— Barczatko, pokaż mi Tygryska — powiedziała, trącając ją nosem.
Kocica zamrugała parę razy, jakby wciąż tkwiła we śnie. Widząc jednak medyczkę, szybko się ocknęła. Chwyciła swego zazwyczaj ruchliwego syna za kark i postawiła go przed Jarzębiną. Mały kocurek zachwiał się na łapkach, a potem osunął się do siadu, zwieszając głowę.
— Och, Jarzębinowy Żarze! — jęknęła Barczatka, jej głos drżał od niepokoju. — On ma tak od rana. Myślałam, że może wreszcie zmęczył się ciągłym bieganiem, ale ten kaszel… i to kichanie. Cisowe Tchnienie powiedziała, że ktoś z was przyjdzie później, by sprawdzić, czy mu się pogorszy. — Mówiła niepewnie, nerwowo, a w jej oczach widać było strach o życie kociaka.
Jarzębina, słysząc te słowa, natychmiast przyłożyła ucho do klatki piersiowej Tygryska. Słuchała uważnie przez kilka uderzeń serca. Nie potrzebowała daru Gwiezdnych, by postawić diagnozę – objawy były zbyt wyraźne. Odsunęła głowę i skrzywiła nos, a jej spojrzenie spochmurniało.
Barczatka spiorunowała ją wzrokiem, jakby chciała wydusić odpowiedź siłą.
— Nie oddycha regularnie — zaczęła cicho Jarzębina. — Kaszle, w płucach mu piszczy, a przy tym wykaszluje…
Nie dokończyła. Barczatka poderwała się nagle na cztery łapy i wbiła nos w jej pysk, jakby chciała natychmiast usłyszeć resztę diagnozy. Było to jednak niełatwe – Jarzębinowy Żar była jedną z najwyższych w całym klanie, podczas gdy Barczatka ledwie sięgała jej do barku.
— Mój syn ma ten… ten zielony kaszel, prawda?! — syczała kotka, machając ogonem na boki z wściekłością. — I nie umieliście szybciej tego stwierdzić? Teraz umrze?!
Jarzębinowy Żar patrzyła na nią z politowaniem. Podniosła łapę i zdecydowanym ruchem odepchnęła karmicielkę z powrotem na jej posłanie.
— Gdybyś nie była taka gadatliwa i pozwoliłabyś mi dokończyć. To nie zielony kaszel, tylko biały. Nic mu nie będzie, ale zabieram go do lecznicy, by nie zaraził reszty. Jeśli zobaczysz podobne objawy u Trop… — spojrzała ostrzegawczo na Barczatkę, po czym zwróciła się do drugiej kocicy. — …albo jeśli ty, Iskrząca Nadziejo, zauważysz coś takiego u swoich młodych, od razu przyjdźcie do mnie. To oznacza, że musicie ruszyć zadek i pofatygować się do lecznicy. Albo przynajmniej poinformować któregoś z pozostałych medyków. Owszem, często jestem w żłobku, ale nie na tyle, by w jednej sekundzie zauważyć najmniejszą zmianę u każdego kociaka. — Mruknęła, po czym zerknęła na Tygryska i wyciągnęła do niego łapę.
Kocurek, chwiejąc się na drobnych łapkach, podszedł bliżej.
— Och, czyli tylko biały kaszel… — odetchnęła Barczatka i już spokojniejszym tonem zapytała: — A kiedy wróci do mnie? — Wygładziła przy tym futro na grzbiecie, jakby chciała rozładować napięcie.
— Jak wyzdrowieje. Zapewne za dwa wschody słońca — odparła Jarzębina, nawet na nią nie patrząc. Ostrożnie chwyciła rudego malca za kark, a ten podkulił łapki, pozwalając się unieść. Razem ruszyli w stronę nory medyków.
W środku panował półmrok, przełamany zapachem ziół. Jarzębinowy Żar ostrożnie odłożyła kociaka na posłanie. Tygrysek zaraz zaczął rozglądać się dookoła, zachwycony mnogością zapachów i przedmiotów, których dotąd nie widział. Medyczka wróciła z magazynku, niosąc niewielką ilość kocimiętki. Położyła ją tuż przed nim.
— Zjedz to i połóż się spać. Pomoże ci. — Usiadła naprzeciwko niego, czujnie śledząc każdy jego ruch. — Niczego nie kombinuj, w tym miejscu jest wiele niebezpiecznych rzeczy.
Kocurek powąchał zioło, po czym chętnie je połknął. Zapach kocimiętki był zbyt kuszący, by można mu się było oprzeć.
— A… czy muszę wracać do żłobka? — zapytał nagle, cichutko, kuląc się jakby w obawie przed odpowiedzią.
— Tak, tam jest bezpiecznie i ciepło — odparła łagodnie Jarzębina, przekrzywiając lekko głowę. — A czemu nie chcesz wracać?
— Bo tata i mama opowiadają straszne historie. O śmierci… — mruknął, przykrywając oczy łapkami, jakby chciał schować swój strach. — Ja nie chcę tego słuchać.
Jarzębinowy Żar zrobiła wielkie oczy, a futro na jej ogonie zjeżyło się gwałtownie. Szybko zrozumiała, co miał na myśli. Sowi Zmierzch – ojciec kociaka – należał przecież do kultu. Głupia kula futra, pomyślała z goryczą, zamiast pójść za przykładem brata, nadal tkwiła w tym bagnie. Medyczka westchnęła ciężko, a potem nachyliła się nad Tygryskiem i kilkakrotnie polizała go po głowie.
— Nie martw się, po prostu zaśnij — wymruczała cicho i podniosła się, kierując kroki do magazynku.
W pysku poczuła metaliczny smak – musiała dosłownie ugryźć się w język. Najchętniej powiedziałaby temu kociakowi, by nie słuchał rodziców, by uwierzył w Gwiazdy, bo to one były prawdziwym rozwiązaniem. Ale wiedziała, że kocięta mają długie języki i jedno nieopatrzne słowo mogłoby szybko roznieść się po całym klanie. Wtedy wyszłoby na jaw, o czym Jarzębina rozmawiała z młodszym.
Kiedy wróciła i rzuciła okiem na posłanie, Tygrysek spał już spokojnie. Jego drobny bok unosił się miarowo, a na pysku malował się cień uśmiechu – jakby w śnie odnalazł coś, czego brakowało mu na jawie. Nagle Jarzębinowy Żar znieruchomiała. Futro na karku zjeżyło się, a spojrzenie, pełne niepokoju, powędrowało w stronę wejścia do nory. Serce przyspieszyło – czy ktoś stał tam, by ją nakryć na czymś nieodpowiednim? Czy przodkowie odwrócili się od niej? Po chwili odetchnęła z ulgą. Gwiezdni musieli jednak trzymać nad nią łapę, bo zamiast wroga pojawił się tylko Miodowa Kora. Niestety wraz z nim do środka wdarł się niezbyt przyjemny zapach. Po minie kocura Jarzębina szybko domyśliła się, że przyszedł wcale nie z dobrymi wieściami.
— Jarzębinowy Żarze… — mruknął, rzucając wymowne spojrzenie na swój tył. — Em… mam pewien problem.
Medyczka skinęła głową. Nie potrzebowała dłuższych wyjaśnień. Zapach i zawstydzona mina wojownika mówiły wszystko – biegunka. Bez słowa odwróciła się na pięcie, zniknęła w magazynku i po chwili wróciła z czyśćcem wełnistym, koprem i malwą. Odmierzyła odpowiednie dawki, po czym położyła je przed nim. Miodek skrzywił się, ale zjadł zioła grzecznie, jednym kęsem.
— Napij się teraz dużo wody — poleciła spokojnym, pewnym tonem. — I umyj się. Potem możesz wrócić tutaj i odpocząć w moim legowisku. — Usiadła ciężko na piaszczystej ziemi, wzdychając, jakby na jej barkach spoczywał najcięższy ciężar świata.
— Dobrze. Dziękuję ci — odpowiedział cicho. Skinął łbem i szybko wyskoczył z nory, kierując się ku najbliższemu zbiornikowi wody.
Zapadła cisza. Jarzębinowy Żar została sama – sama ze swoimi myślami, które były gorsze niż rozdziobanie przez wrony. Nie dawało się ich odgonić. Wracały do niej zawsze, jak tylko na chwilę przestawała mówić albo skupiać się na pacjentach. Nadciągały niczym tsunami, zalewając delikatną roślinę. Jej korzenie, kiedyś silne i pewne, teraz słabły z każdą falą. Woda, która powinna dawać ukojenie, przynosiła jedynie zniszczenie.
Wyleczeni: Tygrysek i Miodowa Kora
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz