— Wy urwisy, wracać mi, ale już! — miauczała, goniąc Czajkę i Guziczka. Miała oddać się przyjemnej popołudniowej drzemce, gdy jej maluchy nagle wyskoczyły ze żłobka jak oparzone. Och, gdyby tylko były takie grzeczne jak Gąska! Ona nigdy nie wystawiała łapki za kociarnię bez pytania. Wprawdzie jej cichość nieco martwiła Kajzerkę, lecz doceniała, że z trójki kociąt chociaż jedno nie było tak rozbrykane...
Łapki może i mieli krótkie, ale przebierali nimi wystarczająco szybko i sprawnie, by uciekać przed matką i wymijać wszystkie przeszkody na swojej drodze. Kajzerka nieomal wpadła wprost w grupkę zwiadowców i ich posiłek, ledwie wykręcając przed zakrętem. W końcu bieg jej się znudził. Nie mogła gonić ich w nieskończoność, bo straciłaby dech w płucach. Zdecydowała się wykorzystać swoją najlepszą broń.
Gdy tylko znalazła się wystarczająco blisko, skoczyła, miażdżąc swoje kociaki pod masą jej łap.
— Hej! — wrzasnęli prawie jednogłośnie, nie potrafiąc powstrzymać śmiechu.
— Do żłobka, nicponie! — miauknęła żartobliwie. Szeroko się uśmiechała. — Myśleliście, że uda się wam uciec przede mną?! Ha! Dobre sobie! — mruknęła, podnosząc wysoko głowę jak paw. I wtedy kątem oka zauważyła stojącą niedaleko przywódczynię. Patrzyła na nią z dystansu, trzymając spuszczoną głowę, zgarbiona, wyraźnie przygnębiona. Nie musiała nawet jej pytać, by wiedzieć, że coś było nie tak. Nie obchodziło jej to, ile razy Sówka powie, że wszystko było w porządku. Po kotach było widać takie rzeczy, tak jak było teraz widać po niej.
— Naprawdę. Lećcie do żłobka. Zaraz do was dołączę — dodała poważniejszym, łagodniejszym tonem. Jej kociaki musiały zrozumieć, że był to koniec żartów, bo wyślizgnęły się z jej poluzowanego chwytu i po wymiauczeniu paru słów prędko tam popędziły. Chociaż raz byli ułożeni i się jej słuchali.
Podeszła do smętnie wyglądającej liderki.
— Jesteś pewna, że wszystko jest naprawdę w porządku? — miauknęła, choć wiedziała, jaka była prawdziwa odpowiedź na to pytanie. Sówka otworzyła pysk, zapewne by zaprzeczyć jak ostatnio, lecz milczała. Przez kilka uderzeń serca stały tak w ciszy, aż w końcu z ust Sówki uciekło ciche westchnięcie, a ona sama odwróciła głowę w drugą stronę.
— Wiesz, że nie pytam cię o to złośliwie. Po prostu... Widzę. Widzę i przykro mi na to patrzy. Marnie wyglądasz — dodała z wyraźną troską w głosie, jak matka, która martwiła się o własne dziecko. Ostatnim razem zaprzeczała, odmawiała pomocy, pamiętała to, ale może teraz będzie już inaczej?
— To... To jest coś, przez co po prostu muszę przebrnąć. Wiem, Kajzerko, że się przejmujesz, ale ja też wiem, że mogę na ciebie liczyć, jeśli będę cię potrzebować — zapewniła, zdobywając się na słaby uśmiech. Nie była w stanie stwierdzić, czy był szczery. — Nie myśl tyle o mnie. Myśl o swoich kociętach to one powinny liczyć się dla ciebie teraz najbardziej.
Kajzerka znów spojrzała na nią smutno.
— Ależ są dla mnie najważniejsze. To nie zmienia faktu, że się o ciebie martwię — wyznała. Nie miała wprawdzie szczególnie głębokiej relacji z kotką, przez co jej słowa brzmiały nieco dziwnie, ale naprawdę jej współczuła. — Przechodzisz przez dużo. Dużo tego, przez co ja sama przeszłam — miauknęła ciszej. — Mogę cię zrozumieć, jeśli tylko ze mną porozmawiasz.
Sówka podniosła z ziemi wzrok, by wlepić w nią spojrzenie swych płomiennych oczu.
— Będę pamiętać.
***
Powoli... Wszystko zaczynało być idealne. Groźne nagie drzewa odeszły – na otaczających obóz drzewach pojawiały się świeżozielone liście. Słonko przygrzewało, dawno roztopiło już resztki błotnistego śniegu. Wszystko powoli budziło się do życia. W końcu! Nie mogła już wytrzymać gnuśnienia w legowisku, gdy za ścianą ziąb.
Wokół niej rozrabiały kociaki. Borowik, Kurka, Czajka i Guziczek biegali wokół, wesoło miaucząc do siebie i chichocząc, rozświetlając cały obóz. W tamtej chwili świecił pustkami. Dochodziło południe, co oznaczało, że większość kotów była jeszcze zajęta swoimi sprawami. Polowania, treningi, patrole – nawet ci, co nie zostali do niczego wyznaczeni, chętnie wybierali się na spacery czy spotkania z przyjaciółmi. Cóż, było z czego korzystać. Kajzerka powiodła wzrokiem po niebie, które przykrywały powoli zieleniące się gałęzie. Spojrzała na bawiącą się beztrosko grupkę kociąt, później na leżącą w jej łapkach Gąskę, po czym zerknęła w bok, na leżącego przy niej partnera. Mruczał z zamkniętymi oczami, wyglądając, jakby powoli odpłynął w drzemkę. Zaśmiała się i jej spojrzenie powróciło na gromadkę. W końcu musiała ich pilnować, nawet w bezpiecznym obozie.
Wciąż tęskniła. I za tragicznie straconą Maślak, i za pozostawionym w Klanie Nocy Samowolną Łapą. To były jej dzieci. Pierwsze, które kochała, kochała tak bardzo, że rozłąka z nimi złamała jej serce. Czajka, Guziczek i Gąska dały jej poczucie sensu, gdy została całkiem sama. Kochała ich równie mocno, co swój pierwszy miot. Nie mogła się doczekać, aż będzie mogła obserwować, jak dorastają, a jednocześnie chciała, by ta chwila trwała wiecznie. By zostały już na zawsze tymi puchatymi, drobnymi kulkami futra, które gonią się nawzajem po zaroślach.
Usłyszała z zewnątrz czyjeś kroki. Zwróciła na nie uwagę tylko dlatego, że nadchodziła pora obiadu, a ona liczyła na powrót łowieckiego patrolu. Już od samego ranka czekała, aż na stos wpadnie świeża zwierzyna. Z uśmiechem na pysku obejrzała się w stronę odgłosów, by ocenić, czy wojownicy przynieśli coś dobrego i natychmiast ten spłynął jej z twarzy. Pobladła pod futrem, robiąc wielkie oczy.
Ambrowiec.
Natychmiast wstała na równe łapy, zrzucając na wpół śpiącego i widocznie zagubionego Orzeszka ze swojego barku. Wiedziała! Ostrzegała! Odkąd tylko została wygnana, jej głowy nie była w stanie opuścić myśl, że jeszcze tu wróci po swoją zemstę. To jej najeżone futro... Trójka gotowych do boju kocurów, których prowadziła... O nie, nie, nie... Nie na jej warcie! Nie przy jej pociechach!
— ATAK!!! Jesteśmy napadani!!! — wrzasnęła na całe gardło, strasząc i zbierając na równe nogi wszystkie koty, które do tej pory wylegiwały się beztrosko na polanie. Wojownicy, którzy dotąd drzemali na gałęziach drzew, omal z nich nie pospadali, zrywając się do niespodziewanej walki. Przywołała natychmiast do siebie kociaki (i Orzeszka), stając przed nimi jak mur. Jeśli chcieli się dostać do nich, musieli wpierw przejść przez nią! Im więcej spojrzeń zauważało obecność Ambrowiec, tym większa panika (lub ogień walki, kto co woli) obejmowała owocniaków. Sajgon ze swoim ojcem już syczeli, wyginając grzbiety, gotowi do rzucenia się w wir walki. Wyglądało na to, że już zaraz miał się zacząć...
— Nie! — miauknęła głośno Ambrowiec, a Kajzerka napięła mięśnie, spodziewając się, że zaraz rozlegnie się bojowy okrzyk. — Nie przyszliśmy, by walczyć. Jesteśmy tu by... Poprosić o azyl.
Mówiła tak, jakby te słowa ledwo przechodziły jej przez gardło. Jakby ten jeden raz duma, która sprawiła zresztą, że została wygnana z Owocowego Lasu, musiała zostać schowana do kieszeni. Kajzerka nadal stała twardo na swoim miejscu. To mogła być tylko podpucha. Nie zamierzała narażać młodych ze względu na swoją naiwność.
Patrzyła na grupę kotów, prawie nie mrugając, nie odrywając od nich wzroku nawet na uderzenie serca. Wyglądali na zmęczonych. Pod ich grubymi futrami rysowała się chudzizna i wystające kości. Pora nagich drzew musiała dać im w kość, a nowych liści nie przynieść takiej ulgi, jakiej się spodziewali. Ich skóry przecinały blizny – najbardziej widoczna była ta Kolendry, przechodząca przez jego prawy policzek. Właściwie... Nie wyglądała na bliznę. Była to świeża, ledwie zasklepiona rana, jakby stoczyli walkę najwyżej kilka wschodów słońca temu.
Najgorzej z nich wszystkich wyglądał jednak Fruczak. Kulił się gdzieś na końcu, widocznie przestraszony, poobijany i schorowany. Miał opuszczony łeb, nie tylko w akcie uległości, ale też zwyczajnie jakby nie mógł utrzymać jej w górze i mu ciążyła. Na chwilę Kajzerka poczuła niepewność. Wyglądali biednie. Nie jak zbrodniarze, którzy przyszli po swoją zemstę. Tylko czy słowa Ambrowiec mogły być szczere? Czy powinna jej ufać?
Wyglądała na najmniej poszkodowaną z nich wszystkich. W jej słowach była słyszalna nieszczerość, a jeśli były już szczere, to ich wymuszenie. Jak gdyby nie chciała tego wcale mówić. Jakby przyszła tu, bo musiała, a nie dlatego, że czegoś żałowała. Kajzerka pamiętała przecież, co mówiła chwilę przed swoim odejściem.
— Tak... Nie chcemy bitwy. Chcemy poprosić, byście nam wybaczyli — dodał po chwili Kolendra, podchodząc do boku swej matki. Jego głos przejawiał znacznie większy żal, podobnie jak jego oczy. Futra większości kotów wygładziły się, przynajmniej nieznacznie. Kajzerka wciąż była przygotowana na atak z zaskoczenia, lecz doszło do niej w końcu, że grupa Ambrowiec nie miała nawet siły na atak. Gdyby spróbowali, parę wojowników starłoby ich w uderzenie serca na mysi proch.
Sówka zeskoczyła ze swojego legowiska. Dołączyły do niej ich zastępczynie i szamanka, które poprosiły wygnańca i jej bliskich na stronę, by porozmawiać bez ciekawskich spojrzeń. Gdy wszyscy odeszli, Kajzerka w końcu odetchnęła z ulgą. Zagrożenie minęło. Byli bezpieczni.
Przynajmniej na chwilę...
***
Nie czuła się dobrze z obecnością Ambrowiec. Tak, była uwięziona, tak, znajdowała się pod czujnym okiem wojowników i zwiadowców, lecz nie mogła pozbyć się wrażenia, jakby knuła coś za ich plecami. Jakby odwet kocicy nadchodził nieuchronnie. Nie mogła spać spokojnie! Jej maleństwa właśnie opuściły jej skrzydło i nie mogła mieć na ich oka całą dobę. Skąd miała wiedzieć, że nic im się nie stanie? Jeszcze dostali na mentorów młode, niedoświadczone koty... O nie, powinna się przestać martwić, bo zaraz ją rozsadzi! To od pewnego czasu powtarzał jej Orzeszek. Może miał trochę racji, ale to nie sprawiało, że nagle stała się spokojna. Za każdym razem, gdy kocica migała jej w obozie, śledziła ją wzrokiem jak kryminalistkę. Podobnie Bukszpana – mógł być przecież jej partnerem w zbrodni. Oboje byli szemrani. Miała takie przeczucie.
Siedziała nieopodal Sówki, wpatrując się w leżącą spokojnie Ambrowiec. Jakby nic się nie stało, jakby tak miało być. Kajzerka położyła po sobie uszy. Nie wyglądała nawet przejętą tym, że Fruczak, jej własne kocię, trafił do lecznicy i znajdował się pod czujnym okiem Kruszynki. Gdyby to ona była na jej miejscu, wyrywałaby sobie sierść z grzbietu, nie będąc w stanie nawet na chwilę się zrelaksować czy zmrużyć oko. Nie rozumiała jej spokoju. Napawał ją niepokojem. Jaka matka ignorowała swoje ciężko chore dziecko?
— Myślisz, że była to dobra decyzja? — miauknęła zaniepokojona, przenosząc wzrok na Sówkę. Liczyła na to, że będzie wiedziała, o co jej chodzi.
<Sówko?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz