*poranek po tym jak uciekły z miasta, las blisko miasta*
Jej spokojny sen zakłóciło gwałtowne szarpanie. Szybko otworzyła oczy i zjeżyła się. Zamiast niebezpieczeństwa dostrzegła tylko Saharę.
– Wstawaj Pożar. Musimy zatrzeć ślady i szybko udać się daleko stąd. Maximus pewnie niedługo dowie się, że cię nie ma. Nie mamy dużo czasu.
Te słowa niestety nie wywołały na niej zamierzonego efektu. Kremowa musiała sama zająć się zacieraniem śladów. Wcisnęła rudej mysz w pysk i właśnie tym się zajęła. Ambrozja powoli żując swój kąsek, zaczęła przypominać sobie wydarzenia ostatniej nocy. Uciekła. Była wolna! Sahara ją uratowała! O wilku mowa. Samotniczka szybko uwinęła się ze swoim zadaniem i już była przy niej.
– Chodź. Musimy uciekać.
Wstała i poszła za towarzyszką.
– Czyli teraz będziemy po prostu podróżować razem? – zapytała.
– Same nie damy radę utrzymać się w dziczy. Przynajmniej nie na długo. Maximus ma wielu dłużników, a tacy wiele by zrobili za odkupienie się. Musimy znaleźć grupę. Więcej kotów. Im dalej, tym lepiej. Podobno żyłaś kiedyś w jednym. Myślisz, że przyjęliby cię z powrotem?
– Nie jestem pewna, ale jest dużo innych klanów. Klan Klifu przyjmie każdą przybłędę, jaką napotka. Owocowy Las z resztą też. Niestety nie wiem jak tam dojść.
– Ja wiem jak dojść do jednej z grup kotów, są dość mili i pachną dziwnie słodko. Może jak tam dojdziemy, to zorientujesz się gdzie jesteśmy, a jak nie to zakończymy naszą podróż tam. Tylko będzie trzeba uważać na inną grupę kotów. Pachną sosnami. Podobno bardzo często atakują samotników. Nie wiem czy to prawda, ale najlepiej trzymać się od nich z daleka.
Ruda skinęła głową, dopasowując opisy do Klanu Wilka i Owocowego Lasu. Owocniaki zawsze pachniały przytłaczająco słodko, a jedynymi ich sąsiadami byli burzacy i wilczacy. Z tego, co kojarzyła, jej klan nie był aż tak negatywnie nastawiony do samotników. W końcu mieli dużo członków pochodzenia samotniczego. Po chwili spytała:
– Skąd wiesz tak dużo o klanach?
– Powiedzmy, że szczury, które trzeba złapać, zazwyczaj nie zostają w tych samych norach, a w pogoni za nimi da się dużo nauczyć.
***
*tw walka*
Cały dystans musiały pokonać w jeden dzień. Sahara wpadła na pomysł pójścia po granicy kilku klanów, żeby koty Maximusa wpadły w kłopoty, próbując za nimi podążać. Obudziły się przed świtem, więc kiedy były w połowie spaceru po granicy klifiaków patrole dopiero zaczęły wyruszać. Przed wysokim słońcem udało im się dotrzeć do potrójnej granicy. “Jeszcze tylko trochę. Granice Klanu Burzy znam na pamięć… gdybyśmy tylko przebiegły…” myślała sobie. Niezbyt mądre jednak było marnować energię. Musiały jak najszybciej dotrzeć do Owocowego Lasu. Nie mogły ryzykować nagłą utratą sił. Szło im bardzo szybko. Słońce dopiero zaczęło się zniżać, a Ambrozja mogła już zobaczyć drogę grzmotu na granicy swojego pola widzenia. Nagle ich najgorsze obawy się spełniły. Trójka kotów wyskoczyła ze strony terytorium Klanu Wilka i zaatakowała je. Najwyraźniej zapach wrzosów nie zdążył osadzić się na ich futrach na tyle, żeby pomyśleli, że są tylko burzaczkami. Szylkretka i zwinny liliowy kocur rzucili się na Saharę. Jej drogę zagrodziła duża, brązowa kocica. Brązowa rzuciła się na nią. Ambrozja spróbowała uniku, ale i tak pazury wilczaczki mocno rozorały jej bok. Teraz spróbowała zamachnąć się na nos przeciwniczki, ale ta unieszkodliwiła ten cios mocno zdzielając jej łapę i przy okazji fundując jej niezłego siniaka. Co się stało z jej kondycją? Czy naprawdę była pieszczoszką aż tak długo? Syknęła z bólu, a wojowniczka wykorzystała ten moment nieuwagi, żeby przygwoździć Ambrozję do ziemi. Brązowa położyła swoją łapę na jej gardle, powoli odcinając jej dopływ tlenu. W ostatnim ratunku Ambrozja kłapnęła szczękami i zacisnęła je, na pierwszym co napotkała. Tak się złożyło, że była to łapa napastniczki. Ta krzyknęła z bólu i zaskoczenia. Zatoczyła się do tyłu i przypadkowo wpadła do rowu na granicy, zaplątując się w korzonki wrzosów. Ambrozja pochyliła głowę nad rowem, żeby sprawdzić, czy wojowniczka została unieszkodliwiona. Poczuła ostry ból w uchu. Przeciwniczka nie zamierzała zostawić jej bez niczego. Ruda krzyknęła z bólu i szybko zabrała swój pysk znad rowu. Kiedy dotknęła tam łapą…końcówki ucha nie było. Została oderwana i znikła w pysku wilczaczki. Rozejrzała się. Walka się skończyła. Sądząc po odgłosach dobiegających z rowu, liliowy kocur również się tam znalazł. Szylkretka z ich patrolu skupiła się teraz na wyciąganiu towarzyszy zamiast na nich. Właśnie. Nich. Gdzie jest Sahara? Nie musiała się długo nad tym zastanawiać. Kremowa leżała prawie nieprzytomna. Z jej wargi leciała krew, a jej skóra była rozerwana głęboko w kilku miejscach. Ambrozja szybko chwyciła przyjaciółkę za kark i korzystając z nagłego przypływu siły, spowodowanego adrenaliną, pociągnęła ją o długość drzewa od granicy, by koty nie chciały ich dalej gonić.
– Chodź Sahara. Dasz radę. Wszystko dobrze. – zaczęła mówić. Wiedziała, że to nie prawda. Było źle.
– Nie czekaj na mnie. Pójdź do Owocowego Lasu sama. Miałam cię bronić i to zrobiłam. Ja umrę tutaj.
– Nie zostawię cię! Zostaniemy w Klanie Burzy razem. Ułożę nam życie tutaj. Proszę, wytrzymaj jeszcze chwilę…
Rozejrzała się dookoła. Widziała patrol burzaków! Zaczęła krzyczeć.
– Pomocy! Pomocy!
***
Na początku musiała trochę przekonywać niezbyt przyjaźnie nastawiony patrol, ale kiedy tylko zobaczyli stan jej towarzyszki, od razu wzięli ją na barki i zaczęli prowadzić je do obozu. Sahara została umieszczona w legowisku medyka od razu, a Ambrozja została zaprowadzona do legowiska przywódcy. Wchodząc, skłoniła głowę.
– Dzień Dobry Królicza Gwiazdo.
Przywódca zdecydowanie nie był przygotowany na spotkanie z nią. Szczególnie kiedy teraz wyglądała tak inaczej. Doroślej. Patrol złożył sprawozdanie przywódcy. Teraz była jej kolej na opowieść.
– Nigdy nie chciałam opuszczać klanu. Zostałam porwana przez dziwnego samotnika. Kiedy się obudziłam byłam daleko stąd. Potem porwali mnie dwunożni i byłam pieszczoszką przez bardzo długi czas, ale Sahara pomogła mi uciec i chciałam wrócić razem z nią, ale zaatakowali nas i teraz… Królicza Gwiazdo proszę pozwolić nam tutaj zostać. Odpłacimy się za to. Obiecuję. – jej opowieść była okropnie chaotyczna. Głównie z powodu na swoje wymieszane uczucia. Lęk o Saharę, lęk o spotkanie z ojcem i kilkoma niezbyt mile wspominanymi twarzami. Jedyne co teraz wiedziała na pewno, to że zrobi wszystko, żeby uratować kremową przyjaciółkę. Przywódca popatrzył na nią z mieszaniną współczucia i nieufności. Po chwili skinął głową.
– Niech będzie. Zostaniecie na czas kuracji. Potem - musicie odejść.
– Dziękuję.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz