Cudze terytoria… Wpatrywała się w polanę rozciągającą się po drugiej stronie granicy. Nawet, gdy nie była umówiona na żadne spotkanie, często zdarzało jej się zajść w to miejsce. Czasem przysiadała na jednym z kamieni, wystawiając pyszczek do słońca, a czasem przechadzała się po piasku, raz po raz spoglądając na odległą linię drzew. Lubiła wyobrażać sobie, że następnym razem zobaczy wśród nich tą jedną znajomą sylwetkę, że za parę nocy jej bok spocznie na skrawku trawy, przyciśnięty do tego Szałwiowego Serca. Każda taka wizja wypełniała ją ekscytacją. W końcu mogła bez wstydu rozmyślać o nim, mogła okazywać swoje… Czułości bez obawy, że zostaną one odebrane tak, nie inaczej, lub co gorsza, odrzucone. Nie musiała się tym martwić. Ich spotkania były miłą odskocznią od szarej codzienności, a nie kolejnym powodem do nerwów.
Była więc zaskoczona, gdy kątem oka dojrzała błysk znajomego futra. Tyle, że wraz z nim zauważyła też całą zgraję towarzystwa. Szałwiowe Serce szedł razem z patrolem; jakąś wysoką, starszą szylkretką, kremowym wojownikiem i kimś z tyłu, kogo nie była w stanie zobaczyć. Jej łapy zastygły w miejscu, wbite w ziemię, a od grupy kotów poniosły się mało przyjazne głosy.
— Co się tak gapi? Patrolu nigdy nie widział? — usłyszała słowa jednego z nich.
Podeszli już na tyle blisko, że było za późno, aby poszła dalej i ich zignorowała. Odwróciła pysk tak, aby dobrze ich widzieć – chociaż starała się nie skupiać spojrzenia na żadnym z nich. A tymbardziej na poincie. Nie potrzebowała nikogo, kto połączyłby kropki.
Szałwiowe Serce posyłał jej bezradne spojrzenie, wargi zaciśnięte. Oczywiście, że to jej pozostawiał wykaraskać się z tej sytuacji! Zdusiła w sobie chęć wytknięcia kocurowi języka, rzucając mu jedynie przelotne spojrzenie. Nie takiego spotkania się spodziewała! Już otwierała pysk, aby… Aby co? Aby się wytłumaczyć? Odgryźć się? Jednak i gardło, i umysł ją zawiodły – nie była w stanie wymyślić niczego sensownego, a tym bardziej tego powiedzieć. Zmarszczyła brwi i zrobiła to, co jej pozostało; obróciła się na pięcie i z wysoko uniesionym ogonem czmychnęła wgłąb terenów Klanu Klifu. Trudno, najwyżej będą ją mieli za tchórza. I pomimo, że nie chciała tego, nie chciała również ryzykować.
*noc zgromadzenia 8.11*
Droga do obozu nie była długa, jednak tym razem zdawała się ciągnąć w nieskończoność. Głównie przez Mirtowe Lśnienie, który dreptał u jej boku, posyłając jej zaciekawione spojrzenie.
Stała naprzeciw brata, wymieniając się ostatnimi słówkami, zanim oboje rozejdą się w swoje strony. Nim jednak kocur zdążył się odwrócić, poczuła przy uchu ciepły oddech i usłyszała czyjś znajomy głos.
— Szałwiowe Serce... — miauknęła pod nosem. Wbiła nerwowy wzrok w pysk brata, który wydawał się nieco zdziwiony. Posłała mu uśmiech, zanim szybko odwróciła się i zgarnęła nocniaka ze sobą.
— Musisz przestać to robić — westchnęła, jednak uśmiech nie opuścił jej ust. Szybko oddaliła się gdzieś z dala od rudego.— Nigdy nie mogę cię zauważyć. No, a to był mój brat.
Wtedy braciszek nie zadawał jej żadnych pytań; w zasadzie, to nie miał kiedy. Całe zgromadzenie spędziła w towarzystwie partnera, a Blaska zobaczyła dopiero, gdy ich ojciec zwołał klifiaków do powrotu.
Widziała słowa cisnące mu się na język. Z wszystkich kotów, które mogły jej towarzyszyć, gdy nocniak ją znalazł, musiał to być on… Nawet Strzępce czy Pchełce byłoby łatwiej cokolwiek wytłumaczyć. Mogła się przynajmniej cieszyć, że jeżeli już był to ktoś z jej rodziny, to przynajmniej nie Judaszowcowa Gwiazda.
— To… Z kim dzisiaj spędziłaś zgromadzenie?
Z jej pyska wyrwało się poirytowane westchnienie. Idąc po jego lewej stronie nie była w stanie dojrzeć jego mimiki, a monotonny głos nie zdradzał niczego.
— Z moim znajomym — miauknęła krótko, unosząc wyżej podbródek.
Nie lubiła kłamać, nigdy nie popierała takiego zachowania. A teraz? Teraz robiła to niemal codziennie.
Zeszli z piasku na trawę. Blask przybliżył się nieco, a dreszcz przebiegł po jej karku. Mimo sympatii, którą darzyła brata, nie chciała teraz się z nim użerać… Noc mijała jej tak przyjemnie. Do czasu.
— Długo się znacie? To powitanie nie wyglądało… Jakbyście spotkali się niedawno.
— Może — mruknęła. Końcówka jej ogona zadrżała. — Nie moja wina, że ty nie wiesz, jak nawiązywać znajomości.
Białe punkciki pojawiły się na ciemniejącym niebie. Skała, na której leżeli, była chłodna, a wiatr muskał kosmyki ich futra.
Pysk Szałwiowego Serca wciśnięty był w sierść na jej szyi, a ona opierała prawy policzek o jego czoło. Rozkoszowała się spokojem. Mogli rozmawiać o wszystkim i o niczym; nawet, gdy w ich klanach nie działo się nic ciekawego, o czym warto było opowiadać, rozmowa i tak się ciągnęła. A gdy tematów brakło, zapadała pomiędzy nimi przyjemna cisza. Nie przyznałaby się, ile razy w takich momentach zdarzyło jej się przymknąć ślipię na wystarczająco długą chwilę, aby uciąć sobie drzemkę… Na jej obronę, spotkali się praktycznie zawsze wieczorami. Normalnie już dawno leżałaby w swoim cieplutkim posłaniu!
Uniosła spojrzenie do góry. Tego dnia nieba nie zakrywały chmury, a gwiazdy wyraźnie migały na granatowym tle. Lubiła je oglądać. Zdarzyło jej się wieczorami siedzieć przed obozem wraz z bratem i testować swoją wiedzę o nocnym niebie. Zupełnie jak wtedy, gdy byli kociakami. Kurcze, skąd jej wzięło na wspominki?
— Zanim trafiłam do Klanu Klifu, miałam na imię Eris — miauknęła, sama nie wiedziała, dlaczego. Może po prostu, aby o czymś mówić? Odchyliła głowę do tyłu, układając się wygodniej. — Nie pamiętam, czy kiedyś Ci mówiłam. Tak nazwali mnie moi prawdziwi rodzice… Bardzo lubili gwiazdy i wszystko, co z nimi związane — leniwie wyciągnęła jedną z łap do góry, łącząc białe punkciki niewidzialną linią. — Uczyli mnie i Blaska je rozpoznawać. Nie pamiętam już wszystkiego, ale pewnie byłabym w stanie rozpoznać niektóre gwiazdozbiory.
***
Białe punkciki pojawiły się na ciemniejącym niebie. Skała, na której leżeli, była chłodna, a wiatr muskał kosmyki ich futra.
Pysk Szałwiowego Serca wciśnięty był w sierść na jej szyi, a ona opierała prawy policzek o jego czoło. Rozkoszowała się spokojem. Mogli rozmawiać o wszystkim i o niczym; nawet, gdy w ich klanach nie działo się nic ciekawego, o czym warto było opowiadać, rozmowa i tak się ciągnęła. A gdy tematów brakło, zapadała pomiędzy nimi przyjemna cisza. Nie przyznałaby się, ile razy w takich momentach zdarzyło jej się przymknąć ślipię na wystarczająco długą chwilę, aby uciąć sobie drzemkę… Na jej obronę, spotkali się praktycznie zawsze wieczorami. Normalnie już dawno leżałaby w swoim cieplutkim posłaniu!
Uniosła spojrzenie do góry. Tego dnia nieba nie zakrywały chmury, a gwiazdy wyraźnie migały na granatowym tle. Lubiła je oglądać. Zdarzyło jej się wieczorami siedzieć przed obozem wraz z bratem i testować swoją wiedzę o nocnym niebie. Zupełnie jak wtedy, gdy byli kociakami. Kurcze, skąd jej wzięło na wspominki?
— Zanim trafiłam do Klanu Klifu, miałam na imię Eris — miauknęła, sama nie wiedziała, dlaczego. Może po prostu, aby o czymś mówić? Odchyliła głowę do tyłu, układając się wygodniej. — Nie pamiętam, czy kiedyś Ci mówiłam. Tak nazwali mnie moi prawdziwi rodzice… Bardzo lubili gwiazdy i wszystko, co z nimi związane — leniwie wyciągnęła jedną z łap do góry, łącząc białe punkciki niewidzialną linią. — Uczyli mnie i Blaska je rozpoznawać. Nie pamiętam już wszystkiego, ale pewnie byłabym w stanie rozpoznać niektóre gwiazdozbiory.
<Szałwik?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz