Dzień płynął powoli, spokojnie, niczym stara, nieprzejednana rzeka. Słabe, lecz przyjemne, delikatne promyczki słońca padały na ciemno-szylkretowe futro Kuniego Strumyczka, która, choć przechadzała się po obozowisku z promiennym, ciepłym uśmiechem, nie mogła odrzucić od siebie plotek, które z każdym kolejnym wschodem słońca zdawały się coraz to głośniejsze.
”Siwa Czapla zakochał się w Kunim Strumyczku!” — słowa te, choć raz za razem zbywane przez nią półuśmiechem, coraz mocniej wnikały pod skórę. Początkowo uznała je za zwykły wymysł — niewinny żart, który mógł narodzić się w głowie któregoś z młodych, może nawet lekkomyślnych uczniów. Z każdym kolejnym uderzeniem serca dostrzegała jednak, że to, co w jej oczach było jedynie niewinnym psikusem, stawało się coraz to bardziej prawdziwe. Że spojrzenia Siwej Czapli, te nieco nieśmiałe, pełne czegoś niewypowiedzianego, nie były przypadkowe. A ona sama… nie potrafiła stwierdzić, co czuła.
Pojęcia nie miała, jak zareagować, co powiedzieć, jednak wiedziała, że czas na reakcje powoli jej się kończy. Że prędzej czy później będzie musiała porozmawiać z Siwkiem, a co najważniejsze podjąć decyzje — ustalić, jakie życie pragnie wieść, kogo będzie chciała mieć u swego boku. Jej umysł był teraz jak gęsty las we mgle — każdy wybór krył się za niepewnością, a każda droga mogła prowadzić zarówno ku szczęściu, jak i zgubie. Czuła, jak rośnie w niej ciśnienie, jak ściska ją w klatce piersiowej dziwna tęsknota, pomieszana z lękiem.
Serce kazało jej działać, choć mózg podpowiadał, aby czekać. Gdy jednak czuła na sobie ten jego wzrok, tak samo niepewny, jak i ona, walczyła z chęcią tego ciągłego, nieprzerwanego milczenia, w którym tak zwięźle próbowała siebie trzymać.
Kotka uniosła swój wzrok ku górze — ku niebu, splamionym jasnoszarymi obłoczkami oraz przyjemnym, czystym błękitem. Wszystko wydawało się takie delikatne, przepełnione lekkością i ciepłem, a także zapachem czułości… i gruntu, zwilżonego wodą.
— Witaj, Kuni Strumyczku! — Dobiegł do niej znajomy głosik. — Wyglądasz na dość zamyśloną, jak gdyby cię coś dręczyło. Czy wszystko dobrze?
Kotewkowy Powiew stała obok niej, lustrując ją swym pełnym troski, lecz i ciekawości wzrokiem.
Choć ostatnie spotkanie pomiędzy kotkami miało miejsce zaledwie wschód słońca temu, Kuni Strumyczek dopiero teraz dostrzegła wyraźne oznaki starości, widocznie nie tylko w jej nieco przemęczonym po kilkudziesięciu księżycach opieki nad najmłodszymi spojrzeniem, siwe włoski zaczynały coraz odważniej plątać się w ciemniejsze plamy na futrze piastunki, zdradzając nieubłagany upływ księżyców. Kotka pozostawała jednak dobrze odżywiona — jej sylwetka wciąż była zacna niby typowa dla członkini królewskiego rodu.
— Myślę, że wszystko jest w porządku — miauknęła odczuwalnie niepewnym tonem. — Co u ciebie, Kotewko? Jak tam znajdki, które trafiły pod twoją opiekę? — Prędko zmieniła temat na coś prostszego, dużo bardziej przyjemnego.
Kotewka przez chwilę siedziała w ciszy, wyraźne pochłonięta przygotowywaniem odpowiedzi.
— Widlik jest raczej spokojny, Morszczyn to raczej trudny kociak, a Gałęzatek cóż… Jest raczej miły, lecz bywa zamknięty w sobie — miauknęła w końcu piastunka. — Wojownicy ostatnio nazbierali trochę gałązek do wzmocnienia ścian żłobka. Staram się raczej trzymać je z dala od kociąt. Ale jestem pewna, że któreś z nich prędzej czy później wbije sobie drzazgę w łapkę.
Kuni Strumyczek zastrzygła uszami.
— Może pomożesz mi wpleść w ściany żłobka choćby część tych gałązek? — kontynuowała. — Byłoby naprawdę miło z twojej strony.
Wojowniczka w odpowiedzi skinęła krótko głową, po czym ruszyła w stronę żłobka. W jej nozdrzach prędko zawirował słodki zapach matczynego ciepła oraz bliskości, zmieszany z delikatną nutą świeżości. Nie skupiała się jednak na zapachach — praca była teraz dla kotki dużo ważniejsza, niż szczegóły, drobnostki, nawet jeśli zwykle była przekonana, że to detale są najistotniejsze.
Najpierw chwyciła podłużną gałązkę, którą zaczęła powoli wplatać w część ściany. Starała się działać precyzyjnie, lecz wciąż tonęła we własnych zmartwieniach, przez co sama praca zdawała się dłużyć. Co miała powiedzieć Siwkowi? Co powinna mu oznajmić, skoro wciąż nie wiedziała właściwie, czego sama pragnie?
Westchnęła, po czym sięgnęła po kolejną gałązkę, którą zaczęła wpychać pomiędzy inne, stanowiące część ściany, jej praca zdawała się jednak nic niewarta — nie ważne, ile siły wkładała, gałązka po prostu nie była w stanie się wpasować.
— Na Klan Gwiazdy, Kuno, co ty wyrabiasz? — Usłyszała za sobą pełen zaskoczenia, a może nawet irytacji głos Kotewki. — Musisz działać precyzyjnie, a nie z rozmachem! Wpychanie tej gałązki na siłę nic ci nie da.
Kuni Strumyczek powstrzymała westchnięcie, a jedynie posłała Kotewce smutne spojrzenie, przepełnione głównie desperacją, ale i niezadowoleniem, może nawet wyrzutem.
— Tyle że ja nie potrafię — mruknęła raczej stłumionym głosem. — Znaczy… Potrafię, ale nie mogę. Po prostu nie jestem w stanie się skupić!
Kotewka cicho prychnęła.
— Bywa tak, że czasami zbyt bardzo bujamy w obłokach — westchnęła. — Ale nie zmuszałam cię do tego, byś mi pomagała. Czy nie prościej byłoby ci po prostu odmówić, gdy miałaś taką okazję?
— Byłoby — przyznała. — Ale tak bardzo chcę ci pomóc, dotrzymać jakoś towarzystwa! Przecież sama mówiłaś, że ciągła opieka nad kociętami działa ci na nerwy i że powinnam ci częściej towarzyszyć!
Wtem, z pyska piastunki wydobył się chichot. Nie ten złośliwy, wrogi, a raczej ten ciepły, pełen cichej, lecz odczuwalnej troski.
— Tak, to prawda! — Uśmiechnęła się, po czym rzuciła Kunie łagodne spojrzenie. — Ale to nie jest przecież twój obowiązek, mam rację? Doceniam to, że chcesz poświęcać mi więcej czasu, jednak nie będę cię tym zamęczać.
Podeszła bliżej szylkretki, po czym chwyciła gałązkę, która w burzy dyskusji wypadła Kunie z pyszczka. Przez moment kotka zdawała się zastanawiać, gdzie powinna umieścić patyczek, aż finalnie dostrzegła nieco miejsca pomiędzy wiązką trzciny a prętem sumaku.
— Widzisz? — miauknęła, gdy wplotła już gałąź. — Trzeba działać spokojnie. Tylko tyle wystarczy. Gałązki są trochę jak kocięta. Potrzeba delikatności, niczego nie wskórasz frustracją.
— Jak to jest być piastunką? — spytała dość nagle Kuna.
— Rolą piastunki jest zajmowanie się najmłodszymi z członków rodu. Jednak, jak dobrze wiesz, zajmuję się też i kociętami, które nie są jego częścią — wyjaśniła pokrótce. — To urocze, móc patrzeć na to, jak maluchy, którymi się zajmujesz dorastają, a potem zakładają własne rodziny. Może nie poluję, nie chodzę na patrole, jednak podoba mi się moja rola. Swoją drogą, opowiadałam ci już o ceremonii mianowania na księcia bądź księżniczkę?
— Jasne, opowiadaj — powiedziała, po czym wzięła kolejną gałązkę.
Tym razem jej ruchy były bardziej… Spokojne. Starała się działać według instrukcji Kotewki, choć, prawdę mówiąc, nie były jej jakoś szczególnie potrzebne — w końcu, gdy ostatnim razem odwiedziła piastunkę, nie miała żadnych problemów z pomocą. Dziś była nazbyt przytłoczona. I tyle. Musiała sobie wszystko jakoś poukładać. Wtedy będzie dobrze.
— Widzisz, ceremonia ta ma zwykle miejsce wschód słońca od przyjścia kocięcia na świat. Lider zwołuje członków klanu i wraz z członkami rodziny wynosi wspólnie kocię na widok. Do ceremonii dochodzi pod sumakiem, gdzie obecny lider tworzy czerwone znamię o kształcie lotosu na czole kociaka. Znak ma uświadamiać inne koty o ich statusie.
— Och. A właściwie, to, z jakich materiałów tworzona jest ta czerwona… maź?
— Zrobiona jest z mocno barwiących owoców oraz szkarłatnej krwi szczupaka.
Kuna skinęła krótko głową.
Dopiero teraz zaczęła zastanawiać się, jak to jest, pełnić funkcję piastunki. Chyba było to… Miłe. Ale Kuni Strumyczek w tym momencie zrozumiała właściwie jedno — niezależnie od tego, czy odpowie Siwej Czapli dziś, jutro, czy za kilka wschodów słońca, musi najpierw odpowiedzieć sobie. Kim pragnie być. I czego tak naprawdę się boi.
Event: Umocnienie żłobka twardszymi gałęziami, trzcinami i patykami.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz