Przed śmiercią Sosny i Żmii
Obudziłam się nagle, łapczywie łapiąc oddech. Coraz częściej zdarzały mi się koszmary, co było wykończające. W nocy nie mogłam spać, a w dzień byłam jak trup, tylko ciałem. Nie chcąc obudzić nikogo, wyszłam cicho i delikatnie z legowiska wojowników, a następnie podążyłam do wyjścia. Na straży stała Zabielone Spojrzenie.
— Witaj Iskrząca Nadziejo. Co Cię tu sprowadza?
— Witaj Zabielone Spojrzenie. Ja tylko... — zaczęłam, nawet nie patrząc kotce w oczy. Nie miałam na to siły.
— Czy mogę iść się przejść? Proszę...
— No, wiesz... Nie powinnam, ale... — zaczęła, rozglądając się. Potem głęboko wzdychała i skierowała wzrok z powrotem na mnie.
— Idź. Widzę, że tego potrzebujesz.
— Dziękuję — powiedziałam z wdzięcznością, przechodząc obok wojowniczki.
Szwędałam się bez celu, ciągnąc łapy po ziemi. Coraz bardziej nie miałam siły absolutnie na nic. Nie chodziło tu tylko o kwestie zmęczenia, czy niewyspania. To było coś... Głębszego. Mimo to nie miałam okazji z kimś o tym porozmawiać, więc po prostu trzymałam to w sobie. W pewnym momencie się zatrzymałam i po prostu, bez żadnego ostrzeżenia, ryknęłam niekontrolowanym płaczem, jeśli można to tak nazwać. To bardziej przypominało wycie zrozpaczonej sarenki albo głodnego wilka. Nagle pośród ciemnej zieleni, oświetlanej częściowo przez księżyc, zauważyłam Miodową Korę.
— Co Ty tu robisz? — wychlipałam, podnosząc się z ziemi.
— Słyszałem twój krzyk, wiem, że coś jest nie tak, więc tu przyszedłem — odpowiedział, wpatrując się we mnie po chwili ciszy.
Zamiast odpowiedzi rzuciłam się na przyjaciela, wtulając się w niego. Nie wiem sama dlaczego, ale wydaje mi się, że po prostu brakowało mi jakiejkolwiek bliskości.
— Ja już nie wiem, co robię źle! Od wszystkich tylko się oddalam! Moja matka ma mnie gdzieś, z siostrami jestem coraz dalej, nieważne co próbuję zrobić! Czuję się, jakby każdy miał mnie gdzieś, jakbym była tylko ciężarem! Nie ważne co zrobię, nieważne co powiem, nawet Syczkowy Szept wydaje się mnie unikać, nawet nie wiem, kiedy ostatni raz z nim rozmawiałam... Proszę, powiedz mi, co ja robię źle?
Miodek w odpowiedzi delikatnie mnie objął łapkami, przytulając mnie i użyczając mi swojego ciepełka.
— Iskro, nie sądzę, żebyś coś robiła źle, jesteś kotem, który po prostu z siebie wiele daje. Wiesz twoja matka to taki lisi odchód, że wątpię, że do ciebie zagada więc ją olej, a jeśli chodzi o resztę, to wierzę, że może nie jest aż tak źle, jak myślisz i może to tylko chwilowe. — Mówiąc to, jednocześnie głaskał mnie delikatnie i czule po głowie.
Stałam tak jeszcze przez kilkanaście uderzeń serca, wtulona w puszystego i kochanego przyjaciela, który mnie przytulał i pocieszał. Poczułam, że łzy spływały coraz delikatniej i rzadziej, aż w końcu, w ogóle ich nie było. Potrzebowałam usłyszeć coś takiego. Bardzo. Moje serduszko z chwili na chwilę biło coraz wolniej, powolutku ponownie zbierając się do kupy. W końcu delikatnie się odsunęłam. W końcu nie miałam na celu naruszać czyjejś przestrzeni osobistej, czyż nie?
— Dziękuję Miodku. Tak teraz myślę... Nie jestem aż taka sama. W końcu mam Makowy Nów, która wspiera mnie i jest jak druga matka, której tak mi brakuje... No i, mam też teraz Ciebie. Dziękuję, że jesteś, byłeś i mam nadzieję, zawsze będziesz — mruknęłam, znowu się w niego wtulając. Walić przestrzeń osobistą.
— Nie musisz dziękować, zawsze będę dla ciebie, gdy będziesz tego potrzebować i przy okazji cieszę się, że masz Makowy Nów jako nową, lepszą mamę.
— Borsucza Puszcza niby mówi, coś na kształt tego, że mnie kocha, bo jest moją matką, że taka jest miłość. Ale ja się czuje, jakby miała mnie absolutnie gdzieś. Jakby przebywanie ze mną na tych samych terenach klanowych było dla niej trujące. Choćbym nie wiem, co zrobiła, nie daje po sobie nawet cienia oznaki jakieś dumy. Nie wiem, kiedy ostatni raz mi powiedziała, że mnie kocha... Makowy Nów jest inna. Troszkę mi ją przypomina, ale w dobrym tego słowa znaczeniu. Jest stanowcza i nie daje sobą pomiatać, ale jednocześnie nie jest nie wiadomo jak surowa czy chłodna. Takie koty po prostu potrzebują czasu, żeby się do kogoś przekonać. W dzieciństwie zastąpiła mi matkę, nawet jeśli po prostu zajmowała ten czas treningami. Nie wiem, co bym bez niej zrobiła. Co mała ja bym bez niej zrobiła…
- Szkoda, że Borsucza Puszcza jest dla ciebie taka. Jeśli chodzi o moich rodziców, to ich kocham, ale czuję, że jesteśmy od siebie za daleko; po prostu od dzieciństwa czułem, że coś nas odpychało. Moja matka zajmowała się ziołami, a mój ojciec rzadko nas odwiedzał, a jak już, to najwięcej czasu spędzał z Lamentującą Tonią, nigdy ze mną. Nie dziwi mnie to, jest podobna do niego i to bardzo, i jeszcze ma imię po jego członie, to już o czymś świadczy! Nie było mi dane mieć z nimi bliskiego kontaktu, chyba sam los tego chce…
Kocur poprawił fryzurę łapą kilka razy, po czym jeszcze dodał od siebie.
— Cóż, przenigdy nie gadałem z Makowym Nowiem, ale widzę, że naprawdę wiele dla Ciebie zrobiła.
— Przykro mi to słyszeć, ale pamiętaj, że teraz już nie jesteś taki sam. No, w końcu jestem jeszcze ja, a chyba kimkolwiek dla Ciebie jestem, prawda? — spytałam niby pół żartem, jednak tak naprawdę bałam się jakiejś negatywnej odpowiedzi. Bardzo.
Mówiąc to, poczułam, jak owiewa mnie lekki wietrzyk, który spowodował, że cała moja długa i puchata sierść teraz się na prostowała i zaczęła falować na wietrze. Pojedyncze liście zaczęły spadać z drzew, z czego jeden z nich upadł perfekcyjnie na mnie.
Kocur przez dłuższą chwilę wpatrywał się we mnie i moje falujące na wietrze futro. Kiedy popatrzył na liście, które zwiewały z drzew i pojedynczy na mnie opadł, to zachichotał.
— Kimkolwiek? To za mało. To zbyt ignoranckie, gdybym zgodził się z tym stwierdzeniem. Nie jesteś dla mnie kimkolwiek, tylko kimś! Jesteś kotem, z którym jak spędzam czas, to czuje, że coś mnie dopełnia, że pustka, którą mam w sobie, się zapełnia. Jesteś dla mnie jak skrzydła motyla, brzmi trochę głupio, ale... Wyobraź sobie, że jestem motylem bez skrzydeł, dziwne, co nie? Właśnie! Motyle bez skrzydeł nie mogą żyć, prędzej czy później umrą zdeptane przez inne większe stworzenia lub z braku jedzenia, dlatego, gdy jestem z Tobą, czuje się jak motyl ze skrzydłami, który może latać wyżej niż może i żyć pełnią życia! Bez tych skrzydeł nie wiem, czy bym przeżył w Klanie Wilka.
Liliowy po chwili zrobił się lekko czerwony, ale myślę, że to było ze szczęścia.
— Ja mógłbym cię traktować lepiej niż Syczkowy Szept! Daj mi szansę, nie zmarnuje jej tak, jak on…
Spojrzałam na Miodową Korę, który z uśmiechem wyznawał mi te przesłodkie rzeczy, których nigdy nie spodziewałabym się usłyszeć od kogokolwiek.
— To takie... Piękne... — wyszeptałam, patrząc głęboko w oczy kocura.
Więcej nie musiał dodawać, do mnie już wszystko dotarło. Nic więcej nie mówiąc, powoli podeszłam w stronę Miodka, który aż kipiał sympatią, skierowaną do mnie.
Delikatnie i czule wtuliłam się w jego szyję, nie oszczędzając przy tym mruczenia.
— Nic więcej nie musisz mówić — wyszeptałam, zamykając oczy.
— Jak mogłam być tak ślepa, żeby nie wiedzieć Ciebie? Od małego byłam wpatrzona w kogoś, kto chyba ma mnie po dziurki w nosie. Cichy, nieempatyczny... — mówiąc to, aż kipiałam z radości.
Nigdy chyba nie poczułam takiej fali szczęścia jak w tamtej chwili. Serce dudniło mi jak szalone, a ja kontynuowałam.
— Gdyby nie Ty, pewnie dalej byłabym zapatrzona w niego. A tu proszę, odsłaniasz mi oczy, ukazując się niczym słońce o poranku. Powiedz mi. Odpowiedz mi na jedno pytanie. Czy chcesz zostać moim Słońcem? Czy chcesz, żebym została Twoim Księżycem? — To pytanie odbijało się w mojej głowie niczym echo, sprawiając, że z każdym uderzeniem serca tylko bardziej się denerwowałam. Nie wiem czemu. W sumie to może dlatego, że to w pewnym sensie było to zaproszenie do związku. Momentalnie zrobiło mi się gorąco, a łapki jakoś same zaczęły się przebierać przez stres, który zżerał mnie od środka.
— Witaj Iskrząca Nadziejo. Co Cię tu sprowadza?
— Witaj Zabielone Spojrzenie. Ja tylko... — zaczęłam, nawet nie patrząc kotce w oczy. Nie miałam na to siły.
— Czy mogę iść się przejść? Proszę...
— No, wiesz... Nie powinnam, ale... — zaczęła, rozglądając się. Potem głęboko wzdychała i skierowała wzrok z powrotem na mnie.
— Idź. Widzę, że tego potrzebujesz.
— Dziękuję — powiedziałam z wdzięcznością, przechodząc obok wojowniczki.
Szwędałam się bez celu, ciągnąc łapy po ziemi. Coraz bardziej nie miałam siły absolutnie na nic. Nie chodziło tu tylko o kwestie zmęczenia, czy niewyspania. To było coś... Głębszego. Mimo to nie miałam okazji z kimś o tym porozmawiać, więc po prostu trzymałam to w sobie. W pewnym momencie się zatrzymałam i po prostu, bez żadnego ostrzeżenia, ryknęłam niekontrolowanym płaczem, jeśli można to tak nazwać. To bardziej przypominało wycie zrozpaczonej sarenki albo głodnego wilka. Nagle pośród ciemnej zieleni, oświetlanej częściowo przez księżyc, zauważyłam Miodową Korę.
— Co Ty tu robisz? — wychlipałam, podnosząc się z ziemi.
— Słyszałem twój krzyk, wiem, że coś jest nie tak, więc tu przyszedłem — odpowiedział, wpatrując się we mnie po chwili ciszy.
Zamiast odpowiedzi rzuciłam się na przyjaciela, wtulając się w niego. Nie wiem sama dlaczego, ale wydaje mi się, że po prostu brakowało mi jakiejkolwiek bliskości.
— Ja już nie wiem, co robię źle! Od wszystkich tylko się oddalam! Moja matka ma mnie gdzieś, z siostrami jestem coraz dalej, nieważne co próbuję zrobić! Czuję się, jakby każdy miał mnie gdzieś, jakbym była tylko ciężarem! Nie ważne co zrobię, nieważne co powiem, nawet Syczkowy Szept wydaje się mnie unikać, nawet nie wiem, kiedy ostatni raz z nim rozmawiałam... Proszę, powiedz mi, co ja robię źle?
Miodek w odpowiedzi delikatnie mnie objął łapkami, przytulając mnie i użyczając mi swojego ciepełka.
— Iskro, nie sądzę, żebyś coś robiła źle, jesteś kotem, który po prostu z siebie wiele daje. Wiesz twoja matka to taki lisi odchód, że wątpię, że do ciebie zagada więc ją olej, a jeśli chodzi o resztę, to wierzę, że może nie jest aż tak źle, jak myślisz i może to tylko chwilowe. — Mówiąc to, jednocześnie głaskał mnie delikatnie i czule po głowie.
Stałam tak jeszcze przez kilkanaście uderzeń serca, wtulona w puszystego i kochanego przyjaciela, który mnie przytulał i pocieszał. Poczułam, że łzy spływały coraz delikatniej i rzadziej, aż w końcu, w ogóle ich nie było. Potrzebowałam usłyszeć coś takiego. Bardzo. Moje serduszko z chwili na chwilę biło coraz wolniej, powolutku ponownie zbierając się do kupy. W końcu delikatnie się odsunęłam. W końcu nie miałam na celu naruszać czyjejś przestrzeni osobistej, czyż nie?
— Dziękuję Miodku. Tak teraz myślę... Nie jestem aż taka sama. W końcu mam Makowy Nów, która wspiera mnie i jest jak druga matka, której tak mi brakuje... No i, mam też teraz Ciebie. Dziękuję, że jesteś, byłeś i mam nadzieję, zawsze będziesz — mruknęłam, znowu się w niego wtulając. Walić przestrzeń osobistą.
— Nie musisz dziękować, zawsze będę dla ciebie, gdy będziesz tego potrzebować i przy okazji cieszę się, że masz Makowy Nów jako nową, lepszą mamę.
— Borsucza Puszcza niby mówi, coś na kształt tego, że mnie kocha, bo jest moją matką, że taka jest miłość. Ale ja się czuje, jakby miała mnie absolutnie gdzieś. Jakby przebywanie ze mną na tych samych terenach klanowych było dla niej trujące. Choćbym nie wiem, co zrobiła, nie daje po sobie nawet cienia oznaki jakieś dumy. Nie wiem, kiedy ostatni raz mi powiedziała, że mnie kocha... Makowy Nów jest inna. Troszkę mi ją przypomina, ale w dobrym tego słowa znaczeniu. Jest stanowcza i nie daje sobą pomiatać, ale jednocześnie nie jest nie wiadomo jak surowa czy chłodna. Takie koty po prostu potrzebują czasu, żeby się do kogoś przekonać. W dzieciństwie zastąpiła mi matkę, nawet jeśli po prostu zajmowała ten czas treningami. Nie wiem, co bym bez niej zrobiła. Co mała ja bym bez niej zrobiła…
- Szkoda, że Borsucza Puszcza jest dla ciebie taka. Jeśli chodzi o moich rodziców, to ich kocham, ale czuję, że jesteśmy od siebie za daleko; po prostu od dzieciństwa czułem, że coś nas odpychało. Moja matka zajmowała się ziołami, a mój ojciec rzadko nas odwiedzał, a jak już, to najwięcej czasu spędzał z Lamentującą Tonią, nigdy ze mną. Nie dziwi mnie to, jest podobna do niego i to bardzo, i jeszcze ma imię po jego członie, to już o czymś świadczy! Nie było mi dane mieć z nimi bliskiego kontaktu, chyba sam los tego chce…
Kocur poprawił fryzurę łapą kilka razy, po czym jeszcze dodał od siebie.
— Cóż, przenigdy nie gadałem z Makowym Nowiem, ale widzę, że naprawdę wiele dla Ciebie zrobiła.
— Przykro mi to słyszeć, ale pamiętaj, że teraz już nie jesteś taki sam. No, w końcu jestem jeszcze ja, a chyba kimkolwiek dla Ciebie jestem, prawda? — spytałam niby pół żartem, jednak tak naprawdę bałam się jakiejś negatywnej odpowiedzi. Bardzo.
Mówiąc to, poczułam, jak owiewa mnie lekki wietrzyk, który spowodował, że cała moja długa i puchata sierść teraz się na prostowała i zaczęła falować na wietrze. Pojedyncze liście zaczęły spadać z drzew, z czego jeden z nich upadł perfekcyjnie na mnie.
Kocur przez dłuższą chwilę wpatrywał się we mnie i moje falujące na wietrze futro. Kiedy popatrzył na liście, które zwiewały z drzew i pojedynczy na mnie opadł, to zachichotał.
— Kimkolwiek? To za mało. To zbyt ignoranckie, gdybym zgodził się z tym stwierdzeniem. Nie jesteś dla mnie kimkolwiek, tylko kimś! Jesteś kotem, z którym jak spędzam czas, to czuje, że coś mnie dopełnia, że pustka, którą mam w sobie, się zapełnia. Jesteś dla mnie jak skrzydła motyla, brzmi trochę głupio, ale... Wyobraź sobie, że jestem motylem bez skrzydeł, dziwne, co nie? Właśnie! Motyle bez skrzydeł nie mogą żyć, prędzej czy później umrą zdeptane przez inne większe stworzenia lub z braku jedzenia, dlatego, gdy jestem z Tobą, czuje się jak motyl ze skrzydłami, który może latać wyżej niż może i żyć pełnią życia! Bez tych skrzydeł nie wiem, czy bym przeżył w Klanie Wilka.
Liliowy po chwili zrobił się lekko czerwony, ale myślę, że to było ze szczęścia.
— Ja mógłbym cię traktować lepiej niż Syczkowy Szept! Daj mi szansę, nie zmarnuje jej tak, jak on…
Spojrzałam na Miodową Korę, który z uśmiechem wyznawał mi te przesłodkie rzeczy, których nigdy nie spodziewałabym się usłyszeć od kogokolwiek.
— To takie... Piękne... — wyszeptałam, patrząc głęboko w oczy kocura.
Więcej nie musiał dodawać, do mnie już wszystko dotarło. Nic więcej nie mówiąc, powoli podeszłam w stronę Miodka, który aż kipiał sympatią, skierowaną do mnie.
Delikatnie i czule wtuliłam się w jego szyję, nie oszczędzając przy tym mruczenia.
— Nic więcej nie musisz mówić — wyszeptałam, zamykając oczy.
— Jak mogłam być tak ślepa, żeby nie wiedzieć Ciebie? Od małego byłam wpatrzona w kogoś, kto chyba ma mnie po dziurki w nosie. Cichy, nieempatyczny... — mówiąc to, aż kipiałam z radości.
Nigdy chyba nie poczułam takiej fali szczęścia jak w tamtej chwili. Serce dudniło mi jak szalone, a ja kontynuowałam.
— Gdyby nie Ty, pewnie dalej byłabym zapatrzona w niego. A tu proszę, odsłaniasz mi oczy, ukazując się niczym słońce o poranku. Powiedz mi. Odpowiedz mi na jedno pytanie. Czy chcesz zostać moim Słońcem? Czy chcesz, żebym została Twoim Księżycem? — To pytanie odbijało się w mojej głowie niczym echo, sprawiając, że z każdym uderzeniem serca tylko bardziej się denerwowałam. Nie wiem czemu. W sumie to może dlatego, że to w pewnym sensie było to zaproszenie do związku. Momentalnie zrobiło mi się gorąco, a łapki jakoś same zaczęły się przebierać przez stres, który zżerał mnie od środka.
< To jak Słońce? >
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz