Dąbek widział, jak któryś raz rzędu odwiedza ich rudawa kotka, która wygląda prześmiesznie z jej tym króciutkim ogonem oraz ogromną grzywką, która co kolejny dzień coraz bardziej zaczynała jej zasłaniać pole widzenia. Był to przezabawny widok i kiedy w końcu tamta przestała do niego przychodzić w odwiedziny, to zaczął coraz częściej o niej myśleć.
Zaćmiona Łapa, bo tak nazywała ją Iskrząca Nadzieja, po prostu tak z dnia na dzień przestała ich odwiedzać. To był skandal! Fakt nie rozmawiał z nią za często, jednak nie oznacza to, że ruda może ot tak sobie znajdować nowych przyjaciół albo obowiązków.
– Dąbku, mówiłam ci już, Zaćmiona Łapa jest już wojowniczką i ma wiele innych obowiązków. Nie może nas tak często odwiedzać – tłumaczyła mu cierpliwie matka. – Teraz nazywa się Zaćmiony Horyzont.
Nie słuchał jej. Co to ma być jakieś dziwne odwracanie kota ogonem. Co z tego, że była dorosła i musiała chodzić na jakieś głupie patrole. Pfff, każdy może zrobić sobie takie wymówki!
– Dobrze mamo… – odpowiedział posłusznie i położył się obok niej na posłaniu.
Zapadła noc, w lesie zrobiło się ciemno, a jego rodzeństwo smacznie pochrapywało. Jednak Dąbek nie spał, nie mógł zmrużyć oczu, gdyż na polanie było zbyt gorąco, żeby się bawić.
Nagle jego wzrok przykuło znajome rudawe futerko. To musiała być Zaćmiona Łapa! Znaczy, Zaćmiony Horyzont.
Nie zastanawiając się ani trochę, po prostu wstał z posłania i uważając na śpiących braci i królowe, wyszedł ze żłobka. Jego krok był elegancki i pewny siebie, jak by to było normalne, że kocięta, ot tak mogą wychodzić same w nocy. Podszedł do ewidentnie zmęczonej swoim dniem rudej wojowniczki, która leżała w pozycji na chlebek i konsumowała swoją zdobycz.
– Ach tak kolacja… – miauknął nonszalancko, opierając się o bok wojowniczki, jednak na nią nie rzucając, chociaż krótkiego spojrzenia. – Jak tam twoja grzywa i czas, że nie raczysz odwiedzać swoich kolegów w kociarni? – spytał, nie owijając w bawełnę i spojrzał swoim zabójczym, wojowniczym wzrokiem, jakie mógł z siebie tylko wykrzesać, na wojowniczkę.
Czarny kocur z brodą, który w tym samym momencie siedział z rudawą kotką, wychylił się zza niej, by zmierzyć Dąbka oceniającym wzrokiem. Jego wąsy poruszyły się z poirytowania. Pewnie nie mógł znieść wspaniałości i wojowniczej pozy, której on zagadał do Zaćmionego Horyzontu.
– Co to za jakiś kocur cię zaczepia, jak ja z tobą rozmawiam? – wzburzył się Dąbek, patrząc na Mglisty Sen.
Dobrze wiedział, że właśnie on przerwał im rozmowę i nie zauważył czarnego wojownika, gdyż zlał się w cieniu nocy.
– Zaćmiony Horyzoncie, ty serio zajmowałaś się tymi kociakami od Iskrzącej Nadziei? Nie mów, że wszystkie są tak irytujące – odezwał się tamten, patrząc się niedowierzająco na Dąbka.
– Kto niby tutaj jest irytujący?
Czarny kocur westchnął przeciągle, nie zamierzał przekomarzać się z kociakiem, ani wchodzić w jakieś głupie dyskusje.
– Dobra siostra, zostawiam was samych. Jak będziesz chciała, to porozmawiamy dalej w legowisku.
Mglisty Sen wstał i od razu skierował się do miejsca, w którym śpią wojownicy.
“Tchórz! Hah, wygrałem!” – cieszył się Dąbek.
Omal nie zaczął tańczyć ze zwycięstwa.
<Zaćmiony Horyzoncie?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz