Smród nieznanego mu wcześniej drapieżnika przedzierał się przez nozdrza i mroczył mu głowę. Swąd mokrego futra, krwi i adrenaliny sprawiał, że futro na karku samo stawało dęba, a kły obnażały się w wyrazie pomieszanego strachu i wściekłości. Odgłosy szamotaniny, krzyki Fląderki, a także chlupot rzeki, który tak często wskazywał na rybie bogactwo, teraz był niczym wylęgarnia koszmarów. Widział, jak pyski starszych kotek przybierają wyraz nieopisanego zaskoczenia i przerażenia. Przez chwile stał niczym wryty w mokre podłoże.
"To nie twoje imie wywołano. Stój i się nie narażaj" — próbował sobie wmawiać, próbował przekonać samego siebie do nierzucania się pochopnie za krzaki, które dzieliły ich od dwóch uczennic. Uczennic pozostawionych na pastwę agresywnych drapieżników i ich krwiożerczych zębisk.
Był gotowy faktycznie pozostawić tę bezpieczną odległość między sobą a zagrożeniem, ale kiedy ciało Algowej Strugi wyskoczyło nad szeleszczący tatarak... niemal machinalnie popędził za nią. Od razu zbeształ swoją głupotę w głowie, ale nie odwrócił się. Już było za późno.
"Wojownik nie ucieka przed walką. Książę nie boi się krwi, nie boi się blizn" — rozbrzmiewał głos, a krew szumiała w uszach. Widział kątem oka, jak dwie pozostałe wojowniczki również przybyły na ratunek, nie pozwalając, aby jedynie przedstawiciele rodu brudzili swoje łapy. Dawna zastępczyni jako pierwsza faktycznie rzuciła się na wydrę, które jasny pyszczek ubrudzony był kocią krwią. Śliska postać umknęła przed jej atakiem, pozostawiając nieżywe ciało Centuriowej Łapy. Dymna przeskoczyła nad nim, nie dając zwierzowi chwili wytchnienia. Drapieżnik umykał, obnażając zębiska i warcząc na Księżniczkę. Raz zaatakował, niemal nie gryząc jej w podniesioną nogę. Alga na moment cofnęła się, a wydra wykorzystała to, aby spróbować skoczyć na Fląderkę, która niczym wryta w brzeg siedziała w bezruchu, prawie nie oddychając, zdecydowanie nie będąc całkowicie świadomą swojego aktualnego położenia. Klekocząca Łapa działał pod wpływem czystej adrenaliny. Podbiegł do czekoladowej koteczki i w ostatniej chwili złapał ją za skórę na karku, w zdecydowanie niedelikatny sposób. Potykając się prawie, nie będąc przygotowanym na taki dodatkowy ciężar, przetargał ją nieco w tył. Smak krwi, który wypełnił jego pysk, obudził go nieco. Wszytko nagle nabrało przejrzystości i ostrości. Zobaczył nad sobą bure futro Trzcinowego Szmeru, która zatrzymała wydrę przed natarciem na dwójkę żywych terminatorów. Od tyłu zachodziła ją ponownie Algowa Struga. Zapach szkarłatu gryzł go w nos; czuł, że gdyby sobie pozwolił, zwymiotowałby. Nie wiedział, kiedy puścił kark Fląderki, ale koteczka nie ruszyła się nawet na długość kociego pazura. Siedziała skulona, a raczej została rzucona pod jego łapy, gdzie drżała i oddychała ciężko. Z boku sączyła się czerwona posoka, ledwo widoczna na jej ciemnym futrze.
Drapieżniki wycofywały się, a Czosnkowa Krewetka zdołała wyłowić do końca ciało Centurii. Ciało już całkowicie zimne i pozbawione ducha.
* * *
Aktualnie
"Lawenda na gorączkę... Na smród..." — mruczał w głowie, próbując podzielić zioła w składziku na te, których nie ma sensu już trzymać, a te, które może jeszcze będą jakkolwiek przydatne. Pora Nagich Drzew była niesamowicie zimna i doskwierająca. Kocur trząsł się niemal ciągle, niemal nigdy nie było mu przynajmniej delikatnie ciepło. Zastanawiał się nawet czy nie powinien zacząć przykrywać się drugą warstwą mchu, aby nie budzić się tak często podczas odpoczynku. Miał tego wszystkiego dość. Miał wrażenie, że jeszcze trochę i oszaleje. Wiedział, że Gąbczasta Perła coraz bardziej zauważa jego złe nastawienie. Na początku cieszył się i robił wszystko, aby wzbudzić w niej jakiekolwiek poczucie winy. Chciał, żeby wiedziała, że to z jej powodu, przez jej decyzje jest tak kapryśny i niezadowolony, ale niestety chyba mu to nie wyszło. Z każdym wschodem słońca asystentka zdawała się być coraz bardziej na to obojętna. Tak, zauważała, że Klekotek nie jest oddany swoim obowiązkom z pasji, ale kompletnie machała na to ogonem. Kocur stracił swoją główną taktykę.
— Klekocząca Łapo, zmień opatrunek Fląderki — zawołała Różana Woń z głównej części legowiska. Warknął pod nosem. Obecność poranionej przez wydry kotki również niesamowicie go irytowała. Większość rzeczy, które trzeba było przy niej robić, z jakiegoś powodu spadało na jego barki, jakby fakt, że to on nie pozwolił bestii zacisnąć jej kłów na karku, sprawiał, że powinien dalej ją niańczyć. Wiedział, że czekoladowa niemal cały czas wodzi za nim wzrokiem. Dlatego też tak chętnie wykonywał obowiązki w składziku. Niestety i główna medyczka, i jej asystentka wolały, aby książę zajmował się bardziej praktycznymi stronami medykowania. Leniwie wyślizgnął się do głównego pomieszczenia. Chłód uderzył w niego, a sierść zjeżyła się na grzbiecie. Ciemne oczka od razu go odnalazły. Złapał patyk, na którym już przygotowane miał pajęczyny i bez pośpiech pomaszerował do drobnego odrzutka.
— Wstań — polecił sucho, a Fląderka od razu skoczyła na równe łapki, nieumiejętnie próbując ukryć grymas bólu, który wciąż rozlewał się po boku z każdym większym ruchem. Zębami ściągnął poprzednie bandaże, nie uważając zbytnio na delikatność. — Nie kręć się, bo będzie boleć — mruknął, kiedy przestąpiła z nogi na nogę.
— Klekocząca Łapo ide do Nenufarowego Kielicha, w razie potrzeby poślij po mnie — oznajmiła Różana Woń. Wychodząc, rzuciła jeszcze: — Gąbczasta Perła powinna wrócić za jakiś czas. — Kocur skinął milcząco na pożegnanie.
— Nie musisz... — mruknęła nagle koteczka, kiedy odkładał zabrudzony opatrunek i sięgał po nowy.
— Myślisz, że rzucałem się pod szczęki wydry po to, żebyś teraz zdechła tutaj w obozie, bo zakaziłaś sobie ranę? — Podniósł brew, ale nie spojrzał Fląderce w oczy, nie miał ochoty, nie czuł potrzeby. — Nie mam zamiaru też kłócić się z Różaną Wonią. Ty też nie powinnaś robić rzeczy, które są przeciwne z rozkazami rodu, a zrobiłaś to teraz — powiedział pouczającym tonem. Zajął się owijaniem pajęczyn wokół brzucha czekotki, ściskając ją mocno, aby skóra mogła dalej sprawnie się zrastać.
— Nie chce sprawiać kłopotów — miauknęła, kiedy już kończył.
— Ale to zrobiłaś... — szepnął i posłał Fląderce jedno krótkie spojrzenie. Nie było wrogie, nie było pełne wyrzutów... Cała sytuacja z atakiem wyder była dla Klekoczącej Łapy smutnym wspomnieniem. Nie dlatego, że utracili wtedy Centuriową Łapę... ona go nie interesowała, ale dlatego, że był to ostatni moment, kiedy czuł, że kroczył ścieżką wojownika. To, co wtedy czuł... ta adrenalina, strach i pobudzenie... to już nigdy nie wróci. Książę wiedział o tym, a postać, która od kilkunastu wschodów słońca przebywała u nich w legowisku, jedynie mu o tym przypominała.
<Fląderka?>
[990 słów - trening medyka]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz