Początkowo życie na wygnaniu było ciężkie. Nieustające napięcie i stres dawały się kocurowi we znaki, narażając jedynie już i tak niepokojące symptomy. Żyjąc na dzikim terenie, przez większość czasu, polując samotnie dla zwiększenia efektywności, pozwalało jego umysłowi pogrążać się powoli w swoich halucynacjach. Teraz cienista postać o czerwonych oczach była codziennością. Nieustająco śledząc każdy jego krok. W pewnym momencie Skrzelik wręcz przestał zwracać na niego uwagę.
Tak samo, jak ignorował nagabywania nieznajomego, starannie pozostawał ślepy na coraz to bardziej zaniepokojone spojrzenia rzucane mu siostrę. Ciężar przetrwania bez Klanu przygniatał ich już wystarczająco. Nie zamierzał kłaść kolejnych głazów na jej barki. Z dnia na dzień musiał coraz bardziej gryźć się w język. Jego siostra była wspaniałym wojownikiem! Powinna znaleźć nowy Klan, jeżeli tamta banda bucy postanowiła pozostać tą samą sroczą kupą jak do tej pory. (Heh dosłownie Sroczej). Choć wątpił, czy aby na pewno, nawet jeżeli Nocniaki zmieniły swój sposób myślenia to, czy aby na pewno byłoby dla nich miejsce wśród wiecznie podejrzliwych spojrzeń. Zresztą Karaś była zbyt dumna na powrót z wygnania z podkulonym ogonem.
Dni wydłużały się powoli, a chłód zimy znikł na dobre. Promienie iskrzącego słońca nadal igrały na źdźbłach zieleniejącej trawy, ale nie czuł już przemarzania łap do skostniałej ziemi. Ten czas w roku był najbardziej ruchliwy w całym kręgu natury. Wszystko roiło się i wiło w radosnym podnieceniu. Rodzeństwo również nie próżnowało. Polując od świtu do zmierzchu byli w stanie wykarmić się, a nawet odłożyć nieco zwierzyny na inną porę. Jak do tej pory mimo wewnętrznych walk i podwójnego cienia życie toczyło się dobrze.
Dzień był pogodny. Skrzelik wstał wcześniej niż zwykle, mając szansę chwilę przypatrzeć się spokojnej, uśpionej twarzy siostry. Wygnanie odcisnęło na niej wyraźne piętno. Kiedyś lśniące futro teraz nieco zmatowiało, a przyjemny tłuszczyk, trzymający się jeszcze z czasów kocięcych, znikł kompletnie.
Kichnął, gdy zimne poranne powietrze załaskotało go w nos, napuszając przy tym sierść. Niestety nie pomogło to odpędzić chłód z pozostałych jeszcze resztek ciepłego snu. Ziewnął szeroko, a jego kły błysnęły w pokazie swej ostrości. To czas na poranną toaletę, pomyślał sobie i zaraz to przystąpił do dokładnego wylizywania przednich łapek. Starannie ocierał nimi pyszczek, wąsy, a nawet ucho. Od czasu ucieczki dużo łatwiej było mu dbać o higienę. Bez nieustającego poczucia bycia obserwowanym przez nieprzychylnych członków klanu miał zdecydowanie większą ilość czasu, którą mógł poświęcić dokładnej kąpieli. Czasem, gdy wieczorami ostatnie promienie słońca oświetlały głaz leżący w pobliżu kryjówki rodzeństwa, oboje wychodzili na szczyt i dzielili się językami. Ta czynność, właściwie porzucona podczas życia w Klanie teraz na nowo wzmacniała ich więzi.
Mimo chłodu i okazjonalnego głodu Skrzelik nie mógł zdobyć się na żałowanie decyzji o ucieczce. A niech ich wszystkich nocne ptaszyska porwą! Nie żal mu było nawet matki czy siostry. Ba! Te wyrzekły się jego już dawno temu! Czemu miałby się nimi przejmować! Dużo bardziej obchodziło je czy futerko na grzbiecie nie odstaje im przypadkowo po długiej drzemce, niż rzeczywistym szykanowaniem ich syna i brata. Gardził nimi… Bardzo długo zajęło mu dojście do tego punktu. Przez większość czasu obwiniał się, jak by rzeczywiście mógł jakoś wpłynąć na ich zdanie! Te dni na wygnaniu tylko bardziej utwierdziły go w przekonaniu, że cała ta propaganda przeciwko czekoladowym kotom to stek bzdur. Pewnie pomogły w tym też pełne pasji wykłady, których udzielała mu Karaś. Zawsze z wyprężoną piersią, nosem uniesionym zadziornie do góry siadała na ich omszałym głazie i wykładała swoje przekonania, jak gdyby miała przed sobą cały tłum kotów. Było to poniekąd zabawne, nieco absurdalne. O to dwa wyrzutki siedzące w lesie pełnym lisów jak głupie, a ponadto puszące się dumą i autorytetem się jak dmuchane bażanty. Po każdym takim występie Skrzelik wręcz tarzał się wśród liści ze śmiechu, a piorunujący wzrok jego siostry tylko pogłębiał dalszą głupawkę. Było to dobre. Nie pamiętał, kiedy ostatnim razem śmiał się tak głośno. Może nawet nigdy? Nie był specjalnie głośnym czy przebojowym kociakiem, nie wspominając nawet o późniejszym okresie dorastania, gdzie w ogóle było ciężko go przyuważyć na mówieniu.
Tego dnia czekało go sporo pracy. Zwierzyna pochowana już od jakiegoś czasu w tylko im znanych kryjówkach musiała zostać spożyta dnia poprzedniego, więc teraz czas był na świeżą zdobycz. Szczerze mówiąc, Skrzelik nie mógł się wprost doczekać smaku jeszcze ciepłego piszczka. Dlatego też nie zważając na siostrę wyruszył wczesną porą na łowy. Po wygnaniu udali się w stronę, z której wschodziło słońce. Tereny, które zazwyczaj odwiedzał w celach polowań, choć nie należące do Klanu Nocy, znajdowały się nadal stosunkowo blisko. Właściwie to po drugiej stronie rzeki. Dlatego też od czasu do czasu, jeżeli zbliżył się dostatecznie, nadal wyczuwał znajome oznaczenia członków Klanu. Jednak z czasem zapachy stawały się coraz bardziej obce, a tym samym mniej przychylne. Trzymał się więc od wody możliwie daleko i zwykle wędrował w dół biegu rzeki.
Dziś nie było inaczej. Przejechał raz jeszcze łapą po pyszczku, żeby przygładzić niesforny wąs, a następnie ruszył przed siebie. Chociaż godzina była wczesna, las cały już świergotał i wręcz trząsł się od mnóstwa stworzeń. Kocurek liczył więc, że dzisiejsze łowy zakończą się samymi sukcesami. Droga przez zarośla nie była tak ciężka, jak ta nad samym brzegiem, dlatego już po niedługim czasie wyłonił się na skraju polany i przycupnął nieopodal przekrzywionego pnia brzozy. Siedział nieruchomo, pozwalając dźwiękom przykryć się, a tym samym pozostać niezauważonym dla potencjalnego obiadu. Nie musiał też czekać długo, gdyż po chwili z pobliskiej norki wyskoczyła duża i okazała nornica. Najwyraźniej odchowana już po najgorszych zimowy mrozach, myła teraz swoje futerko w blasku wschodzącego słońca. Pomimo że to stworzenie zazwyczaj łatwiej było złapać nocą, gdy całe ich stada wręcz wybudzały się ze snu, od czasu do czasu można było mieć szansę taką jak ta, gdzie jakaś spóźniona nornica przypałętała się na powierzchnię. Skrzelik odczekał kilka uderzeń serca, aby mieć absolutną pewność co do czystości przestrzeń do skoku. Zwisający z brzozy poplątany bluszcz stanowił potencjalną przeszkodę, w którą łatwo mógł się zaplątać i zepsuć całe polowanie. Nic jednak nie stało na przeszkodzie. Podniósł więc nieco zadek do góry, zakołysał nim żeby nabrać rozpędu i… BAM! Skoczył do przodu i zacisnął zęby na piszczku. Aha! Śniadanie podano!
***
obecnie
Pora nowych liści odeszła tak szybko, jak przyszła i teraz wysokie słońce coraz częściej przygrzewało za dnia. Noce były krótsze, a woda coraz cieplejsza. Jedzenia nadal było mnóstwo i Skrzelik po raz pierwszy poczuł się silny. Choć nadal bardzo szczupły, wreszcie przybrał na wadze, a wcześniej miękkie zaokrąglenie szczęki nabrało ostrości. Urósł też nieznacznie, jeszcze bardziej przypominając swojego ojca. Wprawdzie nadal brakowało mu sporo w porównaniu do innych znacznie większych wojowników, nie był już drobny. Wiązało się to też z wieloma wygodami, a raczej koniecznością, jaką nakładało na niego życie bez Klanu. Teraz z siostrą musiał zapewniać sobie nie tylko wyżywienie, ale i ochronę przed wszelkiego rodzaju zagrożeniami. Niejednokrotnie musieli zmieniać miejsce, przesuwając się coraz bardziej i bardziej w nieznane tereny. Ostatnio jednak przyciśnięci przez parę lisów, która tropiła ich już od kilku dni, musieli wrócić na bardziej znajome tereny. Trawa tutaj wydawała się jakaś bardziej bujna, zielona i po prostu domowa.
Mimo tak częstych przeprowadzek Cień trzymał się go, jak rzep. Nieustająco depcząc mu krok w krok. Zazwyczaj stał po cichu w niewielkiej odległości, ale czasem też podchodził bliżej i szeptał do niego nieprzyjemnie. Poza czarnym kocurem widział również parokrotnie koty z Klanu. Te jednak zawsze z pewnej odległości. Pierwszy raz, gdy zobaczył kremową kitę Bursztynowej Łapy, czmychnął na drzewo, ale kociak, zaraz zniknął za krzewem kwitnącego bzu. Potem, wieczorem, gdy siedział z siostrą w obecnej kryjówce, przyszło mu do głowy, że niemożliwe było, żeby to rzeczywiście był Bursztynowa Łapa. Od czasu, gdy ostatni raz go widział, minęło sporo czasu. Kocur powinien być znacznie większy i pewnie już dawno został wojownikiem! Jedyne co przychodziło mu do głowy to, że było to swego rodzaju przywidzenie. Postanowił więc przeprowadzić mały test. Parę dni później miała miejsce podobna sytuacja. Tym razem zaraz koło potoku dostrzegł smukłe ciało Sroczej Gwiazdy. Tym razem jednak, zamiast posługiwać się mylnym zmysłem wzroku, zamknął oczy i zaciągnął się głęboko rześkim porannym powietrzem. Żaden koci zapach nie dotarł do jego nozdrzy.
Od tamtej pory takie spotkania, choć nieczęste, od czasu do czasu miały miejsce. Teraz wiedząc już, jak może rozpoznać te złudne przewidzenia, zamykał oczy i skupiał swój nos. Karaś zdawała się to zauważać, ale nigdy go nie dopytywała. Miał wrażenie, że pewne rzeczy należało pozostawić po prostu bez komentarza, więc on również tego nie drążył. Tak więc życie toczyło się względnie powoli. Wygnanie nie było najprostszym kawałkiem piszczka, ale chyba żadnemu z nich to nie przeszkadzało. Tak się działo do czasu tego jednego dnia.
Karaś wybiegła rano po zdobycz. Jednak minęło już południe i nadal nie wróciła. Kocur zaczął się martwić. Tereny, na których obecnie polowali, były dość okazałe, wciąż nie były dostatecznie duże, żeby ktoś taki jak Karaś mógł się zgubić. Jednak lisów i innych niebezpiecznych drapieżników było w okolicy pod dostatkiem. Dlatego też Skrzelik chodził przed wejściem do legowiska w jedną to w drugą stronę, nasłuchując czy aby siostra nie wraca z połowu. Jednak nie. Dookoła panowała cisza, przerywana jedynie ćwierkaniem ptaków i sporadycznym brzęczeniem trzmieli. Ogon kocura, teraz już z pełną siłą uderzał na boki. Czy coś się jej stało? Czy się zraniła? Ktoś ją zaatakował? Czy ona… odeszła? Serce waliło mu w piersi, a w skroniach pulsowało.
Wyjaśnienie nadeszło dopiero tuż przed zachodem. Spośród pobliskich trzcin wyłoniła się Karaś, a zaraz za nią Bijąca Północ. Ten widok sprawił, że coś, z czego nawet Skrzelik nie zdawał sobie sprawy, wreszcie odetchnął. Szylkretka wyglądała na jednocześnie przeszczęśliwą, ale i nieco zawstydzoną. A kocur zrozumiał. To był czas, żeby się rozstali. Poczuł, jak łzy cisną mu się do oczu. Był taki dumny.
— Będę tęsknił — mruknął, ocierając się o bok siostry. — Niech Gwiezdny Klan rozjaśnia waszą drogę. Do zobaczenia.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz