Wyprostowani ich porwali.
Bezwłose istoty włożyły ich do ciasnych pojemników z kratami w wyjściu, przez co nie mogli się uwolnić. Przerażona Bylica syczała i prychała na dwunogów. Razem z nią w tym czymś była jej wnuczka, Jeżyk, równie przerażona, skulona koteczka. Bujało nimi, kiedy dwunożny niósł ich w stronę swego lśniącego potwora. Wrzucił ich do jego tylnej części, a potem usłyszała charkot, a monstrum ruszyło.
- B-b-b-babciu…- pisnęła srebrna szylkretka, tuląc się do niej. - c-c-co z n-n-n-nami bę-będzie - córka Krokus pociągnęła nosem - zabiją n-n-nas? - spytała, chowając głowę w błękitnym futrze starej, wychudzonej kocicy.
- N-n-nie wi-wiem k-k-koch-kochanie…t-t-też si-się bo-boję… - wyjąkała. Czuła obecność Błotnistego Ziela, Krokus, Sroki, Fiołka, Skazy, Skowronek, Deszcz, Szczekuszki, Sójki, Wypłosza i Blanki…ich wszystkich. Bała się, co im zrobią, czy ich rozdzielą, czy zakopią… W bagażniku były też jakieś pudła, które raz po raz ruszały się kiedy potwór skręcał. Żołądek ściskał ją ze stresu jak i z głodu, bo w końcu praktycznie nic nie zjadła przed podróżą, przez głód jaki panował. Widząc strach Jeżyk, chciała jej powiedzieć, powiedzieć, że wszystko będzie dobrze, że nic im się nie stanie, ale nie mogła być tego pewna, i nie okłamałaby własnej wnuczki.
Przerażona próbowała uspokoić odruch wymiotny, kiedy potwór podskakiwał co jakiś czas. Starała się być spokojna, by nie straszyć nikogo wokoło, by móc pocieszyć resztę, wymyślić jakiś plan, ale jak miała u licha? Bała się, tak strasznie się bała, a wyjścia nie było widać. Uderzyła łapą w kratę, raz, drugi, trzeci, piąty, dziesiąty, trzydziesty piąty - wszystko na nic. Nic to nie dawało, tylko łapa ją bolała i do tego poraniła sobie swe lodowato niebieskie poduszeczki.
- W-w-wszyscy tu u-umrzemy… - usłyszała cicho łkającą Deszcz.
- M-m-m-może…może n-nie? - powiedziała Skowronek do siostry cicho - zaw-zawsze jest nadzieja, prawda? - miauknęła niepewnie pomarańczowooka, liżąc siostrę za uchem. Błotniste Ziele płakała gdzieś niedaleko.
- S-s-s-spo-spokojnie…spokojnie - Bylica wzięła głęboki wdech i wydech - Błotniste Ziele…ja też się boję…ale póki będziemy tu razem, to nie będzie tak źle… - rzekła zachrypniętym głosem, który brzmiał pewnie, choć w środku szalała w niej dalej burza. Ale jeśli ona się całkowicie załamie, to oni też. Skowronek potrafiła pocieszyć Deszcz, więc srebrna samotniczka też musiała się postarać.
Niespodziewanie coś się stało. Coś zgrzytnęło, coś chrupnęło, coś trzasło. Wielki huk, potem poczuła, jak ich transporter uderza o ziemię i przewraca się do góry nogami, turla się chwilę po wnętrzu bagażnika. Przerażona prawie puściła pawia (oczywiście samymi sokami trawiennymi, bo nic w żołądku nie miała). Jeżyk zaskomplała, bo jej główka uderzyła o ścianę transportera z dużą siłą.
- J-j-jeżyk? - wyszeptała Bylica - Jeżyk, Jeżyk?! - miauknęła, potrząsając kociakiem. - Jeżyk, mów do mnie! - powiedziała przerażona.
- B-b-babciu - usłyszała w odpowiedzi, a potem mała wtuliła się w nią i zaczęła gorzko płakać.
- Spokojnie…s-s-spokojnie…- miauknęła - nic ci nie jest? - spytała córkę Kubka.
- Ni-nic… chy-chyba n-nic… - odparła młodsza - boję się! - miauknęła, po czym ucichła.
I wtedy dostrzegła Wypłosza, leżącego na spodzie wnętrza potwora…był wolny.Wbiła w niego spojrzenie. Z głowy ciekła mu krew, ale ogólnie to był cały i zdrów. Nadzieja zaiskrzyła w jej oczach. Tuż obok niego pojawiła się Blanka, również poza transporterem, bo w końcu bengalka i jednooki jechali w jednej klatce. Dopiero wtedy Bylica w końcu opamiętała się i miauknęła co tchu:
- Wypłosz! -Nie wiedziała do końca co się stało. Bała się. Ale on był wolny. Mógł ich spróbować uwolnić, może się uda! A jak mu się uda to uciekną! Przeżyją! To była szansa! Skowronek miała rację! Trzeba było trzymać się nadziei! Stara samotniczka spojrzała na burego błagalnym wzrokiem - Wypłosz, spróbuj otworzyć klatkę! Proszę! - patrzyła na niego wielkimi ze strachu intensywnie zielonymi oczami. Jej przybrany syn na pewno ją uwolni!
Nagle dostrzegła, jak Sójka wygramala się spod swojego pudła…i…i daje…daje dyla…przez dziurę w potworze…
Widząc, jak niesforna córka Krokus wyłazi gdzieś w nieznane, przeraziła się. Co to dziecko wyprawiało?!
- Sójko! Sójko zaczekaj! Blanko, zrób coś! - miauknęła, zwracając się do bengalki. Dawna pieszczoszka pisnęła, chowając się za trójłapym. No tak, bo na pewno Sójka nie odejdzie daleko! Przecież to kocię było nie do okiełznania! Czemu Blanka się nie ruszała?! Wiedziała, że dalej się jej boi, ale i tak! Co ją opętało?! Czemu stała jak słup soli?!
Bengalka i pręgowany zaczęli coś do siebie szeptać. O czym oni gadali?
- Wypłosz? - zaskomlała, patrząc na młodego kocura. - W-w-wypłosz? O-o-o czym wy szeptacie? - wymiauczała, bo coś jej tu nie grało, a coraz większa i większa trwoga ogarniała jej serce, które przez to zaczęło bić w szaleńczym tempie. Blanka wyszła przez dziurę, którą uciekła Sójka, a za nią udał się kocur. Widząc, jak jednooki idzie do wyjścia, jej oczy rozszerzyły się jeszcze bardziej. - Wypłosz? WYPŁOSZ?! - wrzasnęła. Coraz to większa panika brała nad nią kontrolę. - Wypłosz co ty robisz?!
- Wybacz, ale wymeldowuje się z tego cyrku - rzucił do niej bury z podłym uśmieszkiem.
Serce starej kocicy na moment stanęło.
On...ją...zdradzał...
ON JĄ ZDRADZAŁ!
- WYPŁOSZ! TY... WRACAJ TU! URATOWAŁAM CI ŻYCIE PRZED ŚRUBOM, BEZE MNIE NIE DOŻYŁBYŚ NAWET DWUNASTU KSIĘŻYCÓW! WRACAJ TU! WYPŁOSZ! WYPŁOSZ DO CHOLERY JASNEJ!
Widząc, jak ten wystawia jej język, ogarnął ją szał. Bez opamiętania uderzyła o wyjście z pojemnika w którym się znajdowała, w jej oczach płonął żywy ogień. Ten mały szczur wyskoczył przez dziurę, zostawiając ich na pastwę losu.
- WYPŁOSZ, JEŚLI TO PRZEŻYJĘ, TO OBIECUJĘ CI, ŻE DORWĘ CIĘ I ZEMSZCZĘ SIĘ NA TOBIE! JESZCZE MNIE POPAMIĘTASZ! - ryknęła tak głośno, że jeśli jeszcze był w pobliżu rannego potwora, to musiał ją usłyszeć.
Zapadła cisza. Bylica oddychała szybko. Z jej gardła wydobył się niekontrolowany wrzask, a z oczu poleciały strugi łez. Zacisnęła zęby, a jej gardło samoistnie się ścisnęło.
Jak on mógł im to zrobić. Uratowała go przed Śrubą i jego gangiem. Zapewniła dom. Miejsce do życia. Dawała mu jedzenie za nic, starała się, chciała dać mu wiedzę jaką mieli o ziołach, by czuł się pożyteczny i by Fiołek się tak nie wkurzał…a on…on ją tak po prostu…zostawił…nawet nie zawrócił Sójki…jej wnuczki…wrednej, zdziczałej wnuczki, ale wnuczki. Płakała w klatce. Była wściekła, rozbita, gorycz przelewała się w jej sercu.
Czuła, jak Jeżyk tuli się do jej futra.
Teraz przyjdzie im pewnie umierać z głodu.
***
Minęło sporo czasu. Zwinięta w kłębek razem z resztą siedziała w bagażniku, bo przecież żadne z nich nie mogło się wydostać z transporterów. I wtedy usłyszała coś. Spojrzała w stronę światła sączącego się coraz słabiej przez dziurę w potworze. Dostrzegła, jak coś chwyta jego skórę i odgina ją. Coś łuczało na zewnątrz - pamiętała ten dźwięk, znała go. Tak brzmiały pewne potwory dwunożnych, jeżdżdżące czasem po ulicach. Po chwili do środka dostał się wyprostowany w dziwnym odblaskowym futrze. Omiótł swymi małymi ślipiami wnętrze bagażnika, po czym bez ceregieli chwycił dwa transportery. Potem przylazł kolejny i kolejny. Zabierali ich tak po kolei. Dwunożny, który ich niósł, bujał nimi. Syknęła niespodziewanie dla niego, przez co prawie mu wypadła klatka z jego czarnej łapy. Ten w odpowiedzi kiedy już odzyskał równowagę, chwycił klatkę w obie przednie łapy, po czym uniósł ją na wysokość twarzy. Sam odsłonił zęby. Bylica jeszcze głośniej syknęła, wyciągając łapę z wysuniętymi pazurami przez kratę, czego się nie spodziewał, i była blisko do trafienia mu w ten głupi ryj. Ten odstawił na bok ulicy transporter, po czym kopnął go, wściekły. Więzienie przetoczyło się aż po ziemi. Kiedy już odzyskało równowagę, kolejne potwory dwunogów przyjechały. Coś robili, zbierali części martwych monstrów…potem odjechali…zostawiając ich tam.
Gwiazdy lśniły na niebie, kiedy Bylica i reszta bezskutecznie próbowali się wydostać ze swoich klatek. Na próżno.
Ale po jakimś czasie dostrzegła rażące, żółte światło, przez które musiała aż zamknąć oczy, by nie oślepnąć. Usłyszała, jak potwór wstaje, a potem charakterystyczny trzask, wydobywający się wtedy, gdy dwunożni wyłazili ze swoich lśniących kompanów.
Potem usłyszała delikatne skrzypnięcie. Uchyliła oczy i ze zdziwieniem dostrzegła…że wyprostowany otworzył klatkę. Od razu wyskoczyła z transportera, a tuż za nią Jeżyk. Zatrzymała się w pół kroku, kiedy dostrzegła wyciągniętą w jej stronę łapy. Nim odskoczyła…dwunóg ją dotknął. W głowę. Delikatnie przejechał jej łapą po sierści, po czym coś powiedział w swoim dziwnym języku i wstał. Ze zdziwieniem patrzyła, jak otwiera kolejne klatki, potem wsiada do swego potwora…i odjeżdża, jak gdyby nigdy nic.
Wgapiała się na oddalające monstrum, dopóki nie zniknęło ono jej z oczu całkowicie…a na jego miejsce jakby spod ziemi wyrosło ogromne siedlisko dwunożnych, całe rozświetlone.
- Co do stu gromów… - wyszeptała.
- To…to jest ogromne. - dodała Krokus, przełykając nerwowo ślinę. Tymczasem Błotniste Ziele odstawiła na ziemię szyszkę należącą do srebrnej, która jakimś cudem przejechała z nimi tą całą drogę, czego starsza kotka nawet nie dostrzegła.
- H-h-hej…ktoś widział Szcz-szczekuszkę i Ska-skazę? - usłyszała jak Deszcz nieśmiało mówi.
Natychmiast wybudziła się z transu, po czym rozejrzała się wokoło. Przecież oni nie uciekli tak jak Wypłosz, Blanka i Sójka! I wtedy pojęła, co się stało. Odwróciła się w stronę pozostawionych klatek. Brakowało…dwóch transporterów.
Tych, które należały do Skazy i Szczekuszki.
Ten dwunóg…co wszedł na początku…
Zabrał ich.
Zabrał jej wnuczkę i przybrane dziecko.
Poczuła, jak ktoś ociera się o jej bok, mrucząc uspokajająco. W odpowiedzi po prostu wtuliła się w futro Skowronek, płacząc gorzko.
Czemu?! Czemu to ich spotykało?!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz