Początek pory Opadających Liści
Wiadomo, wszystkie poranki były piękne. Zawsze zaskakiwały czymś nowym, niepowtarzalnym, co zawsze niezwykle cieszyło młodziaka, którego fascynowały elementy tak błahe… Może miał specjalne spojrzenie na świat. Tego dnia zaś słońce nie wychylało się zbyt ponad poszarzałe obłoki, grzało dość nieśmiale, a drzewa kołysały się lekko w rytm delikatnego wietrzyku. Niebo zapożyczyło odcień od intensywnie wonnych hiacyntów rozkwitających Porą Nowych Liści, czasem delikatnie przechodząc w szarość i błękit, gładko mieszając swoje barwy ze sobą i rozświetlając całokształt. Wszystko to wyglądało, jakby miało być zaaranżowane pod scenę jakiegoś romantycznego filmu bądź serialu, a efekt, no cóż… był powalający. Kocur rozciągnął się z wolna, czując mrowienie w łapach, gdyż zdrętwiały mu one podczas snu. Nie obudził się w wygodnej pozycji – jego ciało było wygięte niczym u jakiejś akrobatki, a kawałki paprotki wplątały się w futro. Stęknął raz, drugi, rozciągając konające kończyny i wysunął łeb z legowiska. Dziś akurat miał w miarę wolny dzień, klan był wykarmiony, a on sam mógł udać się gdziekolwiek go łapy poniosą.
Kilkoma długimi krokami podszedł do sterty zdobyczy, przy której już kilka kotów dzieliło języki. Pomiędzy wszystkimi wisiało jakieś takie uczucie beztroski, a ich oczy przymykały się nieraz lekko z rozkoszy, ogony sunęły wolno po pylistej ziemi. Na ten widok uśmiechnął się delikatnie. Wszystko wyglądało tak pięknie… Schylił się i pochwycił w pysk okazałego okonia, a jego zęby błyskawicznie zatopiły się w łuskach zwierzęcia. Był głodny jak wilk, w brzuchu burczało mu z głodu, a umysł zasnuty był mgłą zmęczenia. Już, już miał odejść, gdy podszedł do niego tyłem znajomy kocur. Sterletowa Łuska znacząco uniósł brew, gdy rudy bez oporu po prostu wyrwał mu z pyska kawałek ryby, połykając go w całości. Już dawno się przyzwyczaił do pewnego siebie zachowania Pluska, lecz ten stale go zaskakiwał.
— Smakowało? — zapytał Łuska drwiąco, uprzednio kładąc zwierzynę na ziemię. — Jesteś obleśny.
— Nie mniej niż ty — odbił piłeczkę, nic nie robiąc sobie z słów księcia. — Długo się nie odzywałeś.
Może i była to prawda. Ostatnio zamknął się trochę w sobie, unikając wszelkiego kontaktu z drugim kotem…
— A co cię to obchodzi? — zbył go, udając obojętność. — Obżeraj się szybciej, nie mam całego dnia.
— I kto to mówi… Chłopie, przespałeś całe popołudnie. Było bardziej się ruszać. Bo, jak widać — na chwilę zawiesił głos — to nie ja się lenię w tym przypadku, a ty.
Musiał odpuścić.
— Ty się nigdy nie zmienisz, co? — rzucił z udawanym rozczarowaniem. — Już zawsze będziesz taki głupi…
***
Siedzieli właśnie nad wodą, kontemplując z wolna przyrodę. Jej tafla była niespokojna, wiatr lekko ją wzburzał, a promienie słońca odbijało się na niej żółtymi plamami. Musieli korzystać z pogody, póki była jeszcze ciepła i sprzyjająca spacerom. Zaczęła się Pora Opadających Liści, a wraz z nią przybędą pewnie i mrozy.
Coraz częściej dręczyły go natrętne myśli, które powodowały szereg wątpliwości. Sytuacja z Mandarynkowym Piórem i resztą rodziny była naprawdę ciężka. Coraz bardziej go unikali, stawał się odrzutkiem, a… mu się to nie podobało. No jasne, nie musiało. Więc czemu to wszystko było takie bolesne? Nie chciał nikogo obciążać swoimi problemami, a jednak dalej to robił. Nie wiedząc czemu.
W tym wszystkim najbardziej żal było mu Pluska. Słuchał wszystkich jego zażaleń i narzekań bez słowa, gdy sam nie mówił o niczym nieprzyjemnym i stale poprawiał mu humor. Dla kogoś takiego warto było żyć…
— Wiesz co? Zastanawiam się, czy gdybym urodził dzieci, matka bardziej by mnie pokochała — dało się słyszeć z pyska księcia, który zawstydzony spuścił wzrok na łapy. Wcale nie zamierzał mówić tego na głos. — Jakoś… Tak pomyślałem.
Ruch, który w tamtym momencie wykonał rudy, zdecydowanie sygnalizował niezręczność sytuacji. Mięśnie napięły się pod jego futrem, a źrenice zmieniły się w wąskie szparki, gdy słowa czarno-białego nareszcie do niego dotarły. Łuska modlił się, żeby uznał to za żart. Powiedział coś głupiego. Jak zwykle. Lecz w samym sposobie mowy sugerował, że to nie był czas na komedie.
— To się nie zastanawiaj. Nie jesteś jakimś karaluchem, by robić wszystko pod matkę i ten głupi ród! Nie rób z siebie zabawki dla świętego spokoju, jednak jeśli chcesz wypaść dobrze w ich oczach, w moich na pewno wiele stracisz. Nawet nie próbuj.
— Yhm — wykrztusił, niezdolny do wydobycia z siebie innego dźwięku. Aż tak bardzo denerwował Pluska, tylko nie zdawał sobie sprawy? A co, jeśli ten był z nim tylko dla zasady?
“To nic”, pomyślał sobie. “Nie potrzebuję go. Mam siebie”.
Jednak nie była to prawda.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz