od Drzemlika CD. Lipieńka

Drzemlik pokiwał głową, lekko oszołomiony z powodu całej tej sytuacji. Do tej pory nigdy nie widział kotów, które latały. Mimo wszystko zrozumiał każde powiedziane do niego słowo. Spojrzał na ślimaka i musnął jego muszlę delikatnie łapą, zaraz po geście Lipieńka, jakby w celu zachęcenia zwierzaka do wynurzenia się ze swojej “jaskinii”. Śluz wewnątrz schował się ciaśniej do skorupy, a zwęglony kocurek zmarszczył delikatnie brwi. Bardzo by chciał, żeby istotka już się obudziła. W końcu chcieli go nazwać, a on, jeśli miał jakikolwiek pomysł, to już zdążył o nim zapomnieć. Jego kolega parę uderzeń serca temu zawisł w powietrzu i kołysał się tak jeszcze parę razy, zanim wreszcie puścił łodygę i wylądował z pluskiem na brzuchu. Niebieski przeniósł wzrok, tym razem na znajomego, mając szczerą nadzieję, że nie zrobił sobie krzywdy. Chciał mu jakoś poprawić humor.
— Chyba jest nadal śpiący. Może poczekamy, aż się wyśpi i wtedy wyjdzie i go nazwiemy? — zaproponował, poruszając lekko ogonkiem. Tak, jak do tej pory oni się wysypiali każdego dnia. Nie chciał mu odbierać możliwości porządnego zaznania odpoczynku. Lipieniek zastanowił się jeszcze parę uderzeń serca, a uśmiech odrobinę mu zrzedł.
— Ale przynieśliśmy mu jedzenie… jeśli nie zje go za niedługo, to namoknie i może już mu nie będzie smakowało — zauważył słusznie, łapą przysuwając mech, o który przecież tak zawzięcie walczył jeszcze chwilę temu. Drzemlik zamruczał.
— Racja… to musimy jakoś go zachęcić do tego, żeby wyszedł. Ślimaczkuuuu? — miauknął, próbując zajrzeć do skorupki bez dotykania jej. Pupil jednak ani drgnął. Lipieniek śledził wzrokiem kompana, a potem poruszył się nieznacznie.
— Ja mam lepszy pomysł. Może tutaj jest mu zimno. Zanieśmy go do żłobka i wtedy pomyślimy, co dalej. Tam się ogrzeje i w dodatku będzie mu mniej mokro! Mało kto lubi być mokry, poza nami, Nocniakami! — powiedział z determinacją. Niebieski kocurek nie widział w tym pomyśle nic złego, dlatego też zgodził się szybko, zgarniając sprawnie tyle rzeczy dla malucha, ile był fizycznie w stanie.
Podnieśli się ze swojego miejsca i przemaszerowali do żłobka ostrożnie. Drzemlik w pyszczku trzymał mech, a Lipieniek ślimaka. Kolega niósł go niezwykle ostrożnie, a jednak i tak niebieski miał wrażenie, jakby ząbki kociaka były niedaleko od wbicia się w delikatną osłonkę. Widział na niej parę rysek pasujących do kształtu kłów, ale na szczęście zero ubytków. Odetchnął lekko w duchu.
— Wiesz Lipieńku, że uczę się już do tego, żeby zostać wojownikiem? Potrafię odtworzyć chwyty bitewne i… pozy polowania! — Pochwalił się Drzemlik, co było oczywiście kłamstwem – nie rozpoczął z nikim treningu, a wszystkie chwyty wymyślił sam. Jednak mógł być z tego dumny, bo nie każdy kociak przecież tak robił. Brązowy pewnie by mu odpowiedział, gdyby nie miał pełnego pyska. Gdy dotarli wreszcie nad jedno z posłań, położyli na kamieniu z mchem muszlę, pilnując, żeby nie wyślizgnęła się i nie przeturlała dalej. Lipieniek przyjacielsko szturchnął go w bark.
— Drzemliku, to może za ten czas, co czekamy, pokażesz mi, co potrafisz? Też chciałbym się już powoli do tego szykować. W końcu jestem od ciebie odrobinę starszy — powiedział pręgus. Żółtookiemu zatańczyły iskierki podekscytowania w lusterkach.
— Oooo, naprawdę chciałbyś się ode mnie uczyć? Dobrze więc! Zatem… przykucnij! — I na jego polecenie starszy przypadł nisko do ziemi, wpatrując się na niego z wyczekaniem. Mięśnie miał napięte, a ogon wysoko postawiony, niczym antenka. — Teraz… musisz postawić czujnie uszy! Iiiii… wypchnij tylną łapę do tyłu, a przednią do przodu. Połóż się na boku i gotowe!
Lipieniek spojrzał na niego, unosząc jedną brew do góry. Wyprostował się i przysiadł, owijając ogonem swoje przednie łapki. Teraz były mokre przez to, że na zewnątrz też było.
— Ale jak mam w takiej pozycji na cokolwiek zapolować? — zapytał, a zwęglony spojrzał na niego w zamyśleniu.
— Hmmm… w ten sposób zwierzyna sama do ciebie podejdzie! Nie będziesz musiał nic robić, tylko poczekać — zapewnił go entuzjastycznie. Nigdy wcześniej nie ustawiał się w ten sposób, a każdy ruch do tej pory wymyślił na poczekaniu. Doskonale się bawił. — Może nazwiemy go Ślimaczek Drzemlika i Lipieńka? — zaproponował po chwili ciszy, a bury wyraźnie się zamyślił, rozważając tę propozycję. Wreszcie, zwęglony sam położył się na boku, wysuwając łapki przed siebie, rozciągając się w ten sposób i wskutek delikatnego przesunięcia cielskiem kamienia, ślimak stoczył mu się na futro, zatapiając w krótkich kłosach.
— Ojej! Masz go na sobie. Daj, zdejmę go z ciebie — zaproponował Lipieniek, wyrwany z chwilowego odpłynięcia myślami, na co żółtooki pokiwał energicznie głową, niemal nie zrzucając pupila na grunt. Nie chciał przecież, żeby spadł! Musiał trwać w bezruchu. Dlatego też przestał się ruszać, kątem oka próbując śledzić, co działo się ze ślimakiem.

<Lipieńku?>

13 sierpnia 2026

Od Lipieńka CD. Drzemlika

Zacisnąłem zęby na grubej łodydze jeszcze mocniej, aż poczułem, jak źdźbła łaskoczą mnie po nosie. Roślina ani myślała się poddać. Szarpałem głową na boki, próbując wyrwać ją razem z kawałkiem ziemi, ale zamiast tego moje przednie łapy zaczęły tracić kontakt z podłożem. Najpierw uniosła się jedna, potem druga, a chwilę później poczułem nieprzyjemne łaskotanie w brzuchu, kiedy moje łapy zawisły nad ziemią. Znieruchomiałem. Przez moment nawet nie mrugnąłem, wpatrując się w ziemię znajdującą się pode mną.
— Drzemlik…? — pisnąłem, a moje uszy położyły się płasko na głowie. — Ja chyba… latam.
Nie brzmiało to wcale tak dobrze, jak mogłoby się wydawać. Ogon zjeżył mi się lekko, gdy spróbowałem poruszyć tylnymi łapami. Nic. Tylko kołysałem się na boki, uczepiony zębami tej przeklętej trzciny. W brzuchu poczułem dziwne ściskanie. Z jednej strony było to trochę fascynujące. Byłem wyżej niż wcześniej! Mogłem zobaczyć kawałek obozu ponad niskimi kępami roślin i dostrzec poruszające się w oddali ogony dorosłych kotów. Z drugiej strony wcale nie byłem pewien, jak właściwie wrócić na ziemię.
— Tylko… nie puszczaj mnie — wymamrotałem przez zaciśnięte zęby, chociaż sam nie wiedziałem, czy mówiłem to do Drzemlika, czy do trzciny.
Wiatr prześlizgnął się pomiędzy wysokimi łodygami, wprawiając je w delikatny szelest. Kilka kropel wody, które pozostały na liściach po nocnym deszczu, spadło na moje futro. Jedna trafiła prosto między oczy. Odruchowo zmrużyłem ślepia, a wtedy trzcina przechyliła się jeszcze bardziej.
— AAAAA!
Puściłem ją. Na całe szczęście nie spadłem z dużej wysokości. Wylądowałem na miękkiej, wilgotnej ziemi z głuchym pacnięciem, a chwilę później przewróciłem się na bok. Przez kilka uderzeń serca leżałem bez ruchu, próbując zrozumieć, czy wszystkie moje łapy nadal znajdowały się na swoim miejscu. Pomarańczowe oczy rozszerzyły mi się, gdy spojrzałem na swoje łapki. Były. Wszystkie cztery.
— Żyję… — wymruczałem z ogromną ulgą, po czym spojrzałem na Drzemlika. — Koty jednak nie potrafią latać.
Usiadłem, otrzepując z futra drobinki ziemi i kawałki wyschniętej trawy. Dopiero teraz zauważyłem, że kawałek trzciny, który przed chwilą próbowałem wyrwać, nadal leżał obok mnie. Spojrzałem na niego z wyraźnym wyrzutem. To wszystko było jego wina.
— Ale przynajmniej mamy jedzenie dla naszego ślimaka.
Podniosłem głowę, a mój wzrok powędrował w stronę miejsca, w którym zostawiliśmy naszego nowego pupila. Wydawało mi się, że konstrukcja z mchu, kamienia i ściółki była z tej odległości jeszcze mniejsza niż wcześniej. Przez chwilę zastanawiałem się, czy ślimak nadal tam był. Przecież obiecaliśmy, że się nim zajmiemy.
Ruszyłem więc z powrotem, tym razem zdecydowanie ostrożniej. Stawiałem łapę za łapą, omijając mokre wgłębienia w ziemi i większe kamienie. Obóz z tej perspektywy wyglądał zupełnie inaczej niż z kociarni. Wysokie trzciny poruszały się nad naszymi głowami, a pomiędzy nimi co jakiś czas pojawiały się sylwetki dorosłych kotów. Słyszałem ich rozmowy, szelest łap przesuwających się po podłożu oraz pojedyncze miauknięcia dochodzące z różnych stron. Wszystko wydawało się ogromne, a jednocześnie niezwykle interesujące. Kiedy dotarłem do Drzemlika, zerknąłem najpierw na niego, potem na ślimaka.
— Widzisz? — mruknąłem z dumą. — Nie zjadłem ziemi ani nie umarłem.
Po chwili nachyliłem się nad naszym pupilem, sprawdzając, czy nadal siedział na kamieniu. Muszla była wilgotna i błyszczała w świetle słońca, które przedzierało się przez trzcinowe liście. Dotknąłem jej ostrożnie końcem nosa.
— Nadal śpi. — zmarszczyłem nosek.

<Drzemliku? Myślisz, że ślimaki też potrafią latać?>

11 sierpnia 2026

Od Drzemlika CD. Lipieńka

Drzemlik zgarnął kawałek posłania, które nie było okupowane akurat przez nikogo i próbował zbić je w ciasną górkę, jakby podłoże dla ich nowego pupila. Szeleścił tak przez parę uderzeń serca, pracując pieczołowicie. Mchu niestety nie widział nigdzie, ale powinien być poza żłobkiem. Może jeśli się rozejrzy i postara bardziej, to i tutaj go znajdzie… w końcu kociaki wiecznie bawiły się kulkami mchu. Musiała jakaś się ostać, choćby wyschnięta i wytarmoszona. Niebieski nie wiedział, co jadły ślimaki. W końcu znaleźli go w dole razem z innymi, nieruszającymi się owadami, więc może jadły właśnie to…? Ale nie zamierzał kwestionować tego, co mówił kolega. Wierzył mu i równie dobrze mogli się przekonać. W końcu nie było niczego złego w podawaniu pupilowi możliwych posiłków i sprawdzania, co by zjadł, tak? Wysoka trzcina nad głowami dwójki zakołysała raz jeszcze, pchana przez wiatr i uchyliła ze swoich źdźbeł parę kropli wody prosto na główkę zwęglonego. Ten w odpowiedzi podskoczył lekko ze zdziwienia, a następnie potrząsnął łebkiem w celu zrzucenia z siebie nadmiaru wody, reszta musiała wyschnąć sama. Skąd mógł wziąć kamyk… hm… A, leżał właśnie jeden obok jego łapy. Pochwycił go ostrożnie i położył na swojej budowli z wyschniętej ściółki. Dumny ze swojej budowli, podniósł delikatnie ślimaka za muszlę w celu położenia go na nią. Istotka odlepiła się od mokrego podłoża, zginając w kuleczkę i chowając do muszli całkowicie. Widać było jedynie lepką substancję, lekko wystającą poza twardą osłonę. Prawie wyślizgnął mu się z łapki, jednak w porę odstawił go na kamień. Muszla ułożyła się płasko na powierzchni, jednak pupil nie chciał wyjść ani wyglądać na zewnątrz.
— Przyniosę mu coś do jedzenia, może jak go nakarmimy, to wyjdzie! — oznajmił Lipieniek, a Drzemlik w odpowiedzi zawołał:
— Dobrze!
I łapką pilnował, żeby w razie co ślimak nie stoczył się z ich porządnej konstrukcji. Słońce wspinało się leniwie po nieboskłonie, rzucając delikatne światło na pyszczek młodzika, dumnie i wytrwale pilnującego, żeby nic nie stało się ich nowemu zwierzakowi. Patrzył na wojowników, spieszących się na patrole, dzielących językami i co jakiś czas miał wrażenie, że ktoś do niego podejdzie, aczkolwiek finalnie nikt tego nie zrobił, przynajmniej nie teraz. Lipieniek obawiał się, że ktoś im porwie tego ślimaka albo wyrzuci, a niebieski nie odczuwał niczego podobnego. Tak naprawdę z wielką chęcią pochwaliłby się komuś, że go znaleźli.
Czekał i czekał na kolegę, ale jemu schodziło dziwnie długo. Może zwęglony był po prostu niecierpliwy? Zaczął się odrobinę martwić. Jedyne, co widział, to przebierające łapy pobratymców nieopodal i czuł zapach kociaka, jeszcze przed chwilą tutaj siedział.
Rozejrzał się w poszukiwaniu znajomego, pręgowanego ogonka, ale nie mógł go nigdzie znaleźć. Wstał więc i pochylił się nad ślimakiem jeszcze. Czy wyszedł poza obóz w celu zerwania paru liści? Jak wyglądało w ogóle wyjście z azylu? Nie był pewien, czy chciał to sprawdzać. W końcu nie wolno mu było wychodzić poza żłobek, a co dopiero poza obóz…
— Nigdzie nie idź, dobrze? Musimy cię jakoś nazwać! — poprosił, poduszką delikatnie gładząc go po muszli. Była śliska i mniej mokra niż paręnaście uderzeń serca. Wstał od niego i gdy zrobił parę kroków, jego serce uspokoiło się odrobinę. Lipieniek siłował się z jedną z wielkich trzcin. Ząbkami wbił się w obficie obrośnięte łodygi, a roślina nie ustępowała i gdyby tylko poszarpał się tak dłużej, możliwe, że posłałaby go w górę i utknąłby tam, przynajmniej dopóki nikt by go nie zdjął. Niczym polna mysz na kłosie trawy. Westchnął z ulgą. Podszedł do kolegi w celu pomocy mu z zerwaniem pożywienia dla ślimaka. Nie był szczególnie silny, ale praca we dwóch robiła różnicę.

<Lipieńku, uważaj, bo zawiśniesz w powietrzu! A koty nie potrafią latać… czy potrafią?>

09 sierpnia 2026

Od Lipieńka CD. Drzemlika

Nie mogłem oderwać wzroku od dziwnych stworzeń znajdujących się w zagłębieniu ziemi. Woda po nocnym deszczu nadal zalegała w niewielkich dołkach pomiędzy korzeniami i źdźbłami trawy, odbijając fragmenty jasnego nieba. Cały obóz pachniał mokrą ziemią, trzciną i wilgotnym mchem, a chłodne krople wciąż spadały z wyższych liści, rozbijając się o podłoże tuż obok moich łap. Co jakiś czas wiatr poruszał trzcinowymi ścianami obozu, przez co cienkie źdźbła ocierały się o siebie z cichym szelestem. Wysoko nade mną przesuwały się białe chmury, pomiędzy którymi pojawiało się słońce. Jego promienie wpadały do obozu w wąskich smugach i oświetlały mokrą ziemię tak mocno, że przez chwilę musiałem mrużyć oczy.
Jeszcze przed chwilą byłem przekonany, że martwe osy są najciekawszą rzeczą, jaką mogliśmy znaleźć. Teraz jednak coraz bardziej interesował mnie ślimak, którego Drzemlik trzymał przy sobie. Jego duża muszla błyszczała od wilgoci, a cienkie ciało zostawiało za sobą połyskującą ścieżkę. Przybliżyłem pyszczek, żeby lepiej mu się przyjrzeć, ale zaraz odsunąłem się o krok, kiedy poczułem dziwny, mokry zapach. Nie był nieprzyjemny. Był po prostu… inny. Wszystko tutaj pachniało inaczej niż w żłobku, gdzie znałem każdy zapach. Tutaj każdy kawałek ziemi mógł skrywać coś nowego.
— Myślisz, że można go zatrzymać? — zapytałem, patrząc na Drzemlika. — Tego ślimaka, znaczy.
Nie czekając długo na odpowiedź, wyciągnąłem łapkę i ostrożnie dotknąłem muszli. Była chłodna i śliska. Ślimak nawet nie drgnął. Przekrzywiłem głowę, a moje wąsiki poruszyły się lekko. Przez chwilę zastanawiałem się, czy on w ogóle żyje, ale wtedy jego czułki minimalnie się poruszyły. Od razu cofnąłem łapę, a po chwili znowu ją wyciągnąłem, tym razem odrobinę odważniej.
— On chyba jest grzeczny. Nie ucieka.
Rozejrzałem się po obozie, jakbym nagle zobaczył go po raz pierwszy. Z miejsca, w którym staliśmy, mogłem dostrzec fragment kociarni i kilka legowisk ukrytych pomiędzy trzcinami. Dalej kręciły się dorosłe koty. Niektóre niosły coś w pyskach, inne rozmawiały ze sobą, a jeszcze inne po prostu odpoczywały w cieple. Nikt chyba nie zwracał na nas większej uwagi. To dobrze. Nie chciałem, żeby ktoś zabrał naszego ślimaka. Zerknąłem znowu na małe stworzenie i w mojej głowie natychmiast pojawiła się myśl o jego przyszłym domu.
— Możemy mu zrobić dom! — oznajmiłem, podnosząc nieco głos z podekscytowania. — Taki mały. Z mchu. I będziemy go karmić. — Spojrzałem na trawę rosnącą przy brzegu obozu. — Tylko czym?
Zmarszczyłem nosek. To był poważny problem. Nie mogliśmy przecież przynieść mu ryby. Byłby za mały. Może kawałek mięsa? Nie, też nie. Wtedy przypomniałem sobie, że ślimaki pełzały po roślinach.
— Albo liśćmi! Ślimaki chyba jedzą liście.
Brzmiało rozsądnie. Przynajmniej dla mnie. Przeniosłem wzrok na jedną z trzcin, której długie liście kołysały się nad naszymi głowami. Kilka kropel wody spadło z niej prosto na ziemię. Zrobiłem krok w bok, żeby nie dostać w nos.
— Możemy znaleźć mu jakiś miękki liść. I mech. I kamyk. — Spojrzałem na Drzemlika. — Ślimaki lubią kamienie?
Nie czekając na odpowiedź, zacząłem rozglądać się po ziemi. Wokół nas było mnóstwo drobiazgów, których wcześniej nawet nie zauważałem. Małe patyczki, kawałki kory, mokre liście, drobne kamyki i wyschnięte źdźbła trawy. Po deszczu wszystko wydawało się większe i bardziej wyraźne. Każda rzecz miała swój zapach, kształt i fakturę. Nawet błoto przyklejające się do moich poduszek łap zaczęło wydawać mi się ciekawe. Nagle coś poruszyło się przy mojej łapie. Odskoczyłem, a potem natychmiast pochyliłem się, żeby zobaczyć, co to było. Okazało się, że to tylko źdźbło trawy poruszone wiatrem.
— Ha! — prychnąłem cicho, trochę rozbawiony własną reakcją.
Podniosłem wzrok na ślimaka. Nadal pełzał niespiesznie po wilgotnej ziemi, jakby zupełnie nie przejmował się tym, że właśnie został wybrany na naszego nowego pupila.
— Tylko nie możemy go zgubić — powiedziałem poważnie.
Rozejrzałem się jeszcze raz. Obóz nagle wydał mi się ogromny. Dla dorosłych pewnie nie był aż taki wielki, ale dla mnie każdy kąt wyglądał jak osobne miejsce do odkrycia. Gdybym spuścił ślimaka z oczu choćby na chwilę, mógłby przecież zniknąć gdzieś pod korzeniem albo w trawie.
— Ani powiedzieć mamie, zanim wymyślimy mu imię.
Mój ogon drgnął z ekscytacji. Skoro znaleźliśmy zwierzaka, musieliśmy przecież nadać mu imię. To była najważniejsza część. Zacząłem wymieniać w głowie wszystkie słowa, jakie znałem, ale żadne nie wydawało mi się wystarczająco dobre.
— Może… Ślimak? — Przez chwilę byłem z siebie nawet zadowolony. Potem jednak skrzywiłem pyszczek. — Nie. To głupie.
Usiadłem na mokrej ziemi, zupełnie nie przejmując się tym, że futro na łapach zaczynało mi się brudzić. Wpatrywałem się w naszego przyszłego pupila z ogromnym skupieniem.
— Musi mieć jakieś fajne imię. Takie, żeby każdy wiedział, że to nasz ślimak. — Uniosłem głowę i spojrzałem na Drzemlika. — Tylko nie możemy go nikomu oddać. Nawet jak Złocisty Widlik powie, że jest brzydki. Bo wcale nie jest brzydki. Jest tylko… trochę mokry.

<Prawda, Drzemliku?>

08 sierpnia 2026

Od Drzemlika do Lipieńka

Drzemlik wylegiwał się wygodnie w wyłożonym pierzem posłaniu, tuląc się do puchatego, pręgowanego brzucha matki. Gdyby wsłuchał się dobrze, może usłyszałby bicie jej serca oraz pracujące płuca. Zza gołębich, lekkich chmur zajrzało do obozu Klanu Nocy słońce, promieniami obdarowując koty wraz z przyjemnym dla oka, ciepłym pobłyskiem. Szary maluch patrzył na siostrę, której bok unosił się, a potem opadał spokojnie. Na zewnątrz pogoda była dość przyjemna, gdy uchylił ślepia i został przywitany przez ciepło, wpadające do kociarni. Chmury przemierzały niebo, a wiatr powiewał co jakiś czas niewidocznie wręcz, włoskami mchu. Maluch okręcił się na drugą stronę, gdy zrobiło się mu zbyt ciepło. Jego futerko było jaśniejsze niż te jego bliskich, dlatego nie potrafił wyobrazić sobie, jak szybko one musiały się nagrzewać, skoro przyciągały dodatkowo słońce… w każdym razie, potarł policzkami, a potem noskiem o kłosy dorosłej kocicy z zadowolonym pomrukiem, w ten sposób ciesząc się zapachem mamy i usiadł prosto. Zaczął lizać niezgrabnie kończynę i próbował umyć sobie przestrzeń za uchem. Świteziankowe Jezioro obserwowała go przez cały ten czas, nic nie mówiąc jednak. Nie był brudny, dzisiaj już mama któryś raz ułożyła mu niesfornie układające się, krótkie włoski. Drzemlik próbował jedynie nauczyć się trochę samodzielności. Ostatnio udało mu się wymyć łapkę z paprochów, chociaż potem pluł nimi przez cały dzień, ponieważ miniaturowe rzepy na języku trzymały się tych brudów tak zaciekle, jakby ich życie od tego zależało! Jego wąsiki zafalowały z rozbawienia na samą myśl. Nawet jeśli wtedy nie było mu do śmiechu, teraz patrzył na to przychylniej. Musiał wyglądać wtedy bardzo zabawnie.
— Mamo, czy mogę pobawić się z kociętami Fląderki? — zamruczał do zwęglonej, zwracając jej uwagę na sobie raz jeszcze. Po niedługim namyśle kiwnęła lekko głową. Domyślał się, że będzie musiał śledzić jej gesty co jakiś czas, w razie, gdyby kazała mu wrócić. Na zgodę z jej strony zareagował radosnymi mruknięciami, żeby nie zbudzić Orzeszki, a w jego oczkach zatańczyła czysta ekscytacja. — Dziękuję, mamusiu! — podszedł do jej piersi i wtulił się w nią, jeszcze zanim nie podreptał w stronę czwórki, starszych od niego o parę dni kociaków. A dokładniej do jednego z nich, ponieważ wydawało mu się, że siedział taki sam i smutny. Nie chciał, żeby ktokolwiek był smutny, a gdyby tego było mało, to sam!
Gęste trzcinowe mury otulały obóz, uniemożliwiając promieniom słońca dalszego wpadania do legowisk zbudowanych we wnętrzu krzewów. Oczom malucha ukazał się drugi kociak o smukłej budowie i puchatym wyglądzie. Miał długie łapy, dzięki czemu był odrobinę wyższy od Drzemlika. Wyraz pyszczka miał zaciekawiony i łagodny. Nakrapiany podszedł do niego z zadowoleniem na mordce.
— Cześć! Nazywam się Drzemlik, a ty? — zamiauczał z zadowoleniem, przyglądając się Nocniakowi. Brązowy czaił się i rozglądał na boki, czy nikt przypadkiem na niego nie patrzył w danej chwili. Z dorosłych oczywiście, jeden kociak nie robił mu chyba szczególnej różnicy, skoro go nie pogonił od razu.
— Lipieniek — przedstawił się, zjeżdżając pomarańczowymi oczkami z przedmiotu pod swoją łapą. Drzemlik powędrował lusterkami w kierunku tego, co trzymał nowopoznany kolega. — Chodź, zwiedzimy obóz! — powiedział nagle łaciaty, a jego wąsy zafalowały lekko. I w tej chwili przedmiot pod poduszką przestał być istotny w obliczu wizji tak wielkiej przygody. Zwęglony zrobił duże oczka, wracając źrenicami do mamy. Czy Świteziankowe Jezioro by mu pozwoliła? Czy nie gniewałaby się na niego? Jednak zauważywszy, że karmicielka obecnie odpoczywała, poczuł lekkie ukłucie niepokoju. Może nie powinien iść? Złocisty Widlik w tej chwili upewniał się, czy z Komarem wszystko w porządku, bo szlochał cichutko. Możliwe, że uderzył się w łapę i potrzebował jakoś rozładować emocje. Biedny.
Lipieniek, zauważywszy reakcję niebieskiego, pokręcił głową i przekroczył próg pewnie. Drzemlik nie chciał być w tyle za kolegą, dlatego również poszedł.
Obóz Klanu Nocy był ogromny! Ilość legowisk, rzeczy dookoła… wszystko było takie ciekawe i niezwykle jaskrawe. Grunt pod łapkami był mokry i lepił się do poduszek kocięcia, chociaż pręgus nie wydawał się tym szczególnie przejęty. Świeże powietrze przeczesywało jego malutki grzbiet, posyłając wzdłuż niego ciarki podekscytowania. Tak wiele zapachów mieszało się ze sobą, że aż się zdziwił. Miał wrażenie, jakby postawiono przed nim obraz z jego snów. Ciężko mu było uwierzyć, że jakiekolwiek miejsce mogło być tak piękne! Wielkimi ślepkami lustrował każdą najmniejszą rzecz, gdy nagle wpadł przypadkowo w kolegę. Nie znaleźli się aż tak daleko od kociarni, bowiem każdy kot, który by z niej wystawił, choćby pół pyska, by ich dostrzegł bez problemu. Niebieski upadł na zadek z cichym sapnięciem, a Lipieniek wytrzymał zderzenie, chociaż zerknął na Drzemlika z lekkim poirytowaniem. Strzepnął uchem.
— Zobacz na to! — I palcem wskazał na lekkie wgłębienie, a w nim swego rodzaju, nietypowa konstrukcja, po której pełzała masa ślimaków z powodu opadów, które miały miejsce dzisiejszej nocy.
— Co to jest? — zapytał, nie mogąc zrozumieć, na co patrzył. Przekrzywił delikatnie główkę na bok. Owady leżały w mokrej dziurze, nie kiwając nawet palcem w celu poruszenia się. Były intensywnie żółte, zabarwione masą czarnych pasów wzdłuż kręgosłupów. Skrzydła miały przezroczyste, jednak nie wydobywał się z nich dźwięk bzyczenia. Zamiast tego pełzała po nich masa ślimaków z dużymi muszlami. Drzemlik sięgnął łapką po jednego, zastanawiając się, czym były te istotki.
— Może weźmy po jednym i zaniesiemy to Złocistemu Widlikowi? On pewnie będzie wiedział — buras się widocznie zamyślił, a żółtooki pochwycił w tej chwili jednego z oblepionych śluzem gości obozu Klanu Nocy, kiwając przy tym główką na zgodę. Lipieniek zaś pazurkami wielkości igły, uniósł jedną z martwych os.
— Jest mokry i zimny! I się lepi do moich palców — zaraportował Drzemlik w formie ciekawostki, a nie po to, żeby się żalić w związku z tym. Był tak naprawdę zafascynowany nowymi istotami. Musiał jakoś muszlę chwycić zębami, bo przecież wszystkie łapy zajęte były przez obowiązek chodzenia… Dlatego też schylił się i ujął szczękami winniczka.

<Lipieńku, ja nie wiem, że to podziemne osy, ale już martwe. Może nas nie użądlą, a ślimak stanie się naszym nowym zwierzaczkiem>