Ze znudzeniem rozglądała się po obozie, skończywszy trening z Bladym Licem. Była już całkiem dobra. Polowanie nie sprawiało jej praktycznie żadnych problemów, jedynie nad zwinnością mogłaby trochę popracować… Ale, to się ogarnie. Kiedyś. Teraz się jej nie chciało. Wszystkie te żmudne ćwiczenia, dzięki którym miała skakać wyżej i biegać szybciej, były zdecydowanie mniej ciekawe od walki czy zabaw w podchody. Była przekonana, że mentor próbował ją po prostu wymęczyć. Może aby nie marudziła już mu nad uchem.
Z zamyślenia wyrwała ją zbliżająca się w jej stronę sylwetka. Prędko rozpoznała miękki krok Kocimiętkowej Łapy, spoglądając na nią spod półprzymkniętych powiek. Wyprostowała się nieco. Nie spodziewała się, że ktokolwiek będzie chciał z nią gadać zanim Słota wróci z patrolu… Ziewnęła, kryjąc pyszczek w puchatej kryzie, zanim ponownie spojrzała na koleżankę.
— Cześć! Jak ci dzisiaj mija dzień, Pomroczna Łapo? — zagaiła radośnie, siadając obok niej.
Szylkretka uniosła wzrok. Kocimiętka była od niej nieznacznie wyższa, ale nie musiała zadzierać podbródka do góry, tak jak przy rozmowach z większością starszych uczniów. Już zdążyła się przyzwyczaić do faktu, że była znacznie niższa od jej rówieśników i okrąglutka.
— Całkiem dobrze — odmiauknęła z uśmiechem, odwracając pyszczek w stronę uczennicy. — Blade Lico kolejny raz przetargał mnie dzisiaj po tunelach, ale nie było źle. Jedynie trochę ubrudziłam sobie futro… A tobie?
— Też nienajgorzej.
Pokiwała głową. Z jej pyska wyrwało się kolejne ziewnięcie; zanim rudaska zdążyła ponownie otworzyć pyszczek, Pomrok podniosła się na łapy i ogonem wskazała wnętrze legowiska, zachęcająco kiwając głową.
Kocimiętka nie protestowała, podążając za kotką. Szylkretka prędko wskoczyła do swojego posłania i przyciągnęła to koleżanki nieco bliżej. Zamrugała i oparła bródkę o mech.
— Mnie Lód ciągała po drzewach — kontynuowała starsza, usadawiając się wygodnie. — Wszystko byłoby świetnie, gdybym nie robiła tego pierwszy raz!
***
Słońce przebijało się przez korony drzew. Nagie gałęzie niektórych rzucały cienie na leśną ściółkę, tworząc wymyślne wzory.
Podążała za Bladym Licem; na czele szła Lodowy Omen, a tuż obok szylkretki Kocimiętka. Zacisnęła szczęki na swojej zdobyczy. Kolejny patrol łowiecki, na który została wyciągnięta z samego ranka.
Cichy szept mentora zwrócił jej uwagę.
— Uważaj, gdzie stawiasz łapy.
Posłała mu naburmuszone spojrzenie. Poprawiła jednak pozycję, uginając mocniej tylne kończyny i omijając pojedyncze opadłe liście. Pomachała zadkiem, ponownie skupiając się na zwierzynie… Już po paru uderzeniach serca nornica zwisała z jej szczęk.
— Widzisz? Nie trzeba mnie pouczać — mruknęła, na tyle wyraźnie, na ile mogła. Zmarszczony nos wojownika powiedział jej, że bardzo dobrze ją usłyszał.
Poddenerwowana strzepnęła ogonem. Obejrzała się na drepczącą obok uczennicę i dyskretnie przechyliła pysk w jej stronę.
— On mnie chyba chce wymęczyć — miauknęła cicho. Jej wąsy zadrżały. — Czepia się dosłownie wszystkiego!
Kocimiętka zamrugała, spoglądając na nią parą zielonych oczek. Szylkretka uśmiechnęła się lekko, zatrzymując się na moment, aby podrapać się po nosie. Szrama, która ostatnio zdobyła, zdążyła się już zagoić – ale pozostawiła po sobie bliznę. Pomrok osobiście uważała, że tak jak okoliczności jej zyskania się jej nie podobały, tak sama rana musiała wyglądać bardzo… Groźnie. I nosiła ją z dumą!
— Złapałabym tę nornicę sama, nawet ty to musisz przyznać. Wszędzie szuka błędów — kontynuowała, marszcząc brewki. — Chociaż, ostatnio, po walce z moim bratem, mnie pochwalił. Aż się zdziwiłam!
<Kocimiętko?>
[513 słów]
[przyznano 10%]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz