Złapał w zęby sporą, suchą gałąź. Ruszył do przodu, w stronę jak na razie niewielkiej sterty patyków. Położył znalezisko na szycie, w tym samym czasie, co jedna z wojowniczek, Krecik.
W końcu doszli na nowe tereny. Budowali obóz, w tym właśnie celu zbierali wszelkie liście i gałęzie. Bardzo się cieszył. Nareszcie ta wędrówka, która wydawała się być bezkresna, zakończyła się. Łapy bolały go od ciągłego łażenia. Niedość, że musiał skakać po drzewach i rzucać się na swoją mentorkę w ramach treningu, to jeszcze musiał wędrować codziennie niezliczone, wielkie odległości. Nie mógł doczekać się pierwszej nocy tutaj. Spokojnego leżenia i niezadręczania się całym tym wędrowaniem.
Arlekin niósł w stronę stosu kolejne patyki. Ku jego zdziwieniu, sterta w tak szybkim tempie stawała się coraz większa. Przypuszczał, że każdy będzie zmęczony i jedyne co zrobią inni, to przyniesienie może po dwie gałęzie i na tym koniec, ale mocno się pomylił. Każdy zdawał z siebie wszystko. Może z wyjątkiem pasożyta Bza, który chyba nie zbyt wiedział, co się dzieje. Typowe.
Wywrócił oczami, zbliżając się do sterty. Kątem oka spostrzegł Miodunkę, jak zwykle klejącą się do Nikogo. Nie cierpiał jej. Nie mógł nawet opisać, jak bardzo irytowała go ta szylkretowa wronia strawa. Nikt był jego partnerem. Nie obrzydliwej, liliowej psychopatki.
Zacisnął zęby, by za chwilę pod wpływem lekkiego uderzenia niemal stracić równowagę. Pod wpływem zdenerwowania zjeżyła mu się sierść. Zdezorientowany obejrzał się za siebie i ujrzał czekoladowego kocura również zajmującego się patykami.
Wanilia.
Nawet nie spodziewał się, że tak teraz wyglądał. Rzadko kiedy się na niego napotykał, a jeszcze rzadziej w ogóle zwracał na niego uwagę. Był teraz całkiem wysoki i szczupły... Ładny. Wręcz śliczny. Pokiwał głową, nie dopuszczając do siebie tej myśli. Cholera, przecież był z Nikim. Tak się nie robi!
— P-przepraszam, nie chciałem na ciebie wpaść — miauknął dziko pręgowany. — Zamyśliłem się trochę, głupio wyszło...
— Nie szkodzi — odpowiedział mu, lekko się uśmiechając.
Pomarańczowooki również się uśmiechnął. Razem ruszyli do stosu z gałęziami, kątem oka na siebie zerkając. W tym samym momencie ułożyli swoje patyki na stercie. Nim Lukrecja zdążył odwrócić się w stronę ucznia Maczek, ten zniknął. Przestraszył się go? Nie lubił go? Powiedział coś nie tak?
Kremowy westchnął i machnął ogonem. Zwiesił po sobie ucho.
— Cześć!
— Cześć! — ponowił wysoki głosik.
Arlekin nawet nie zorientował się, że to było do niego, zanim małe liliowe kocię nie poturlało się pod jego łapy. Co te kociaki tak do niego ciągnęło? Przecież nie wyglądał przyjacielsko...
< Gwiazdnico? >
przynoszenie gałęzi
[przyznano 10%]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz