Bursztynowooki zamarł, po czym zamrugał kilka razy ze szczerym zdumieniem. Wiedział, że wiele kotów kwestionowało jego więzy krwi z dzieciakami, ale nie sądził, że te pogłoski dotarły aż do uszu kociąt. W ogóle nie rozumiał, dlaczego wszyscy tak bardzo mu nie ufali – dlaczego tak uparcie podważali to, że był prawdziwym tatą tych dzieci. Przecież wcale nie wyglądali aż tak odmiennie. Zdarzały się znacznie gorsze przypadki, a i tak przechodziły bez echa. Klifiacy narzekali tylko po to, by narzekać. Dawno nie mieli już o kim rozsiewać plotek, więc trzeba było uczepić się biednej matki, która i tak miała już aż nadto na głowie.
Królicza Prawda spojrzał w stronę Postrzępionego Mrozu. Kotka nigdy nie powiedziała, kim był ojciec Naparstnicy. Młodziak zdawał się zrodzić z samego powietrza, a jednak nikt tego nie kwestionował. O niej nikt nie szeptał za plecami, mimo iż jej dzieciak nie przypominał żadnego wojownika w wieku liliowej szylkretki.
W końcu starszy ponownie zwrócił wzrok ku swojemu przybranemu synowi, posyłając mu ciepły, przyjazny uśmiech.
— Strzępku! Przecież jesteśmy jak dwie krople wody — stwierdził, kiwając powoli głową, jakby naśmiewał się z głupiego pytania latorośli.
Młody nie wyglądał jednak na przesadnie przekonanego.
— Nawet sobie nie żartuj! Masz białe skarpetki na łapach, dokładnie jak ja. Masz też puchate futerko na policzkach, i ja też takie posiadam. A kolor twojej sierści? To przecież połączenie kremowego i niebieskiego! — upierał się, wypowiadając słowa z wręcz przesadną pewnością, jakby liczył, że jeśli powtórzy je wystarczająco stanowczo, same staną się prawdą.
— A co z moimi oczami? Czemu są takiego koloru? — drążył Strzępek, wpatrując się w wojownika z podejrzliwą miną. Młodziak faktycznie miał ślepia w morskim kolorze, podczas gdy jego rodzice posiadali je w ciepłych odcieniach.
— Słuchaj… — odparł Królik, odrobinę wybity z rytmu. — Niektóre cechy mogą przechodzić z dziadków na wnuki. Ja nigdy nie widziałem swojego ojca ani rodziców mamy, ale jestem pewny, że oni również mieli oczęta w takim samym kolorze — mówił dalej, nie tracąc na pewności siebie, a przynajmniej bardzo się o to starając. — To wyjaśnia też kilka innych cech, które posiadasz, a których nie mam ani ja, ani mama.
Zdało się, że point wreszcie odpuścił.
— Aha — stwierdził, odwracając się tyłem do Króliczej Prawdy i układając się w swoim posłaniu. Nie zadawał już więcej pytań; owinął tylko ogonem pyszczek i zmrużył oczy.
“Ufff… Chyba to połknął. Jak mewa rybę, haha” – pomyślał wojownik, rozluźniając mięśnie i wypuszczając z płuc powietrze, którego nawet nie zauważył, że tak długo wstrzymywał. Dziś wyjątkowo łatwo przyszło mu kłamanie. I choć nie czuł się z tym najlepiej, bo znów coś ukrywał, tak nie miał innego wyboru. Robił to dla dobra Źródlanej Łuny i tych biednych kociąt, które nie zasługiwały na żadne kary ani awantury. Te dzieci potrzebowały ojca, a nie gniewu przywódcy i obrzydzonych spojrzeń ze strony pobratymców.
Usiadł przy wyjściu ze żłobka, czekając, aż dymna kocica wreszcie wróci, by mógł go opuścić. W międzyczasie obserwował Naparstnicę i jego matkę, zastanawiając się nad tym, kim faktycznie mógł być ojciec młodego kocurka i dlaczego o Postrzępionym Mrozie nie było głośno w obozie. Gdyby chciał, mógłby rozpuścić plotkę, sprawić, by to ona znalazła się w świetle gniewu Klifiaków – ale nie był okrutny. Nie będzie podrzucał kłód pod łapy kotce, która i tak miała już ciężko po stracie dwójki kociąt.
Nie mógł do końca przetrawić wszystkich słów, jakie usłyszał od Bukowej Korony. Kocur naprawdę nie chciał go znać, mimo że Królik odnalazł go, gdy był małym, zagubionym kociakiem, błąkającym się po mieście. Uratował go, wyżywił, obdarzył ciepłem – a ten tak mu się odwdzięczał? Nie liczył może na to, że młodziak będzie mu wdzięczny do końca życia i będzie podążać za nim krok w krok, trajkocząc nad uchem, jak bardzo go szanuje, ale… z całą pewnością nie spodziewał się, że z ust czekoladowego padną słowa: “Nie żyjemy już w siedlisku, tylko w Klanie Klifu. I życzę sobie, byś zachowywał się tak, jakbyśmy nigdy się nie znali”.
Czuł się niemal tak, jakby stracił kolejne dziecko. Najpierw Kocimiętka, Mak, a teraz jeszcze on? Czy naprawdę nałożona była na niego jakaś klątwa? Ile księżyców minie, nim Strzępek i Szron także się od niego odwrócą? Wszystko wskazywało na to, że niewiele. W Klanie Klifu atmosfera wrzała z każdym kolejnym księżycem, a coraz więcej kotów nie bało się wypowiadać swoich podejrzeń na forum klanu.
Królicza Prawda zakrył uszy łapami, wciskając nos głębiej w swoje posłanie, jakby chciał odgrodzić się od całego świata. Co mógł zrobić, by utrzymać dobre relacje chociaż z dziećmi Źródlanej Łuny, które przecież traktował jak swoje? Może w gwiazdach i tak już było zapisane, że prędzej czy później zostanie sam? Gdziekolwiek przylazł, tam pojawiał się pech. Sam zresztą zaczął przez to nosić mewie pióra w futrze, które w Klanie Klifu uważano teraz za zły omen. On sam był złym omenem. Należało mu się noszenie pierza tych skrzydlatych potworów.
W końcu jednak podniósł się z miejsca, jakby nagle coś pociągnęło go za sznurki, i ruszył w stronę kociarni. Po drodze zahaczył o stos, jednak leżało na nim jedynie kilka żylastych, marnych i nieświeżych zwierzątek. Skrzywił się na ich widok; zjedzenie ich musiało równać się z męką. Jego “szczęśliwa rodzinka”, a szczególnie Strzępek i Szron, nie powinni zajadać się czymś takim.
Dlatego Królicza Prawda postanowił, że wpierw przejdzie się na spacer i sam upoluje coś świeżego i w miarę tłustego, tak by smak przyjemnie rozpływał się na podniebieniu, a ciepło gilgotało w język.
Ruszył w kompletnie inną stronę, niż prowadził zwietrzały zapach patrolu łowieckiego. Skoro im nie udało się upolować nic przyzwoitego, to smaczne kąski musiały chować się gdzieś indziej – najpewniej po drugiej stronie terytorium. Trzymał nos przy ziemi, uważnie wypatrując, czy gdzieś w oddali, pośród śniegu, nie buszuje żaden królik, wróbel czy kos. Dałby wszystko, by udało mu się teraz upolować coś, z czego mógłby być dumny; coś, co wzbudziłoby podziw w niebieskiej, jej dzieciach, a być może nawet w oczach innych kotów z klanu. Wiedział jednak, że nie było to zbyt realne. W Porze Nagich Drzew ciężko było znaleźć utuczone zwierzątka, pełne smaku.
Kremowy powrócił do azylu z sójką zwisającą mu z zębów. Nie była to może piszczka najwyższej jakości, ale przynajmniej była bardziej pożywna niż mniejsze ptaki. Wydawała się przeciętna, zwyczajna, ale i tak znacznie lepsza od tych żałosnych resztek, z których składał się stos.
Wojownik od razu skierował się w stronę żłobka, powoli zanurzając się w jego półmroku. W środku było cicho, niemal zbyt cicho. Sójkę rzucił pod łapy Źródlanej Łuny i Szronu, po czym bez słowa podszedł do Strzępka, który siedział oddalony od nich o kilka kocięcych kroków.
— Hej, młody — zagaił w końcu, usadawiając się obok pointa. Oprócz nich nie było w żłobku nikogo innego – Naparstnica został już uczniem, więc Postrzępiony Mróz nie miała tu czego szukać. Królik przekręcił głowę, uważnie przyglądając się młodemu. — Czemu siedzisz tak daleko? — zapytał ciszej. — Wyglądasz na przygnębionego. Nie cieszysz się z tego, że już niedługo zostaniesz uczniem? — dodał po chwili. — Będziesz znowu mógł rozmawiać z tym swoim kolegą, Naparstnicą.
Królicza Prawda spojrzał w stronę Postrzępionego Mrozu. Kotka nigdy nie powiedziała, kim był ojciec Naparstnicy. Młodziak zdawał się zrodzić z samego powietrza, a jednak nikt tego nie kwestionował. O niej nikt nie szeptał za plecami, mimo iż jej dzieciak nie przypominał żadnego wojownika w wieku liliowej szylkretki.
W końcu starszy ponownie zwrócił wzrok ku swojemu przybranemu synowi, posyłając mu ciepły, przyjazny uśmiech.
— Strzępku! Przecież jesteśmy jak dwie krople wody — stwierdził, kiwając powoli głową, jakby naśmiewał się z głupiego pytania latorośli.
Młody nie wyglądał jednak na przesadnie przekonanego.
— Nawet sobie nie żartuj! Masz białe skarpetki na łapach, dokładnie jak ja. Masz też puchate futerko na policzkach, i ja też takie posiadam. A kolor twojej sierści? To przecież połączenie kremowego i niebieskiego! — upierał się, wypowiadając słowa z wręcz przesadną pewnością, jakby liczył, że jeśli powtórzy je wystarczająco stanowczo, same staną się prawdą.
— A co z moimi oczami? Czemu są takiego koloru? — drążył Strzępek, wpatrując się w wojownika z podejrzliwą miną. Młodziak faktycznie miał ślepia w morskim kolorze, podczas gdy jego rodzice posiadali je w ciepłych odcieniach.
— Słuchaj… — odparł Królik, odrobinę wybity z rytmu. — Niektóre cechy mogą przechodzić z dziadków na wnuki. Ja nigdy nie widziałem swojego ojca ani rodziców mamy, ale jestem pewny, że oni również mieli oczęta w takim samym kolorze — mówił dalej, nie tracąc na pewności siebie, a przynajmniej bardzo się o to starając. — To wyjaśnia też kilka innych cech, które posiadasz, a których nie mam ani ja, ani mama.
Zdało się, że point wreszcie odpuścił.
— Aha — stwierdził, odwracając się tyłem do Króliczej Prawdy i układając się w swoim posłaniu. Nie zadawał już więcej pytań; owinął tylko ogonem pyszczek i zmrużył oczy.
“Ufff… Chyba to połknął. Jak mewa rybę, haha” – pomyślał wojownik, rozluźniając mięśnie i wypuszczając z płuc powietrze, którego nawet nie zauważył, że tak długo wstrzymywał. Dziś wyjątkowo łatwo przyszło mu kłamanie. I choć nie czuł się z tym najlepiej, bo znów coś ukrywał, tak nie miał innego wyboru. Robił to dla dobra Źródlanej Łuny i tych biednych kociąt, które nie zasługiwały na żadne kary ani awantury. Te dzieci potrzebowały ojca, a nie gniewu przywódcy i obrzydzonych spojrzeń ze strony pobratymców.
Usiadł przy wyjściu ze żłobka, czekając, aż dymna kocica wreszcie wróci, by mógł go opuścić. W międzyczasie obserwował Naparstnicę i jego matkę, zastanawiając się nad tym, kim faktycznie mógł być ojciec młodego kocurka i dlaczego o Postrzępionym Mrozie nie było głośno w obozie. Gdyby chciał, mógłby rozpuścić plotkę, sprawić, by to ona znalazła się w świetle gniewu Klifiaków – ale nie był okrutny. Nie będzie podrzucał kłód pod łapy kotce, która i tak miała już ciężko po stracie dwójki kociąt.
* * *
Czuł się niemal tak, jakby stracił kolejne dziecko. Najpierw Kocimiętka, Mak, a teraz jeszcze on? Czy naprawdę nałożona była na niego jakaś klątwa? Ile księżyców minie, nim Strzępek i Szron także się od niego odwrócą? Wszystko wskazywało na to, że niewiele. W Klanie Klifu atmosfera wrzała z każdym kolejnym księżycem, a coraz więcej kotów nie bało się wypowiadać swoich podejrzeń na forum klanu.
Królicza Prawda zakrył uszy łapami, wciskając nos głębiej w swoje posłanie, jakby chciał odgrodzić się od całego świata. Co mógł zrobić, by utrzymać dobre relacje chociaż z dziećmi Źródlanej Łuny, które przecież traktował jak swoje? Może w gwiazdach i tak już było zapisane, że prędzej czy później zostanie sam? Gdziekolwiek przylazł, tam pojawiał się pech. Sam zresztą zaczął przez to nosić mewie pióra w futrze, które w Klanie Klifu uważano teraz za zły omen. On sam był złym omenem. Należało mu się noszenie pierza tych skrzydlatych potworów.
W końcu jednak podniósł się z miejsca, jakby nagle coś pociągnęło go za sznurki, i ruszył w stronę kociarni. Po drodze zahaczył o stos, jednak leżało na nim jedynie kilka żylastych, marnych i nieświeżych zwierzątek. Skrzywił się na ich widok; zjedzenie ich musiało równać się z męką. Jego “szczęśliwa rodzinka”, a szczególnie Strzępek i Szron, nie powinni zajadać się czymś takim.
Dlatego Królicza Prawda postanowił, że wpierw przejdzie się na spacer i sam upoluje coś świeżego i w miarę tłustego, tak by smak przyjemnie rozpływał się na podniebieniu, a ciepło gilgotało w język.
Ruszył w kompletnie inną stronę, niż prowadził zwietrzały zapach patrolu łowieckiego. Skoro im nie udało się upolować nic przyzwoitego, to smaczne kąski musiały chować się gdzieś indziej – najpewniej po drugiej stronie terytorium. Trzymał nos przy ziemi, uważnie wypatrując, czy gdzieś w oddali, pośród śniegu, nie buszuje żaden królik, wróbel czy kos. Dałby wszystko, by udało mu się teraz upolować coś, z czego mógłby być dumny; coś, co wzbudziłoby podziw w niebieskiej, jej dzieciach, a być może nawet w oczach innych kotów z klanu. Wiedział jednak, że nie było to zbyt realne. W Porze Nagich Drzew ciężko było znaleźć utuczone zwierzątka, pełne smaku.
* * *
Wojownik od razu skierował się w stronę żłobka, powoli zanurzając się w jego półmroku. W środku było cicho, niemal zbyt cicho. Sójkę rzucił pod łapy Źródlanej Łuny i Szronu, po czym bez słowa podszedł do Strzępka, który siedział oddalony od nich o kilka kocięcych kroków.
— Hej, młody — zagaił w końcu, usadawiając się obok pointa. Oprócz nich nie było w żłobku nikogo innego – Naparstnica został już uczniem, więc Postrzępiony Mróz nie miała tu czego szukać. Królik przekręcił głowę, uważnie przyglądając się młodemu. — Czemu siedzisz tak daleko? — zapytał ciszej. — Wyglądasz na przygnębionego. Nie cieszysz się z tego, że już niedługo zostaniesz uczniem? — dodał po chwili. — Będziesz znowu mógł rozmawiać z tym swoim kolegą, Naparstnicą.
<Strzępku?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz