*teraźniejszość*
Powrót do domostwa nie przywrócił jej szczęścia. Ba, wręcz przeciwnie. Zamknięta pomiędzy czterema ścianami i płotem ogródka, czuła się gorzej niż w lesie.
Dom był przestrzenny, zajmowany teraz jedynie przez dwójkę rodzeństwa i ich podstarzałego ojca (jak i trójkę dwunożnych, których przestała tolerować), jednak był dziwnie ograniczający. Naciskał na nią jak ściany plastikowego pudełka, w którym ją zamykano. Sucha karma niczym nie przypominała świeżej zwierzyny, którą nauczyła się łapać, a aksamitne poduchy nie dorównywały miękkiej trawie i zwierzęcemu puchowi.
Nigdy nie pogodziła się równierz z faktem, że Leto (ani Amfitryta, którą zabrała parą nieznanych im dwunogów) nie zawitał ponownie w progu tego domu. Jej serce ściskało się z tęsknotą za bratem, za każdym razem, gdy widziała podobnego kota na ulicy. Nawet Celestyn nie umiał zastąpić jej rycerzyka; jego słowa były słodkie, lecz puste, czyny równierz. Wiedziała, że jeśli kiedyś doczeka się gromadki dzieci, tak jak jej matka, to nazwie jedno z nich po Lecie.
Tęsknota nie była czymś, co była w stanie znieść. Za braciszkiem, za wolnością. Wlokła się smętnie po wypolerowanych podłogach, wylegiwała na aksamintnych poduchach i wyjadała najlepsze kąski z metalowych misek... Do czasu.
Wyślizgnęła się przez uchylone ukno w momencie, gdy zapadł zmrok. Wiedziała, że w nocy nikt nie będzie jej szukać. Że będzie miała czas się oddalić.
Nawet nie przyszło jej ma myśl pożegnać się z Celestynem. Ani z ojcem. Nie była z żadnym z nich tak blisko, jak kiedyś - odizolowała się, nie dając sobie pomóc nawet wtedy, gdy źle zeskoczyła z parapetu i jej łapa przez długie miesiące pulsowała bólem. Teraz była mniej sprawna, niż przed powrotem; ale to nic, z czym nie mogła sobie poradzić.
Prędko przycisnęła się między prętami ogrodzenia i wyszła na brukowaną uliczkę. Światło jednej z latarni raziło ją w oczy, jednak z pobliskich krzewów dobiegała do niej cicha melodia świerszczy, której tak jej brakowało. Powietrze było ciepłe, świeże - a drzewa na horyzoncie zapraszały ją do siebie, kiwając swoimi gałęziami na wietrze. Postąpiła krok do przodu, a później kolejny.
Nie obejrzała się już za siebie; na domostwo, na rodzinę, którą tam zostawiała. Pozwoliła się sobie zgubić, zapomnieć drogę do tamtego miejsca - dała susa pomiędzy wysokie trawy i nie pojawiła się w tamtej dzielnicy już nigdy, nigdy więcej.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz