Po wymarszu z obozu Klanu Burzy czarny kocur nieco zwolnił, by pozostać na samym tyle grupy wraz z Poczciwym Dziwaczkiem, który zawsze dotrzymywał towarzystwa swojemu uczniowi, czasem rozwijając jakąś krótką konwersację na jakiś błahy temat. Szakłakowi to nie przeszkadzało, lubił towarzystwo wojownika, który nie narzucał się w żaden sposób, za co młodszy był mu w duchu wdzięczny. Wtem tuż obok pojawił się Oskrzydlona Łapa, co speszyło zielonookiego, który nieco się zgarbił, skulił w sobie. W tym czasie jego ogon już zahaczał co jakiś czas o ściółkę leśną, co wcześniej nie miało miejsca, podczas spokojnego marszu u boku mentora.
– Cześć Szakłakowa Łapo – zagaił rudzielec z lekkim uśmiechem, jakby nie chcąc spłoszyć starszego ucznia. – Jak ci mija poranek? – zapytał, chcąc pociągnąć rozmowę dalej, bo czarny kocur jakoś się do tego nie kwapił.
Na słowa Oskrzydlonej Łapy, Szakłak spojrzał na wojownika obok, szukając w nim wsparcia, deski ratunku. Ten jedynie lekko przyspieszył kroku, wcześniej posyłając młodszemu pokrzepiający uśmiech.
“A niech cię Poczciwy Dziwaczku!” – prychnął, czując, jak zostaje sam na cienkim lodzie. Miał wrażenie, że w swoich myślach jest samotny pośród bezkresnej, czarnej pustki, a pod sobą miał niewielką warstwę zimnej powierzchni. Ta z każdym uderzeniem serca coraz bardziej pękała pod jego czarnymi łapami, które odznaczały się na jaśniejszym tle, kryjącym ciemną otchłań.
– Hej… Raczej dobrze… – mruknął, przełamując się w sobie i wykazując jakiekolwiek umiejętności komunikacji z innymi. – A... u ciebie? – spytał, odbijając piłeczkę, by nie musieć samemu nic więcej mówić. Nie, żeby nie lubił Oskrzydlonej Łapy, jednak z reguły rozmawiał głównie z Poczciwym Dziwaczkiem. Zdarzało się też, że zamienił parę słów z Barszczową Łodygą, jednak interakcje z innymi wojownikami lub uczniami były bardzo rzadkie, jak nie znikome, wręcz zerowe. Czarny kocur nie szukał na siłę u nikogo atencji, wciąż pozostając z boku i czekając na swoją kolej. Było to swego rodzaju klątwą, która ciągnie się za nim od dłuższego czasu, nie dając możliwości rozwoju w kontaktach z innymi Burzakami.
Szakłakowa Łapa nawet nie zauważył, kiedy Oskrzydlona łapa rozgadał się, prowadząc tak naprawdę monolog sam ze sobą. Starszy nie chciał wyjść na niemiłego, dlatego po chwili wytężył słuch, skupiając się na słowach rudego towarzysza, który z lekkim uśmiechem i nieco wyżej uniesionym ogonem, szedł tuż obok. Czarny kocur zazdrościł młodszemu tej otwartości i radości, którą emanował na każdym kroku. Wraz z wypowiadanymi słowami sprawiał wrażenie kota zarażającego każdego tą radością i śmiałością – z wyjątkiem Szakłaka.
W końcu po długiej i wyczerpującej wypowiedzi Oskrzydlonej Łapy dotarli do granicy z Klanem Klifu na wysokości Kamiennych Strażników. Szary, chłodny kamień sięgał wysoko ku niebu, tworząc wielki krąg i miejsce owiane legendą. Szakłak jednak mimo uszu puszczał wszelakie tego typu informacje, uznając je za niepotrzebne. Jednak czym innym była nadzieja na spotkanie Pchełkowej Łapy, siostry, której już długi czas nie widział – z coraz większym trudem przywoływał w pamięci jej obraz, niebieskiej szylkretki tortie pręgowanej klasycznie z łagodnymi zielonymi oczami. Pomimo tego, że wygląd siostry we wspomnieniach kocura powoli się zacierał, to był pewny, że gdyby ją ujrzał to, by ją od razu rozpoznał. Po chwili jednak myśli ucznia powędrowały w innym kierunku, przecież patrol mieli zaczynać przy granicy z Klanem Nocy, a nie Klifu. Czy aż tak był pogrążony w myślach, że nie zauważył, gdy minęła znaczna część trasy, którą podążali? A może to Norniczy Ślad zmieniła kierunek i jednocześnie kolejność? Kocur nie wiedział, która odpowiedź jest poprawna, jednak nie miał ochoty pytać kogokolwiek o to, woląc ukryć swoje możliwe roztargnienie w czasie patrolu granicznego. Wolał nie wiedzieć, co by się mogło stać, gdyby nadal szedł z głową w chmurach – przecież zawsze jest jakieś ryzyko, że wrogi kot lub dzikie zwierzę nagle zaatakuje. Choć w przypadku Szakłakowej Łapy to prędzej potknąłby się o własne łapy nim uda mu się obronić bądź zaatakować przeciwnika. Wolałby, aby jego siostra go wtedy nie widziała, jeśli faktycznie miałby ją spotkać na granicy z Klanem Klifu.
***
Zielonooki kocur właśnie wychodził na trening z Poczciwym Dziwaczkiem, wcześniej posilając się świeżymi piszczkami, które upolował patrol łowiecki. Uczeń wybrał młodego królika, którego zjadł na pół z mentorem, choć wstępnie każdy miał dla siebie wziąć po jednej zwierzynie. Szakłak jedyna nie dał rady zjeść samemu całego królika, dlatego pół, które zostawił, przygarnął bury wojownik. Żadnemu z nich jednak to nie przeszkadzało, w końcu finalnie oboje się najedli i to było ważniejsze. Wychodząc z obozu Klanu Burzy, minęli się z Dryfującym Fluorytem oraz jego uczennicą – Wielenią Łapą, którzy wracali zapewne z porannego treningu, chcąc uniknąć Wysokiego Słońca na otwartych terenach klanu.
Poczciwy Dziwaczek w porównaniu do Fluorytu miał zamiar wykorzystać porę dnia, by zacząć powoli przygotowywać Szakłakową Łapę do biegów długodystansowych, które czekały każdego Burzaka prędzej czy później. Głównie ze względu na ukształtowanie terenu klanu oraz brak drzew, które chroniłyby przed palącym słońcem lub wszelakimi opadami atmosferycznymi. Czarny kocur już teraz czuł na swoim ciemnym futrze promienie słońca, które jak na razie przyjemnie go ogrzewały, lecz miał pełną świadomość, że niedługo to uczucie minie i stanie się to uciążliwe. Minimalnym pocieszeniem było to, że nie będzie w tym sam, ponieważ Poczciwy Dziwaczej, także miał ciemną sierść, która równie dobrze przyciąga promienie słoneczne, co te czarne jednolite Szakłakowej Łapy.
[840 słów]
[przyznano 17%]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz