— Dobrze! — Zgodził się, siadając w miejscu i czekając, zostawiając resztę ziół i papek tam gdzie były, czekając aż mama wyciągnie ze swoich zapasów magiczne rzeczy. Nie miał pojęcia jak będzie wyglądał, ani jak mama wygląda z kolorowym pod oczami. Na pewno nie był to naturalny kolor, to na pewno. Chociaż chwila, naturalny? Kolor…? Zawiesił się na moment. Kolor….? I wtem, wróciła mama, rozwiewając jego wszystkie skołtunione myśli. Minęło parę uderzeń serca, które być może dla Księżyca trwały niczym wieczność, lecz w końcu, będąc w posiadaniu nie trwałego, zmywalnego, czerwonego, kwiecistego barwnika, namalowała mu “kreski” pod oczami. Księżyc starał się trzymać prosto, z płaskim wyrazem pyska, chociaż nie mógł się powstrzymać od wybuchów nagłego chichotu, gdy czuł dotyk na policzkach. Okazało się, że był dość wrażliwy na wszelki dotyk, a szczególnie na łaskotki. Poza tym, kazano mu zamknąć oczy. Ciekawe dlaczego, może łatwiej było przy zamkniętych? To wcale nie tak, że te otwarte puste ślepia mogły z łatwością pożreć czyjąś duszę.
— I jak? — otworzył ślepia, całkiem niepotrzebnie — Jak wyglądam? — Spytał z ekscytacją w głosie, czując się jak bonita.
— Idelanie. Teraz nikt nie będzie miał wątpliwości, że jesteś moim synkiem. — miauknęła kotka zadowolona z faktu, jak czerwień idealnie zgrywała się na futrze Księżyca. — Idź pokaż się braciom. Siedzą pięć długości ogona od ciebie na lewo... Tylko pamiętaj, ostrożnie…
— Dobsze! — Zachichotał szczęśliwy, tylko po to by po trzech krokach wyrżnąć orła. Zaraz jednak wstał, otrzepał się i popędził w stronę reszty rodzeństwa… gdzieś w połowie zawracając. Nie miał pojęcia gdzie miał prawą a gdzie lewą stronę, więc chwilę jeszcze pobłądził, zanim znalazł rodzeństwo, chwaląc się swoim nowym makijażem, który zrobiła sama mama!
┈◦☽⭒┈𝄪⚪𝄪┈⭒☾◦----
— Nie proszę pani, nie chcę zniszczyć życia pani syna, to pani syn zniszczył życie mnie, to wszystko jego wina, ja się tylko broniłem — Mamrotał pod nosem, wystawiając swój daydreaming nieco zbyt bardzo na światło dzienne. Nudził się, a chodzenie w kółko i mamrotanie na głos wyrywkowych części swoich odpowiedzi z fikcyjnego świata, stało się niemal jak codzienna rozrywka. Właśnie bronił się głośno i wyraźnie przed jakąś starą kotką, która miała problem o to, że Księżyc stanął we własnej obronie bo jej syn coś zrobił najpierw niemiłego. A wszystko to po to, by wyładować swoją frustrację przez sen który miał. Nie miał pojęcia czemu, ale wciąż latały mu po głowie słowa i obrazy i mógłby przysiąc, że wciąż czuje ślinę swojego prześladowcy w miejscu, którym został ugryziony. Tymczasem do żłobka wszedł znajomy mu kocur. Kroki jego dobrze zatarły się w umyśle Księżyca. Sposób poruszania tak charakterystyczny, że ciężko o nim zapomnieć. Alba, stary uczeń i były pieszczoch, właśnie zawitał w żłobku by dostarczyć codzienną dawkę kłamstw w umysły, jak się okazało, nie tylko swoich dzieci. Jego opowieści, częściowo prawdziwe, częściowo zmyślone, wpływały do umysłu Księżyca jak woda w uszy na basenie, która potem nie chce wylecieć, powodując zapalenie. Nic więc dziwnego, że chociaż Księżyc lubił starsze kociaki, tak czuł niepohamowaną zazdrość. Czemu to one miały być specjalne? Czemu? Czemu nie on? Miały wzrok, mogły widzieć i jeszcze były zesłane przez gwiezdnych? Mogły dokonywać cudów? On też chciał! A jako wisienka na torcie, mieli oboje rodziców. Prychnął, skołowany chowając głowę w łapach. On też chciał być specjalny… ale tak fajnie specjalny, a nie specjalny medycznie. Z resztą, męczyło go też inne pytanie, więc kiedy mieli wszyscy już iść spać, niepewnie podszedł do mamy, wtulając się w jej gęste futro.
— Mamoo?
— Tak skarbie?
— A czemu nie mamy taty?
<Mamo? Gdzie nasz stary>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz