BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkę

W Klanie Klifu

Wojna z Klanem Wilka i samotniczkami zakończyła się upokarzającą porażką. Klan Klifu stracił wielu wojowników – Miedziany Kieł, Jerzykową Werwę, Złotą Drogę oraz przywódczynię, Liściastą Gwiazdę. Nie obyło się również bez poważnych ran bitewnych, które odnieśli Źródlana Łuna, Promieniste Słońce i Jastrzębi Zew. Klan Wilka zajął teren Czarnych Gniazd i otaczającego je lasku, dołączając go do swojego terytorium. Klan Klifu z podkulonym ogonem wrócił do obozu, by pochować zmarłych, opatrzeć swoje rany i pogodzić się z gorzką świadomością zdrady – zarówno tej ze strony samotniczek, które obiecywały im sojusz, jak i członkini własnego Klanu, zabójczyni Zagubionego Obuwika i Melodyjnego Trelu, Zielonego Wzgórza. Klifiakom pozostaje czekać na decyzje ich nowego przywódcy, Judaszowcowej Gwiazdy. Kogo kocur mianuje swoim zastępcą? Co postanowi zrobić z Jagienką i Zielonym Wzgórzem, której bezpieczeństwa bez przerwy pilnuje Bożodrzewny Kaprys, gotowa rzucić się na każdego, kto podejdzie zbyt blisko?

W Klanie Nocy

Ostatni czas nie okazał się zbyt łaskawy dla Nocniaków. Poza nowo odkrytymi terenami, którym wielu pozwoliły zapomnieć nieco o krwawej wojnie z samotnikami, przodkowie nie pobłogosławili ich niemalże niczym więcej. Niedługo bowiem po zakończeniu eksploracji tajemniczego obszaru, doszło do tragedii — Mątwia Łapa, jedna z księżniczek, padła ofiarą morderstwa, którego sprawcy jak na razie nie odkryto. Pośmiertnie została odznaczona za swoje zasługi, otrzymując miano Mątwiego Marzenia. Nie złagodziło to jednak bólu jej bliskich po stracie młodej kotki. Nie mieli zresztą czasu uporać się z żałobą, bo zaledwie kilka wschodów słońca po tym przykrym wydarzeniu, doszło do prawdziwej katastrofy — powodzi. Dotąd zaufany żywioł odwrócił się przeciw Klanowi Nocy, porywając ze sobą życie i zdrowie niejednego kota, jakby odbierając zapłatę za księżyce swej dobroci, którą się z nimi dzielił. Po poległych pozostały jedynie szczątki i pojedyncze pamiątki, których nie zdołały porwać fale przed obniżeniem się poziomu wód, w konsekwencji czego następnego ranka udało się trafić na wiele przykrych znalezisk. Pomimo ciężkiej, ponurej atmosfery żałoby, wpływającej na niemalże wszystkich Nocniaków, normalne życie musiało dalej toczyć się swoim naturalnym rytmem.
Przeniesiono się więc do tymczasowego schronienia w lesie, gdzie uzupełniono zniszczone przez potop zapasy ziół oraz zwierzyny i zregenerowano siły. Następnie rozpoczęła się odbudowa poprzedniego obozu, która poszła dość sprawnie, dzięki ogromnemu zaangażowaniu i samozaparciu członków klanu — w pracach renowacyjnych pomagał bowiem niemalże każdy, od małego kocięcia aż po członków starszyzny. W konsekwencji tego, miejsce to podniosło się z ruin i wróciło do swojej dawnej świetności. Wciąż jednak pewne pozostałości katastrofy przypominają o niej Nocniakom, naruszając ich poczucie bezpieczeństwa. Zwłaszcza z krążącymi wśród kotów pogłoskami o tym, że powódź, która ich nawiedziła, nie była czymś przypadkowym — a zemstą rozchwianego żywiołu, mszczącego się na nich za śmierć członkini rodu. W obozie więc wciąż panuje niepokój, a nawet najmniejszy szmer sprawia, że każdy z wojowników machinalnie stroszy futro i wzmaga skupienie, obawiając się kolejnego zagrożenia.

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Dla owocniaków nadszedł trudny okres. Wszystko zaczęło się od śmierci wiekowej szamanki Świergot i jej partnerki, zastępczyni Gruszki. Za nią pociągnęły się śmierci liderki, rozpacz i tęsknota, które pociągnęła za sobą najmłodszą medyczkę, by skończyć na wybuchu epidemii zielonego kaszlu. Zmarło wiele kotów, jeszcze więcej wciąż walczy z chorobą, a pora nagich drzew tylko potęguje kryzys. Jeden z patroli miał niesamowite szczęście – natrafił na grupę wędrownych uzdrowicieli. Natychmiast wyraziła ona chęć pomocy. Derwisz, Jaskier i Jeżogłówka zostali tymczasowo przyjęci w progi Owocowego Lasu. Zamieszkują Upadłą Gwiazdę i dzielą się z tubylcami ziołami, pomocą, jak i również ciekawą wiedzą.

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Wilka!
(brak wolnych miejsc!)

Zmiana pory roku już 7 grudnia, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

15 listopada 2025

Od Motylkowej Łączki

 Dzień wcześniej

Obóz Klanu Burzy spowijała ponura, ciężka atmosfera. Nie tylko zima mroziła powietrze — również ostatnie wydarzenia ciążyły na każdym niczym kamień. Koty chodziły spięte, poruszały się ostrożnie, jakby każdy krok mógł wywołać lawinę. Patrzyły na siebie wzrokiem pełnym nieufności, badając każde najmniejsze drgnięcie wibrysa, każdy kaszel czy kichnięcie. Wszyscy szukali winnego. Wszyscy szukali mordercy. A jednak, mimo narastającego napięcia, burzaki zostali zmuszeni siedzieć razem, blisko siebie, w zwartej grupie pod wieżą. Królicza Gwiazda zwołał zebranie klanu. Czyżby śledztwo wreszcie ruszyło? Tak szybko? Na pewno nie… Motylkowa Łączka przysiadła nieco z boku, nastawiając uszy. Jej wzrok od razu odnalazł Wełniastą Łapę — młodą kotkę siedzącą z przodu, wyprostowaną, napiętą, jakby sama nie wiedziała, jak się zachować. Brak słońca sprzyjał albinosce i jej rodzeństwu.Wojowniczka poruszyła wąsami, skupiając się na słowach lidera.
— Wełnista Łapa zostanie uczniem medyka…
Dalsze słowa zniknęły w szumie wiatru i własnych myśli. Motylkowa Łączka drgnęła tak gwałtownie, jakby ktoś wbił jej pazury w bok. Zakasłała od nagłej suchości w gardle. Dwa koty obok odwróciły się ku niej, zaniepokojone, ale po chwili powróciły spojrzeniem do przywódcy. Nie mogła w to uwierzyć. Nie chciała. Miała nadzieję — głupią, naiwną, ale szczerą — że może, może jeszcze kiedyś zostanie medyczką. Tyle pomagała. Tyle razy ofiarowała swoją pomoc Wdzięcznej Firletce. Po śmierci Skowroniego Odłamka była niemal pewna, że to właśnie do niej medyczka zwróci się z prośbą o wsparcie. Że jej wiedza i oddanie zostaną zauważone. Myliła się. A teraz czuła, jak jej serce pęka na pół. Wbiła gniewne, rozżarzone spojrzenie w Wełnistą Łapę, która, choć wyraźnie skrępowana uwagą klanu, stykała się nosem z medyczką, przyjmując swój nowy obowiązek.
‘’Jak ona mogła? Odebrała mi wszystko. To JA powinnam tam stać…,, — załkała w myślach.
Pazury wysunęły się mimowolnie i zanurzyły w mokrym, przemarzniętym podłożu.
‘’Śmierć… należy jej się śmierć! To było moje miejsce. Moje!,, — wysyczał jej umysł, nabrzmiały gniewem, którego nie potrafiła ujarzmić. A potem coś pękło. Napięcie opadło. Drżenie przeszło przez jej ciało. Motylkowa Łączka skuliła się, przestraszona własnymi myślami. Poderwała się na sztywne łapy i zaczęła wycofywać się z tłumu, jakby uciekając przed czymś, czego sama nie chciała nazwać.
— Motylkowa Łączko, wszystko w porządku? — zapytał ktoś obok, dotykając jej ogona.
Pokręciła jedynie głową i szybciej przeszła między kotami. Mijały ją kolejne sylwetki — niektórzy spieszyli pogratulować nowej uczennicy medyka, inni po prostu chcieli lepiej widzieć wydarzenie. Ich futra ocierały się o nią, ale nikt nie zatrzymał jej na dłużej. Z podkulonym ogonem dotarła do swojego posłania. Opadła na mech i zakryła pysk łapami. Jej oczy były szeroko otwarte, pełne przerażenia. Całe ciało drżało. Jak mogła pomyśleć… to?
— Jestem taka jak reszta mojej rodziny… — wyszeptała, wciskając pysk głębiej w mech. Złość wydawała się nagle obrzydliwa, bezsensowna.
Jak mogła choć przez chwilę złościć się na Wełniastą Łapę? Przecież to nie była jej wina. Nie była! Z każdą sekundą mocniej zaciskała pazury na swoim pysku, jakby próbowała powstrzymać bestię, która rosła gdzieś w jej wnętrzu i chciała pożreć coś niewinnego.
‘’To moja wina, niczyja inna. Moja decyzja. Moje błędy!,, — krzyczała w myślach, próbując odgonić podszepty, które wciąż ją kąsały. Przecież wiedziała, wiedziała od dawna, że nigdy nie wróci na ścieżkę medyka. To było zamknięte. Zgubione. Po co miała nadzieję?
‘’Nie powinnam była pomagać… już nigdy nie pomogę. Nigdy nie dotknę ziół.,,
Bo to wszystko jej wina. Obwiniała siebie za wszystko — za każdy błąd, każde potknięcie, za to, jak wyglądała jej rodzina, i za decyzje własne… oraz cudze. Musi przestać. Musi wziąć się w garść.
‘’Weź się w garść! Jesteś dorosłym kotem, pogratuluj jej! Weź się w garść! WEŹ SIĘ W GARŚĆ!,,
Krzyk w jej głowie był coraz głośniejszy, aż w końcu poczuła piekący ból. Poderwała łapy — na pazurach widniała maleńka kropla krwi, która po chwili spadła na mech. Dotknęła nosa. Rozdrapała go sobie. Kilka szybkich liźnięć wystarczyło, by zatamować krwawienie. Skuliła się w kłębek, cała zziębnięta i zmęczona własnym umysłem. Nie rozumiała, dlaczego jej życie musiało tak wyglądać. Dlaczego jej ścieżka była pełna błota, cierni i ślepych zaułków. Dlaczego zeszła z drogi, na której kiedyś było lepiej — gdzie rosły kwiaty, pachniało ziołami, a gwiazdy świeciły nad jej futrem jasno i bezpiecznie. Teraz była w ciemności. Zimnej. Pożerającej. Każda chwila pogrążała ją głębiej. Musiała się ogarnąć. Musiała znaleźć mordercę w Klanie Burzy. Zająć czymś myśli. Zapomnieć. A przede wszystkim… nie mogła zbliżać się do Wełnistej Łapy. Nigdy. Bo ona była kotką pobłogosławioną — tak myślała Motylka. Połączoną z białym pawiem, niemal lepioną przez sam Klan Gwiazdy. A Motylka? Była brudną, przeciętną istotą, taką jak wszyscy, których znała. Niewartą spojrzenia przodków. Ich pomocy. Ich chwały. Mogła być jedynie pustą skorupą. Zwykłym, przeciętnym wojownikiem. Uniósła wzrok, nie wiedząc nawet, na co patrzy. Oczy błądziły po ciemnych konturach obozu. Dokąd powinna teraz iść? Gdzie skierować swoje kroki? Co ma zrobić? I czy w ogóle ma jeszcze jakieś miejsce w świetle, skoro jej serce tonie w mroku?

***

Nie pamiętała nawet, kiedy poprzedniego dnia zasnęła. Sen dopadł ją nagle, jakby ktoś zrzucił na nią ciężką zasłonę, a jednak świadomość obudzenia się w znajomym legowisku była zaskakująco kojąca. Podniosła głowę, mrużąc oczy w półśnie, i powoli rozejrzała się po legowisku. Większość kotów wciąż spała. Ich spokojne, ciche pochrapywanie unosiło się jak mruczący pomruk, w dziwny sposób niepasujący do napięcia ostatnich dni. Patrzyła na nich z narastającym niepokojem. Czy to możliwe, że jeden z tych śpiących, niewinnych z pozoru kotów miał na łapach krew? Wstała ciężko i wyszła z ciepłej kryjówki ukrytej w krzewach. Mróz natychmiast wdarł się pod futro, sprawiając, że ciało pokryło się dreszczem. Przysiadła na twardej, zamarzniętej ziemi i zwinęła ogon wokół łap. Poranek był lodowaty. Powietrze było nieruchome, a cisza tak gęsta, że aż bolała. Potrząsnęła głową, ale jedyne, co widziała przed sobą, to mleczna mgła rozciągająca się daleko, poza granice jej wzroku. Wydawało się, że cały obóz zanurzył się w białej, bezkresnej pustce. Powoli, leniwie — niczym wiewiórka budząca się po zimowym śnie — podeszła do stosu zwierzyny. Zabrała dwie nornice; były zimne, twarde, jakby skute lodem. Przeniosła je w zębach pod jeden z kamieni, nawet nie zerkając w stronę wieży, o której kiedyś marzyła z dumą i błyskiem w oczach. Zjadła gryzonie błyskawicznie, jakby czas uciekał jej przez palce. I tak właśnie się czuła — jakby nie miała ani chwili do stracenia. Jeśli poza nią ktoś inny zacznie węszyć, morderca stanie się bardziej czujny. A może wręcz przeciwnie? Może stres sprawi, że winny zacznie drżeć przy każdym pytaniu? Założyła łapę na łapę i zaczęła obserwować obóz. Myślała intensywnie, niemal aż do bólu. Kogo przepytać najpierw? Znała odpowiedzi niektórych kotów na pytania, które zadawał Zawodzące Echo. Wielu widziano przy Upadłym Potworze tamtego dnia — a to oznaczało, że musieli się widzieć nawzajem. Chyba że ktoś kłamał. Wtem jej wzrok zahaczył o znajome futro. Kotka, którą kiedyś nazywała matką, siedziała nieopodal, jakby nic się nie wydarzyło, wpatrzona w coś daleko przed sobą. Siedziała sztywno, a jej sylwetka odcinała się od mgły jak ciemna skała. Zapytanie jej wydawało się najbezpieczniejsze. Najbardziej logiczne. Najbardziej bolesne. Mimo że nie chciała tego robić, Motylkowa Łączka wstała i podeszła do starszej kocicy. Stanęła obok niej, nawet nie wiedząc, co dokładnie chce powiedzieć. Przeplatka uniosła głowę i od razu utkwiła w niej spojrzenie — ostre, przenikliwe, oceniające.
— Witaj, Przeplatkowy Wianku — mruknęła cicho Motylkowa Łączka, nawet na nią nie patrząc.
Starsza kotka prychnęła, potrząsając głową.
— Ładnie to tak, ozięble witać własną matkę? Dobrze wiedzieć, że w końcu wyszłaś z legowiska medyków i że potrafisz jeszcze coś wybełkotać. — Machnęła łapą, wyraźnie oburzona.
Motylkowa Łączka drgnęła, a jej ogon poruszył się nerwowo. Przewróciła oczami tak delikatnie, że Przeplatka tego nie zauważyła.
— Usiądź może i porozmawiaj ze mną normalnie — dodała starsza kotka, przesuwając się, robiąc miejsce córce.
Motylka zawahała się. Przez dłuższą chwilę stała nieruchomo, a jej serce dudniło jak ptasie skrzydło uwięzione w pułapce. Nie usiadła. Patrzyła tylko pustym, chłodnym spojrzeniem na kotkę, którą kiedyś — dawno temu, w innym życiu — nazywała matką.
— A więc z twoich zeznań wynika, że rano byłaś pod Upadłym Potworem. Czy spotkałaś tam kogoś znajomego? A jeśli tak, to kogo? — zapytała, lekko poruszając ogonem na boki, udając spokój, choć w środku była czujna jak zraniony jeż.
Przeplatka prychnęła, kręcąc głową z niechęcią.
— Co to ma być, przesłuchanie, Motylko? — mruknęła oschle, ale po krótkiej chwili machnęła ogonem i jednak odpowiedziała: — Czy kogoś widziałam? Chyba Dryfujący Fluoryt też polowała pod Upadłym Potworem o wschodzie słońca. Ale ona zawsze magicznie pojawia się tam, gdzie śmierć i problemy. Cud, że nie wtargnęła w momencie, kiedy Chomik i Nornica usiłowały się mnie pozbyć. — Uniosła brew, jakby oczekiwała reakcji.
Widząc jednak, że jej córka nawet nie drgnęła, westchnęła teatralnie — jakby całe cierpienie świata spoczywało na jej barkach.
— Wiesz co, Motylko? — zaczęła tonem, który miał sugerować głęboką mądrość, choć brzmiał raczej jak plotkarskie szmeranie. — Ja tam myślę, że to Pożarowa Łapa jest odpowiedzialna za te śmierci. Znam Betonowy Świat, żyłam tam przecież. Tam nikt nie waha się zabić starca czy ciężarnej. — Parsknęła pogardliwie. — Przyszła tu z ich nawykami i oto, co z tego wynikło. Tę Saharę też pewnie najpierw okaleczyła, nim tu przywlekła, żeby mieć jakiś pretekst, by zostać. Chociaż… — zmrużyła oczy — czemu miałaby krzywdzić tak zaraz po dołączeniu do klanu? Musiałaby mieć ważniejszy powód… Ale widziałaś rany na jej ciele. Może to po walce z Szantą?...
Motylkowa Łączka patrzyła na nią spod byka, surowo, z narastającym znużeniem. Nie brała tych oskarżeń na poważnie. Ani trochę. A jednak, mimowolnie, spojrzała przez ramię, kierując wzrok na ognistorude futro Pożarowej Łapy. Kotka rzeczywiście była pełna ran, ale były to blizny — stare, blade, poszarzałe. Motylka dobrze pamiętała, że patrol znalazł ją w takim stanie. Pożarowa Łapa twierdziła, że została zaatakowana przez wilczaki — a Motylkowa Łączka wierzyła w to. Klan Wilka nie znał litości wobec samotników. A raczej… po prostu ich zmiatał.
— Dzięki — mruknęła tylko, przerywając Przeplatce w pół narzekania.
Odwróciła się i ruszyła, ignorując oburzony ton matki, który odbił się echem po obozie niczym skrzeczenie wrony. Nie czekając na nic, wyszła poza granice obozu, wczuwając się w chłodne powietrze. Mróz był szorstki, ale przynosił ulgę. Chciała przewietrzyć głowę. Uciec od gniewu matki… „matki”. Musiała się zastanowić. Dryfujący Fluoryt rzeczywiście tam była — pod Upadłym Potworem. Ale co z resztą? Wiedziała, że wiele kotów znajdowało się w tamtej okolicy tamtego poranka. Czyżby Przeplatka ich nie widziała? A może byli po drugiej stronie, albo przyszli i odeszli w innym czasie. A może… Przeplatka kłamała. Kto wie, co miała na sumieniu? Czy byłaby zdolna zabić? Jednak dlaczego wtedy Rozkwitającą Szantę i Koziego Przesmyka? Co ta dwójka mogła jej zrobić? Motylkowa Łączka zatrzymała się gwałtownie, jakby jej własne myśli zahamowały ją w pół kroku. Najbardziej palące pytanie brzmiało: Jaki motyw miał morderca? I czy działał sam?
Wydawało jej się niemożliwe, by jeden kot przeciągnął dwa ciała naraz, zwłaszcza tak oddalone od siebie. I czy wiedział, że Rozkwitająca Szanta była przy nadziei? Może dlatego musiała zginąć? Ale co z Kozim Przesmykiem? Był łagodnym staruszkiem — kotem, który powinien spędzić swoje ostatnie dni w spokoju i cieple, nie w krwi. Motylka zmrużyła oczy. Może powinna odwiedzić miejsca, o których wspominał Zawodzące Echo? Spojrzała w stronę Upadłego Potwora, wciąż straszącego swoją martwą stalą, a potem powoli odwróciła głowę w kierunku Wrzosowej Polany. Mgła snuła się tam jak mleczny duch, kryjąc więcej, niż zdradzała. Nie było sensu przeszukiwać okolic samolotu — tam pewnie nic nowego nie znajdzie. Ale inne miejsca… Inne miejsca mogły kryć sekrety, o których klan wolałby nie wiedzieć. A Motylkowa Łączka była gotowa je odkryć — nawet jeśli prawda miała ranić bardziej niż mróz wbijający się w skórę.
Motylkowa Łączka przemierzała szerokie pasma wrzosów. Ich różowe płatki kołysały się na wietrze jak ptasie lotki, szeleszcząc cicho, jakby szeptały między sobą plotki, których nie chciały zdradzić przybyszowi. Wojowniczka przeciskała się między nimi, torując sobie ścieżkę ku Drodze Grzmotu. Powietrze było ciężkie od zapachu stęchlizny, którą zostawiały po sobie potwory przetaczające się tędy raz po raz. Otworzyła pysk, przymknęła oczy i pozwoliła, by chłodne podmuchy wiatru przewiały jej nozdrza, niosąc ze sobą ślady, które mogłaby wychwycić. Jednak… nic. Żadnego zapachu, który wyróżniałby się w mieszaninie wrzosów, wilgoci i spalin. Rozczarowana, odwróciła się i ruszyła z powrotem przez wrzosowiska. Nawet nie zerknęła na zaczerwienioną, zaschniętą krew na trawach — ślad, którego pochodzenie wszyscy już znali aż za dobrze. Mijała go bez większej uwagi, gdy nagle coś innego przykuło jej wzrok. Zatrzymała się raptownie.
— Co to jest…? — szepnęła do siebie, zbliżając pysk do wrzosów.
Na szczytach kilku wyższych gałązek widniały małe kropelki zakrzepłej krwi — ciemne, niemal czarne, stwardniałe od czasu i wiatru. Nawet deszcze nie były w stanie ich całkiem spłukać. Zmarszczyła brwi, powoli przesuwając spodem łapy po roślinie. To nie mogła być krew któregoś z przeciąganych ciał. Gdyby tak było, ślad ciągnąłby się po ziemi — wyraźny, brudny, wygnieciony. Trawy byłyby połamane, ziemia rozkopana, wrzosy przewrócone na bok. A tu… tu krew znajdowała się wyłącznie na wierzchołkach. Jakby ktoś pochylony przeszedł, ocierając brzuchem o rośliny. Albo raczej — jakby ktoś ranny kulejąc przesmyknął się tędy, zostawiając mimowolny ślad. Krew napastnika. Napastnika, który najprawdopodobniej podczas walki z Rozkwitającą Szantą został zraniony właśnie w brzuch. Serce Motylkowej Łączki zabiło odrobinę mocniej. To była wskazówka. Ważna. Może najważniejsza dotąd. Wycofała się kilka kroków, raz jeszcze wodząc wzrokiem po wrzosach, po czym odwróciła się i ruszyła w stronę obozu. Jej kroki były ciężkie, a myśli gęste jak mgła nad bagnami. Z każdym oddechem coraz wyraźniej czuła, że to odkrycie zmienia zasady gry. Czyżby naprawdę była to Pożarowa Łapa? Ruda miała liczne blizny, wiele z nich na brzuchu — ale które były świeże, a które stare? Tego nie mogła wiedzieć, dopóki sama tego nie sprawdzi. Tylko… jak miałaby to zrobić? Pożarowa Łapa nie pozwoliłaby jej po prostu obejrzeć ran. Ale były w klanie koty, które mogły coś widzieć. Koty, które udzielały pomocy. Koty, które leczyły. A niektórzy z nich milczeli zbyt często, by było to przypadkowe. Motylkowa Łączka przyspieszyła. Czekała ją rozmowa. I to taka, która mogła odmienić wszystko.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz