Słońce już świtało w Klanie Wilka - klanie, który pod wpływem ciężaru minionych zdarzeń zatrzymał się w czasie.
Teraz mistrzowie wraz z kultem musieli zaopiekować się osieroconym klanem, zająć piedestał i poprowadzić jego członków tak długo, na ile nie znajdzie się kolejny przywódca, który poprowadzi klan.
Lodowy Omen nie przewidziała śmierci Sosnowej Gwiazdy i jej zastępczyni. Żal poczuła jedynie za drugą z nich, przybraną krewną, kotką, z którą rozmawiała tak wiele razy. Jadowita Żmija była rozsądna, w przeciwieństwie do Sosnowej Gwiazdy, która działała zbyt impulsywnie, bez pomyślunku, bez jakiejkolwiek formy samokrytyki.
— Lodowy Omenie — dobiegł ją głos jej byłego ucznia. Uszy natychmiast jej powstały.
Nie przychodził do niej częściej, niż musiał, a jednak niemal każdego dnia słyszała jego kroki. Nigdy nie odmawiała mu towarzystwa; nie odmawiała go żadnemu kotu, ale w szczególności swoim uczniom. Teraz więcej czasu poświęcała Rysiej Łapie, ale nigdy nie zapomniała o Pokrzywowym Wąsie.
— Wybrałeś idealną porę, by sobie o mnie przypomnieć — skomentowała cicho, spoglądając w szare niebo. — Musisz się pospieszyć, Pokrzywowy Wąsie. Mam obowiązki ważniejsze od twoich rozterek.
Mówiła spokojnie, ale uważnie otaksowała spojrzeniem kocura, który usiadł obok niej z głośnym westchnięciem.
— Kolejne niepotrzebne śmierci.
— Były nadzwyczaj potrzebne — odparła kotka. — Podyktowały konieczne od dawna zmiany.
— Żadna śmierć nie jest potrzebna — upierał się wojownik. Wysunął pazury i przeorał nimi ziemię. — Każda przynosi tylko łzy. Naprawdę nikogo nie opłakujesz? Przecież wiem, że byłaś blisko z Jadowitą Żmiją. Jeśli niezależnie od tego, co robimy, i tak nas to spotka, to po co się starać?
Lodowy Omen uśmiechnęła się, odwracając gdzieś wzrok, który nagle stał się pusty, bezbarwny i ciężki do odczytania.
— Wszystko musi umrzeć, żeby ktokolwiek z nas mógł coś znaczyć — odpowiedziała. — Myślisz o swoim synu.
Celowo ominęła temat Jadowitej Żmii i nie wspomniała nic o własnych myślach i uczuciach, skupiając się na uczniu, który zdawał się tego nie zauważyć.
Pokrzywowy Wąs nie odpowiedział. Nie musiał odpowiadać - to nie było pytanie.
— Musisz pogodzić się z tym, co minęło, Pokrzywowy Wąsie.
— Tobie łatwo to mówić. Nigdy nie byłaś rodzicem.
— Byłam córką, siostrą, przyjaciółką i nauczycielką dla wielu kotów — odparła. — Nie dziwię się, że w to wątpisz, ale także wiem, czym jest strata. I zdążyłam się nauczyć, że nie ma życia bez śmierci ani śmierci bez życia. Jedno wypełnia drugie, a każde z nich samoistniejące byłoby koszmarem dużo gorszym od fizycznych tortur.
— Czy istnieje gorsza tortura niż życie ze świadomością, że zawiodło się swoją rodzinę? — odparł, jakby nie słyszał tego, co mówiła, albo bardziej nie chciał słyszeć. Spojrzał w niebo, spowite teraz burymi obłokami, jakby czegoś w nim szukał. Unikał spotkania się ze wzrokiem swojej dawnej mentorki. — Mój syn zmarł i...
— I woda wciąż płynie.
Kocur rzucił jej pytające spojrzenie.
— Nigdy nie możesz mówić normalnie? — syknął sfrustrowany. — Co masz na myśli?
Uśmiechnęła się lekko, wzruszając ramionami, gdy intensywnie wpatrywała się w dawnego ucznia.
— Woda wciąż płynie.
Potem odwróciła wzrok, kierując go dokładnie tam, gdzie wcześniej Pokrzywowy Wąs.
— Ptaki wciąż latają nad naszymi głowami, drzewa wciąż zrzucają liście, koty wciąż się rodzą i umierają. Życie się toczy. Nic się nie zmieniło. Świat się nie zawalił, gdy straciłeś syna. Może to czas, by ruszyć do przodu - bo tak czy tak wszyscy w końcu umrzemy. Niektórzy tylko wcześniej od innych.
— Sugerujesz, że on nic nie znaczy?
— Pokrzywowy Wąsie, wszyscy nic nie znaczymy — odparła z cichym, spokojnym śmiechem. — Dlatego znaczymy tak dużo. Opłakujemy bliskich nie ze względu na nich, a ze względu na siebie. Ze względu na własny egoizm. Chcemy, żeby tu byli - dla nas. Gdyby każdy żył wiecznie, nie doceniałbyś żadnej chwili spędzonej ze swoimi ukochanymi. Więc żyj tak, jak żyłeś kiedyś. Bo woda nie przestała płynąć, gdy straciłeś syna. Ani gdy klan stracił przywódczynię i zastępczynię. Ani gdy spaliła się Wierzbowa Zatoczka. Życie zawsze będzie, w tej czy innej formie.
Pokrzywowy Wąs spojrzał się tym razem na swoje łapy. Pokiwał głową, choć nic nie odpowiedział. Lód uznała to za skwitowanie rozmowy i podniosła się, raz tylko rzucając dawnemu uczniowi spojrzenie. Bądź co bądź, on był dorosły, a ona nie była już dłużej za niego odpowiedzialna. Sam budował swoją przyszłość. Sam podejmował decyzje i sam musiał mierzyć się z konsekwencjami. Ona mogła mu pomóc tylko radą, obecnością - dużo bardziej potrzebna była ciągle rozwijającej się Rysiej Łapie.
Im więcej księżyców mijało, tym bardziej rozumiała brutalne prawa natury, które miotały kotami jak wiatr liśćmi. Gdy zawieje silniej, część z liści oderwie się od szerokiej gałęzi i poleci razem z nim. A na jakiego liścia padnie, to już było zależne wyłącznie od czynnika losowego, na który wpływ mieli, wprawdzie, niewielki. Nigdy nie przestała czuć żalu czy żałoby, których wielu kultystów głupio się wstydziło, jakby były oznaką słabości czy czymś z gruntu nienaturalnym. Ale zaczęła skupiać się bardziej na życiu i to ostatecznie wyszło jej na dobre. Wspominała czasy, gdy była uczennicą, która zabiła własną matkę - gdy tak długo żyła popełnioną zbrodnią i jakaś jej część wręcz domagała się kary, choćby miało to i być życie za życie. Teraz, gdy wracała myślami do tamtych księżyców, patrzyła na to już zupełnie inaczej, niż kiedyś. Przestała daremnie żałować, pozostawiła za sobą przeszłość, która była jedynie cennym doświadczeniem, który mógł służyć jako narzędzie do budowania przyszłości. Nie martwiła się już o straty, jakie poniosła. To jednak nie oznaczało, że była przygotowana na porażki. Nikt nie był. Mało jaki kot potrafiłby żyć tak, jakby to życie było tylko snem, w którym nic nie jest realne, który i tak się skończy.
Choć lubiła myśleć i, jako że uważała się za intelektualistkę, lubiła stawiać sama sobie wyzwania, wiedziała, że nie mogła tracić zbyt wiele czasu na wewnętrzne monologi. Dużo bardziej znaczące w bieżącym momencie było wypełnianie zadania, które ciążyło na głowach mistrzów - bo to oni chwilowo stanęli przez wyzwaniem władania podzielonym i rozbitym po dwóch śmierciach klanem.
— Witaj — przywitała się z Szeleszczącym Wiązem. Kocur wydawał się zaskoczony jej przybyciem. Podniósł się ociężale i obmiótł ją spojrzeniem.
— Co cię tu sprowadza?
— Myślę, że się domyślasz — odparła Lód spokojnie. — Mistrzowie starają się utrzymać klan w ryzach. Przyszłam zadać ci parę pytań. Krótka audycja. Nic wielkiego. Jeśli nie masz sobie nic do zarzucenia, nie powinieneś się martwić.
— Więc sprawdzacie też starszych? — mruknął Szelest ochryple. — Miałbym zabić liderkę i jej zastępczynię z trzeszczącymi kośćmi i słabnącym słuchem?
Mówił przyjaznym, starczym głosem, ale gdzieś w jego tonie pobrzmiewało powątpiewanie, może nawet zawód czy ironiczne rozbawienie.
— Nie trzeba mieć fizycznej krwi na swoich łapach, żeby być odpowiedzialnym za jej przelanie — odparła lakonicznie Lód, wiercąc kocura głębokim wzrokiem, jakby starając się wyłapać najmniejsze przejawy kłamstwa czy stresu. Charakterystyczne dla nieudolnych morderców było to, że sami przyznawali się do swoich win - wystarczyło tylko jedno spojrzenie, sugestia, że się domyślasz, a oni zaczynali drżeć. Poduszki stawały się mokre od potu, oczy uciekały na boki. — Nie podejrzewam cię, ale nie jesteśmy w pozycji, żeby przesłuchiwać tylko garstkę najbardziej oczywistych i prawdopodobnych kotów.
— Więc słucham — powiedział tylko starszy kocur.
— Podejrzewam, że w czasie dokonania morderstwa byłeś w obozie. Starsi nie mają powodów, by wychodzić, a gdybyś to nawet zrobił, zwróciłoby to uwagę. Ktoś by to zapamiętał i już byśmy o tym wiedzieli. Zgadza się?
Dawny wojownik pokiwał głową.
— Przebywałeś wówczas z innymi starszymi. Oni mogą potwierdzić, że z nimi byłeś.
— Dokładnie tak.
Pokiwała głową.
— Słyszałeś coś w nocy? Podejrzane dźwięki? Może słyszałeś szelest liści czy odgłosy kroków? Zauważyłeś dziwne zachowania w obozie? Ktoś był nieswój, wypowiadał się nieskładnie, wydawał się zestresowany, może robił coś podejrzanego? Starsi zwykle mają oko do takich spraw; bez obowiązków macie mniej zmartwień na głowie i więcej czasu, by obserwować klanową codzienność.
— Nic takiego nie widziałem — przyznał Szeleszczący Wiąz. Zmierzyła go długim spojrzeniem, ale on tylko uśmiechał się smutno. Wątpiła, aby kłamał.
— Rozumiem — odparła, odwróciła się i wyszła, pozostawiając go za sobą.
Zaczynało już zmierzchać. Chmury przykrywały blask słońca, ale parę słabych promieni zdążyło przedostać się przez kłęby i rozjaśnić niebo, zalewając je jaskrawą czerwienią. Wieczny cykl, który stale przypominał jej, że tysiące kotów przed nią i tysiące za nią zobaczyło i zobaczy tą samą tarczę słońca, jego złocisty poblask i promienie rzucające cień na spragnioną jego ciepła ziemię. Odpuściła sobie przepytywanie kolejnych kotów. Widziała, że większość Wilczaków, teraz zamkniętych w obozie jak w pułapce, zmierza do swoich legowisk. Nie mieli innej alternatywy.
Ona także podążyła do legowiska, mijając po drodze paru mistrzów. Każdy z nich miał skrajnie inny charakter, a jednak dogadywali się w sprawach klanowych i potrafili znaleźć satysfakcjonujące rozwiązania.
Widziała, jak Makowy Nów idzie niedaleko Mrocznej Wizji. Rozmawiały ze sobą, ale Lód nie słyszała, co mówią - prawdopodobnie dlatego, że wcale jej to nie interesowało. Interesował ją tylko sam widok dwóch kotek, które wsunęły się jedna za drugą do legowiska. Obie wyraźnie zmęczone.
Z całą pewnością czekało ich dużo pracy. Klan Wilka nie był w łatwej sytuacji. Cokolwiek się działo, było co najmniej niepokojące, a z całą pewnością wymagało poświęcenia temu sporej ilości uwagi. Lód schyliła się i już znalazła się we wnętrzu obszernego krzewu, gdzie znalazła swoje posłanie i ułożyła się tam, zwijając w kłębek. Wolała poświęcić więcej czasu na sen i regenerację, żeby móc dłużej i efektywniej myśleć. A każda jedna złota myśl była potrzebna Wilczakom bardziej niż kiedykolwiek, teraz, kiedy zostali pozbawieni autorytetu, który, wedle jej przekonania, w takiej formie, w jakiej istniał, nie działał i osłabiał już i tak wystarczająco osłabiony klan.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz